poniedziałek, 27 marca 2017

61. Młody pelikan

O tym, że nie wszystkie życiowe historie nadają się na bulwersujące nagłówki.


Nikt nie czyta nudnych historii. Moja historia jest zdecydowanie nudna i nawet nieopakowana w celofan z kolorową kokardką, dlatego nigdy się nie sprzeda. Nie to co bulwersujące historie, których nagłówek fantastycznie komponuje się ze słowem "skandal" i licznymi wykrzyknikami, ooo tak, te rozprzestrzeniają się po internecie niczym bakterie po wypełnionej pożywką szalce Petriego.

Dlatego kiedy szefowa zadzwoniła do mnie na dobry miesiąc przed moim planowanym powrotem do pracy i poprosiła o spotkanie, głowę miałam pełną wizji mrocznych i złowieszczych niczym pismo ze skarbówki. Z czerwoną pieczątką. Zastanawiałam się tylko, czy od razu mnie zwolnią, czy będą na tyle miłosierni, żeby luźno zasugerować korzyści płynące z urlopu wychowawczego, najlepiej w maksymalnym wymiarze czasowym.

Zaczęłam obstawiać w myślach, co będzie powodem ewentualnego zwolnienia dyscyplinarnego. Bo że na każdego człowieka znajdzie się paragraf, w to nigdy nie wątpiłam. No więc co? Nieścisłości w raportach, których i tak nikt nie czyta? Nie oddzwanianie do klienta, który nagrał się na sekretarkę dwa lata temu o 3 w nocy? Brutalne pogwałcenie zasad ochrony danych? Obstawiałam to ostatnie, szczególnie że za cholerę nie mogłam sobie przypomnieć, co zrobiłam z kluczem dostępu, odchodząc na zwolnienie półtora roku wcześniej. Oddałam? Zabrałam? Wisi sobie dalej w moim komputerze?

If you have a cross to bear, you may as well use it as a crutch. Powiedzmy sobie szczerze. Nigdy nie lubiłam tej pracy. Podpisując pierwszą umowę patrzyłam na "3 miesiące" raczej sceptycznie. No to teraz stoję w obliczu wspaniałej okazji, żeby pierdolnąć tym wszystkim i zacząć żyć tak, jak zawsze chciałam (w sumie to nie wiem jak, ale na pewno inaczej!).

Tymczasem moja szefowa zaproponowała mi udział w zupełnie nowym, pilotażowym projekcie dla nowego, atrakcyjnego klienta. Biere! - pomyślałam. W pracy, której się nie cierpi, nowe jest zawsze, zawsze lepsze niż stare. Bo jak będzie dobrze szło, to wszyscy będą myśleli, że to twoja zasługa, nawet jeśli ty sam wiesz, że to nieprawda. A jeśli będzie szło źle, to przynajmniej nie ma żadnych wyników z zeszłego kwartału, do których mogliby cię porównywać.

Był tylko taki jeden drobny haczyk, że projekt zaczyna się od 3 kwietnia, czyli na 2 tygodnie przed moim planowanym powrotem do pracy. I że biuro jest na zasranym końcu świata.
W ramach przynęty zwiększyli mi pulę premii. Mi, matce wracającej z macierzyńskiego. Mówiłam, że moja historia jest nudna, nie?
Połknęłam haczyk z przynętą jak młody pelikan.

60. Granulki szczęścia

Różne zastosowania kociej karmy.


Oto prawda, którą potwierdzi każdy rodzic (a często również opiekun kota) - dzieciarnia wydająca wszelkiego rodzaju odgłosy, od okrzyku bojowego po walenie tępym przedmiotem nr 1 w tępy przedmiot nr 2, bywa cokolwiek irytująca. Ale największe podejrzenia wzbudza nagła, nieoczekiwana i podejrzanie przyjemna cisza.

