środa, 4 lipca 2018

Nieodkryte talenty

Drzemią w każdym z nas, czekając tylko na właściwą chwilę desperacji.



Ostatnio udało mi się wyhodować całkiem długie jak na mnie włosy, głównie dlatego, że brakowało mi pomysłu, co mogłabym z nimi zrobić innego. Stwierdziwszy, że brak decyzji to najlepsza decyzja, zostawiłam je po prostu, żeby sobie rosły. I co za niespodzianka. To, co tak dobrze faluje na hamerykańskich filmach, w naszym łazienkowym lustrze jakoś się nie sprawdziło. Mianowicie osiągnęłam wygląd mokrego i smętnego mopa odwróconego myjącym końcem do góry.

Problem polegał na tym, że w międzyczasie stan naszych finansów osiągnął poziom, gdzie wizyta u osiedlowej fryzjerki to fanaberia na skalę kryształowej muszli klozetowej z pozłacaną deską. Ale brak pieniędzy nigdy nie powinien być barierą dla marzeń.

Zanim chwyciłam za nożyczki, trzy razy się zastanowiłam, czy to dobry pomysł. I za każdym razem dochodziłam do wniosku, że pomysł jest bardzo zły, ale po pierwsze, gorzej i tak nie będę wyglądać, a po drugie, jeśli pierwszy punkt się nie sprawdzi i jednak będę wyglądać gorzej, to mąż albo po mnie poprawi, albo miłosiernie wyśle mnie do fryzjera. Ostatecznie mężczyzna, który własnoręcznie zbudował taras nie mając żadnego doświadczenia budowlanego, na pewno da radę przyciąć równo włosy żonie. Ma przecież taką ładną, nową poziomicę.

Chwyciłam więc za trzy pary nożyczek i stwierdziwszy, że i tak żadne z nich nie są odpowiednio ostre, wybrałam pierwsze z brzegu. Następnie za pomocą grzebienia próbowałam powtarzać ruch, który tyle razy widziałam w rękach profesjonalistów. Jak się okazało, niezbyt ostrymi i trzy razy za dużymi nożyczkami manewr był raczej nie do powtórzenia. Ale to i tak nie miało najmniejszego znaczenia, bo z tyłu za cholerę nie byłam w stanie trzymać równej linii, więc ciachnęłam je na chybił trafił, bo już ta zabawa zaczynała mi sie powoli nudzić.

Efekt okazał się... Nie katastroficzny. Przy bogatej gestykulacji i mimice, prawie nie widać, że włosy są nierówne. Może każde pasmo leży w inną stronę, ale przynajmniej nie wiszą już smętnie. Nikomu nawet przez myśl nie przejdzie, że obcięłam je sama, gdy zwiążę je w koński ogon.

Ten niewątpliwy sukces tak mnie zachęcił, że jutro biorę się za grzywkę, a w piątek robię brwi henną. No bo czy coś może pójść nie tak?

Świeże powietrze

Bywa podstępne i zabójcze.



Stoję sobie w cieniu drzew przy skrzyżowaniu ulic, czekając na autobus po odstawieniu starszej pociechy do żłobka. W wózku spoczywa jeszcze młodsza, Ji. A rzeczony wózek jest piekielnie sprytną konstrukcją pozwalającą na przewóz dwójki dzieci, z których starsze spoczywa wygodnie na siedzeniu, a młodsze leży mniej więcej tam, gdzie początkujący użytkownik tego cudu spodziewałby się przestrzeni na umieszczenie zakupów. Znaczy się na dole, pod siedzeniem dziecka starszego.

Po chwili pojawia się pani emerytka z poczuciem misji. W mojej błogosławionej ignorancji nie zdaję sobie w pierwszym momencie sprawy, iż przyszła ocalić mnie i moje potomstwo.

- Pani przeziębi to dziecko. To co pani zrobiła, to jest wiata. Przeciąg powietrza. O, widzi pani, tu jest wlot, a tu wylot - tłumaczy mi z zacięciem inżynierskim zawiłości konstrukcji wiaty, którą widzi w głowie.

- To może ja rzeczywiście pójdę na słońce - odpowiadam przeświadczona, że przechytrzyłam system, bo przecież emerytka w taki upał za mną na słońce nie wyjdzie. Ha. Nic bardziej mylnego.

- Mój syn zrobił wiatę na działce, posadził mnie tam i dostałam zapalenia ucha - lezie za mną zupełnie niezrażona. - Pani opuści ten daszek w wózku w drugą stronę, żeby na dziecko nie wiało.

- Nie da się - rzucam, a po chwili w przypływie całkowicie zbędnej uprzejmości dodaję - nie ma takiej technicznej możliwości.

- Jak to się nie da? No co to za wózek jest? Ja dwoje dzieci wychowałam i miałam lepszy wózek. Co oni teraz robią za wózki? To się do niczego nie nadaje - ciągnie, ścigając mnie krok w krok.

- No takie robią teraz - odpowiadam z coraz mniejszym entuzjazmem. A ta dalej. Nagle poczuła w sobie pasję inżyniera-konstruktora i nic jej już nie zatrzyma. Uciekam byle dalej, patrząc z nadzieją głodnego labradora, czy autobus nie nadjeżdża mi na ratunek. Na szczęście w końcu udaje mi się jej pozbyć.

Nie mija 15 sekund i podchodzi do mnie następny emeryt, zwabiony z daleka powiewającą gdzieś z boku wózka tetrową pieluszką.

- Pani udusi to dziecko - uświadamia mnie o ryzyku wynikającym z lekkomyślnego, niedouczonego macierzyństwa.

Kto by pomyślał. Świeże powietrze. Podstępna mieszanka gazów atmosferycznych. Najpierw zawiewa, a potem dusi.

Ciesząc się

...mimo wszystko.



Przyszło lato, a wraz z nim zaczął się sezon na udawanie, że w tym roku jakoś wyjątkowo nie wyszło, ale w następnym, no w następnym to już na pewno polecimy gdzieś na fantastyczne wakacje. Czeka mnie kilka miesięcy słuchania z twarzą ozdobioną uprzejmym uśmiechem numer 4, gdzie jest tak wspaniale pojechać z dziećmi (a jeszcze lepiej bez) i że koniecznie, koniecznie musimy, bo zjeżdżalnie, bo baseny, bo owocowe koktajle z kolorowymi parasolkami i kulką lodów z czekoladową posypką.

Tymczasem ja, jak wielu równie naiwnych i nie znających podstawowej matematyki przede mną, właśnie odkryłam, że zaległość na karcie kredytowej można spłacić niczym innym, jak właśnie kartą kredytową. Ucieszyło mnie to niezmiernie, bo już myślałam, że trzeba będzie nerkę sprzedać albo płuco. A tu rozwiązanie wszelkich problemów leżało sobie bezpiecznie w kieszonce portfela.

Miałabym większe wyrzuty sumienia, gdyby ta zaległość przekładała się na ilość jedwabnych metek, wszywanych w kaszmirowe sweterki ukrywające pociążowy brzuch, który nie wiadomo czemu, nie chce zejść*. A tu ani kaszmirowych sweterków, ani tipsów upstrzonych kryształkami Swarovskiego. Jest za to rachunek od mechanika, który doprowadził do stanu używalności naszą poprzecieraną tu i ówdzie limuzynę.

A limuzynę trzeba było nieco odświeżyć, bo weszła już w jakże dostojny wiek dorosłości. Co w praktyce oznacza, że reprezentuje ten sam rocznik, co pozostali uczestnicy kursu na prawo jazdy, na który niedawno się zapisałam. Patrzę sobie na te ich upstrzone tu i ówdzie pryszczami twarze i myślę sobie, że gdy matki patrzyły na nich jak na nieco rozdarty cud świata, ktoś właśnie odczuwał ten sam zachwyt, bawiąc się elektronicznie otwieranymi szybami w naszym aktualnym samochodzie.

Ale wiek nie ma znaczenia, gdy do samochodu możesz wcisnąć dwa foteliki z dzieciarnią i jeszcze wyprostować nogi. Albo gdy jesteś w stanie zapakować wózek do bagażnika i mimo to widzieć coś w tylnym lusterku. Ba, zmieści się jeszcze walizka, parasol plażowy, sanki, kosiarka i młotowiertarka.

Tak samo jak na koniec dnia, nieszczególnie pamiętam o drinkach na plaży w Zanzibarze ani o jacuzzi nad fiordem za kołem podbiegunowym. Bo mam ogródek, w którym plackowato rośnie nasz pierwszy trawnik. Bo mam taras, którego płyty mój mąż przydźwigał na własnym grzbiecie i ułożył własnymi rękami, przeczytawszy uprzednio instrukcję początkującego budowlańca w internecie. Mam to, o czym zawsze marzyłam i jeszcze trochę więcej.