Niech ona bawi się klockami, niech tylko po prostu bawi się klockami - próbuję zaklinać rzeczywistość, odrywając wzrok i przynajmniej jedną rękę od obieranych ziemniaków. A tam moje dziecię siedzi sobie przy kocich miskach i z pietyzmem godnym Michała Anioła malującego sufit Kaplicy Sysktyńskiej, przekłada granulka po granulce kocią karmę z tychże misek do swej ulubionej zabawki, szkolnego autobusu. Po chwili słychać tylko Autobus jedzie tur-tur-tur, szkooooła wzyyyywa naaaas! (...ta piosenka, szczyt sarkazmu w obliczu reformy edukacji, będzie wracała do nas w koszmarach jeszcze na emeryturze). Autobus odjeżdża z kontrabandą. Koty śpią, nieświadome tego aktu bezwzględnej przestępczości.

Za pierwszym razem to nawet trochę się ucieszyłam. Przynajmniej pakuje do autobusu, a nie zjada sama. A 15 minut spokoju to towar deficytowy, którym żaden rodzic nie pogardzi. Ale przychodzi taki moment, kiedy naprawdę masz już dość sprzątania granulek, które niczym w demonstracji działania siły entropii, rozłożone zostały po całym pokoju. Przychodzi taki moment, że te granulki znajdujesz w łóżku, leżące sobie w ciepełku pod świeżo powleczoną kołderką. Przychodzi taki moment, że po raz kolejny musisz wybulić dwie stówy na wór Rojalkanina, przeklinając w duchu te dwa tłuste kłębki futra, które akurat tym razem są bogu ducha winne.

Zabraniać czy dać się bawić? Ach, dylematy świadomego rodzicielstwa.

czwartek, 9 marca 2017

59. Planowana ekstrakcja

O odnalezieniu w życiu właściwej perspektywy.


Doszłam ostatnio do wniosku, że na progu trzydziestego roku życia, dźwigając na swych spracowanych barkach kredyt hipoteczny i 9,5-kilo żywego człowieka, trzeba spojrzeć dorosłości w oczy i pójść do dentysty. A konkretnie, do dentysty-sadysty, czyli chirurga, w sprawie ekstrakcji dolnej ósemki, którą tak przygniótł ciężar życia i szarości świata, że rośnie w bok zamiast do góry.

Znacie z filmów tę scenę, gdy wielki inkwizytor przed rozpoczęciem właściwego przesłuchania demonstruje potencjalnemu heretykowi szeroki zasób oprzyrządowania? Mniej więcej tak się czułam, gdy na wielocalowym ekranie LCD ten sadysta zaczął mi kreślić, który kawałek kości zamierza mi wyciąć, a potem na jakie kawałki potnie tego nieszczęsnego zęba, żeby go wyciągnąć. I jakie skutki uboczne mogą się zdarzyć. Ale, że nie muszę się martwić, do nerwu jest bardzo daleko, dwa milimetry, a nie, przeprasza bardzo, jeden.

Także gdy mi tak opowiadał, lekko ugięły się pode mną nogi i pomyślałam sobie, może kiedy indziej, w sumie to jeszcze karmię piersią, a tu wiadomo, znieczulenia, antybiotyki i takie tam. I kto wie, może będę karmić Karaluszka do dziesiątego roku życia, a wtedy nie ma zmiłuj, ósemka musi zostać.

Ale potem pomyślałam sobie, że co by nie było, to taki zabieg trwa zaledwie półtorej godziny, a nie osiem. I nikt nie każe ci przeć. Więc w sumie nie jest tak źle.

Mówili, że posiadanie dziecka daje inną perspektywę i mieli rację!

sobota, 4 marca 2017

58. Dzisiejsze matki

Refleksje nad naturą ludzką. Niekoniecznie naturalną.