__________

*Nie, to nie prawda, że zajadam frustracje życiowe muffinami. Ja po prostu często bywam głodna.

niedziela, 1 lipca 2018

Obserwacje w nocy o północy

Przedstawiam garść obserwacji i przemyśleń dokonanych przeze mnie w czasach zarazy, jak również przymusowego wygnania ze żłobka.



1. Wbrew wstępnym założeniom, ciastolinę o wiele łatwiej usunąć z kremowego, półdługowłosego dywanu, niż świecowe kredki.

2. Jedyną ugotowaną przeze mnie rzeczą, którą można określić jako zdatną do konsumpcji, jest makaron. Przynajmniej dopóki nie zaleję go sosem lub zupą, stopniem toksyczności odpowiadającymi jadowi kiełbasianemu.

3. "Przeznaczone dla dzieci od 3 lat" na małych zabawkach niekoniecznie dotyczy ryzyka połknięcia, ale raczej wysokiej częstotliwości zaginięć owego przedmiotu bez możliwości samodzielnego znalezienia przez 2-latka.

4. Fakt, że mama zapewni, iż lewy sandałek z różowym serduszkiem pasuje na lewą stopę, wcale nie implikuje tego, że prawy sandałek z różowym serduszkiem będzie pasował na stopę prawą.

5. Obowiązkową edukację do 18-go roku życia wymyślili rodzice, doprowadzeni na skraj szaleństwa ilością pytań "dlaczego" zadawaną przez dzieci w okresie przedszkolnym. Zemsta smakuje najlepiej, gdy nosi nazwę: praca domowa z fizyki.

6. Jeśli pancerne opakowanie grającej zabawki dla niemowląt wyklucza jej przetestowanie przed zakupem, to prawdopodobnie dlatego, ze melodyjka koszmarnie fałszuje.

7. Figurka Peppy jest jadalna. Dziecięca skarpetka jest jadalna. Opakowanie po mokrych chusteczkach jest jadalne. Koszula nocna mamy jest jadalna. Wszystko jest jadalne, gdy masz 5 miesięcy. I dopóki mama tego nie zabierze.

8. Zapadnięcie w sen to najgorszy możliwy blamaż, to ujma na honorze tak wielka, że nie naprawi jej nawet seppuku dokonane plastikowym skalpelem z zestawu małego lekarza. Chyba, że jesteś kocurem w dziecięcym łóżeczku. Albo kocurem w damskiej szafie. Wtedy można spać do woli.

9. Przeprowadzenie niezakłóconego, wewnętrznego toku myślowego na dowolny temat jest w trakcie macierzyństwa rzadko osiągalnym luksusem.

10. Korelacja pomiędzy ilością przeżytych porodów a ryzykiem zawału serca u kobiety (istnieje taka!) jest całkowicie wytłumaczalna i wcale niekoniecznie związana z obciążeniem fizjologicznym, jakim jest ciąża dla organizmu. Nie. To po prostu efekt uboczny macierzyństwa.

poniedziałek, 25 czerwca 2018

Zaraza

O frustracji w czasach zarazy.



Być może nie wszyscy orientują się, na czym polega prywatny żłobek. Prywatny żłobek to takie miejsce, gdzie płacisz niemałe pieniądze, żeby zawsze być na bieżąco ze wszystkimi wirusami, które krążą po mieście. Czymkolwiek nowym zakaszle ktoś trzy dzielnice dalej o pierwszej w nocy za zamkniętymi drzwiami swej prywatnej łazienki, bądź pewien, że w ciągu kilku dni roboczych twój dwulatek przyniesie do domu. I hojnie podzieli się z całą rodziną.

Nasza lekarka rodzinna uprzedzała nas, że Ag może trochę chorować i zarażać swoją młodszą siostrę Ji i żebyśmy generalnie przemyśleli, czy aby na pewno chcemy posyłać dziecko do żłobka. Sama stosowała sprytną taktykę opłacania miejsc w prywatnych przedszkolach dla dzieci przez cały rok, a posyłania ich tam jedynie w miesiącach letnich, na porę jesienno-zimową angażując nianię. Bo kto bogatemu zabroni.

Mi oczywiście wydawało się, że przechytrzymy system posyłając dziecko do żłobka od marca. Ot, akurat pochoruje sobie raz czy dwa, a potem zrobi się ciepło i sezon na zarazę się skończy. A na jesień to już będzie taka odporna, jak sejm na propozycję obniżenia składek do ZUSu. Czytaj, nieskończenie.

Tymczasem mija czwarty miesiąc, gdy zastanawiam się, za co ja właściwie miesiąc w miesiąc płacę, bo nie dostałam ani korali z makaronu na dzień matki, ani krawatu z bibuły na dzień ojca, ani nawet cholernego zdjęcia grupowego bandy małych zasmarkańców, bo gdy robili zdjęcia, Ag miała właśnie biegunkę. Zaszczepiliśmy ją na ospę wietrzną, to tydzień później złapała bostonkę.

Oczywiście trzeba patrzeć zawsze na jasną stronę życia - udało nam się uniknąć hucznego kinderbalu dzięki skromnym nocnym wymiotom, oj tam, tylko dwa łóżka, jeden ojciec i pół podłogi w łazience.

Dotąd niesamowicie podziwiałam opiekunki w żłobku, bo czyż może być bardziej męcząca, trudniejsza i do tego obarczona koszmarną odpowiedzialnością praca? To jak składanie mikroprocesorów podczas koncertu Metalliki odbywającym się w samym sercu huraganu Katrina. To jak połów krewetek podczas sztormu na Morzu Północnym, z założeniem, że musisz tym krewetkom pozmieniać pieluszki i nakarmić zupką. Ale teraz dochodzę do wniosku, że to kariera marzeń. Przemęczysz się 2-3 dni łykając relanium po godzinach, a potem reszta miesiąca wolna, bo tu rotawirus, tam angina.

Teraz Ag siedzi już drugi tydzień w domu z drobną wirusową infekcją górnych dróg oddechowych, zaraziwszy siostrę, matkę i ojca, z czego dwoje ostatnich płuca sobie wypluwa kaszląc. Poziom mojej frustracji jest odwrotnie proporcjonalny do czasu ekranowego świnki Peppy. Niech więc żyje Peppa, wznieśmy toast za jej zdrowie.

niedziela, 24 czerwca 2018

Czekając na trawę

Tekst, wbrew pierwszemu wrażeniu, nie dotyczy wątpliwej punktualności dilerów miękkich narkotyków.



Dawno, dawno temu, w galaktyce daleko stąd, studiowałam ogrodnictwo. I zawsze wydawało mi się cokolwiek kuriozalne, że większa część kadry wykładającej rośliny ozdobne mieszka w blokach i w życiu prywatnym roślinki uprawia na parapecie w kuchni. A potem, po wielu wzlotach i upadkach, sama skończyłam te nieszczęsne studia. I co za niespodzianka, do dyplomu nikt nie dodawał w pakiecie działki o rozmiarze hektara. Mniejszych też nie.

Dopiero kilka lat później, a dokładniej trzy tygodnie temu, wyszłam z motyką naprzeciw mojemu pierwszemu ogródkowi. A jeśli mam się wyrażać precyzyjniej, to naprzeciw podupadającej uprawie chwastów ogrodowych, bo nawet one skapitulowały i na wywołującej napady agorafobii przestrzeni 30 metrów kwadratowych nie chciały rosnąć. Wyjątkami były krzaczek dorodnej pokrzywy w jednym rogu i sympatyczna rodzinka ostów w drugim, idealne towarzystwo, gdy ma się na pokładzie dziecko w fazie "a co to?" i drugie, które lada chwila zacznie raczkować i konsumować wszystko, co znajdzie. Poprzedni najemcy zostawili jeszcze kupkę popiołu z grilla i kilka niezbyt dobrze zakamuflowanych petów.

Żeby być uczciwym muszę przyznać, że w naszym dwurzędzie bloków jest tylko jeden ogródek z zieloną trawą i tak się przypadkiem składa, że jest ona zrobiona z polipropylenu. Sąsiedzi ewidentnie nie czują powołania do ogrodnictwa, może za wyjątkiem jednej pary emerytów z dość monotonną kolekcją tuj w doniczkach.

My powołanie czuliśmy od zawsze i w końcu znalazło ono ujście. Ach, jak wspaniale w mojej wyobraźni to wyglądało - ja pokazująca córkom, jak posadzić zioła albo wspólnie z nimi wysiewająca pachnący groszek. Moje córki - jako jedyne w klasie wiedzące, jak wygląda krzaczek pomidora. Moje córki, prychające na widok infantylnej świnki Peppy, która stoi nad przed chwilą posadzonym nasionkiem i czeka, aż zacznie kiełkować.

Rzeczywistość jak zwykle nie poraża zachwytem. Stoję, ledwo opierając się na szpadlu i licząc wdechy i wydechy, żeby nie wrzeszczeć "stój! co robisz! nie tu! nierówno!", bo mój wewnętrzny kapral zwija się w konwulsjach, gdy Ag zasypuje dołki, które ja pracowicie wykopałam, leje wodę po wrażliwych listkach albo wyciera ubłocone łapy w ostatnią czystą bluzę. Miało być tak pięknie jak w hamerykańskim serialu familijnym, a jak zwykle schrzaniłam wszystko i zraziłam moje pierwsze dziecko do ogrodnictwa na resztę życia. Zamieszka w lofcie na 20 piętrze i będzie trzymać sztuczne storczyki w plastikowym wazonie.

Tymczasem sama staję 5 razy dziennie w oknie tarasowym, wpatrując się hipnotycznie w czerń gleby ogrodowej i próbując wypatrzyć pierwsze kiełkujące nasiona i usłyszeć szum tych traw, których jeszcze nie ma. Co z tego, że wczoraj wysiane.

piątek, 22 czerwca 2018

Kanapka pełna finezji

O odpowiedzialnym żywieniu dzieci.



- Poproszę kanapeczkę - powiedziała Ag, niekoniecznie głodna, ale na pewno znudzona. - Kanapeczkę z dżemem.

Był taki czas, że słowo "proszę" w ustach mojego dziecka wywoływało u mnie ciężką reakcję szokową, do tego stopnia, że mogłoby zapewnić Ag całkiem spory kawałek tortu bezowego polanego płynną czekoladą. Gdyby takie rzeczy miały u nas w lodówce szansę na przetrwanie dłuższe niż nanosekunda. Ale magia nowej umiejętności przeminęła, na nieszczęście Ag.

- Już jadłaś dżem. Mogę ci zrobić z serkiem i pomidorem - proponuję.

- Nie, z majonezem chcę! - kombinuje młodzież.

- To niech będzie z pomidorem i majonezem - znajdujemy kompromis. Nóż mi cokolwiek zgrzyta, gdy smaruję majonezem kanapkę 2-latce, jakby to wyszło na forach internetowych, to musiałabym zmienić nazwisko, przefarbować włosy i zrobić przynajmniej 3 operacje plastyczne. Dla świętego spokoju postanawiam położyć jej mniej więcej taką ilość tego majonezu, ile pieczarek jest na przeciętnej pizzy mrożonej - ot, tyle tylko, żeby zamknąć usta roszczeniowemu klientowi. Podaję kanapkę Ag.

Tymczasem mój roszczeniowy klient stwierdza - Nie, z masłem chciałam!

- Masło jest pod pomidorem - szczerzę zęby jak zawsze, kiedy wydaje mi się, że przechytrzyłam system. Przy czym kluczowe słowo to: wydaje mi się.

- Chcę bez majonezu - Ag dokonuje nieoczekiwanego zwrotu akcji. Wzdycham i zabieram kanapkę. Zdejmuję nożem majonez, a potem dyskretnie odwracam pomidora na drugą stronę. żeby nie było widać. Jeszcze tydzień temu Ag dostałaby wybór: albo jesz, albo czekasz do śniadania (a mamusia nie lubi zrywać się skoro świt). Ale od kiedy Ag uczęszcza do wylęgarni zarazy, jaką jest żłobek, to przeziębienie goni biegunkę. Jeszcze jedna infekcja w tym miesiącu i Ag wystającymi żebrami zacznie dziurawić koszulki, a zanim nowe przyjdą z Aliexpress, nie będzie jej co na grzbiet włożyć.

Ag siedzi i bez entuzjazmu dłubie w kanapce. Ugryzła. Odrobinę. Nie za dużo, bo cholera wie, może jak poczeka, to ten pomidor magicznie dokona transformacji w dżem malinowy.

- Już się najadłam. Mam już dużo siły - stwierdza. Kapituluję i daję jej kawałek kurczaka. Za 2 dni przyjedzie babcia, co się nasłucham, że dziecko zagłodzone, to czas bezpowrotnie stracony. Chyba tym razem trafiłam, bo Ag z apetytem przeżuwa mięsko, po czym stwierdza wskazując na kanapkę z pomidorem (tak na wszelki wypadek, bo przezorny zawsze ubezpieczony) - ta kanapka jest już stara.

Mój błąd. Trzeba było z dżemem zrobić, ma dużo dłuższą trwałość niż świeży pomidor.