Zaczęłam ostatnio przeglądać jeden z portali dla "współczesnych, aktywnych i świadomych" rodziców. W praktyce oznacza to chyba, że rodzic musi być świadomy współczesnych technologii i aktywnie z nich korzystać. I kiedy mówię o tej aktywności i tych technologiach, to chodzi mi głównie o to, że taki rodzic powinien zostawiać jak najwięcej komentarzy i polubień na facebooku. Bo dziwnym trafem, co drugi artykuł to albo wkładanie kija w mrowisko internetowej dyskusji, gdzie matki gotowe są skakać sobie do wirtualnych oczu.

Czytam i czytam i wyciągam wnioski. I teraz się tymi wnioskami z wami podzielę. Na wypadek gdyby ktoś z szanownego grona moich czytelników (a szacuję je na ok. 3 osoby) chciał również się czegoś dowiedzieć, to żeby nie tracił czasu. Moje małe streszczenie wystarczy.

Otóż - zgodnie z wizją i misją tego portalu - współczesne matki to zagonione perfekcjonistki dążące do wyśrubowanego ideału. Gdzieś między karierą, bez której nie mogą żyć, a dostarczaniem odpowiedniej ilości wartościowych bodźców projektowi "dziecko", namiętnie polerują podłogi. Nie umieją stworzyć związku partnerskiego, bo wszystko muszą zrobić same. Nie umieją odpoczywać i wrzucać na luz, a nieustająca presja sprawia, że krzyczą na swoje dzieci i używają słów zakazanych takich jak "nie płacz". Ale ale! W przerwach od bycia perfekcyjnymi paniami domu, matki są leniwe, wygodnickie i roszczeniowe. Dzieci permanentnie zostawiają umęczonym dziadkom, z definicji świętym, bo za ich czasów wszyscy byli pracowici i nikt nie narzekał. Matki te oskarżają wszystkich naokoło o swoje niepowodzenia życiowe i żądają od życia za dużo, na przykład czasu wolnego i samorozwoju, gdy ich błogosławione rodzicielki  z pokolenia wstecz potrafiły się poświęcić dla dobra rodziny bez słowa skargi.

Po namalowaniu tego obrazu mogłabym właściwie przestać obserwować ów portal, ale co ja na to poradzę, że publikują tam takie wspaniałe historie z życia wzięte. I kiedy piszę "z życia" to mam na myśli Chwilę dla Ciebie. Moja ulubiona to anonimowy list od czytelniczki, która nie mogąc znaleźć pracy w zawodzie w Big City Łorsoł, z miejsca dostała pracę niani za skromne 9000 zł na rękę (plus płatne nadgodziny) i miała potem romans ze szczęśliwym ojcem i mężem.

Kiedy policzyłam te zera następujące po 9, to myślałam, że minęłam się z powołaniem, czy też błędnie zarządzałam moją ścieżką kariery. Czy użeranie się z cudzymi dziećmi jest dużo gorsze niż call center? Ale biorąc pod uwagę te zarobki i dalszą historię tej anonimowej pani, doszłam do wniosku, że może ona nie przeczytała umowy. I może chodziło o opiekę, ale wcale nie nad dziećmi. I że w sumie chyba call center jest lepsze, bo nóg nie trzeba golić, choroby wenerycznej się nie złapie, a jeśli po 22 ląduje się w łóżku, to własnym, w piżamce w misie, cicho łkając w poduszkę i odliczając dni do weekendu (cztery) i dolary do zrobienia targetu (90%).

Może czas przerzucić się na portal dla współczesnych, aktywnych i świadomych miłośników harlequinów?

wtorek, 28 lutego 2017

57. Nadmiar szczęścia

O tym, jak uzyskać to, czego się bardzo chce. Albo polec próbując.


Mój Karaluszek ma już ponad rok i w tym momencie pilnie pracuje nad dwoma ważnymi projektami, mianowicie zwiększenia własnej mobilności oraz rozwoju obszaru komunikacji werbalnej. Czyli że stawia pierwsze kroki i gada jak nakręcona. Obserwator z zewnątrz mógłby pomyśleć, że jest to pozbawiony sensu ciąg przypadkowych sylab, okraszony chaotyczną gestykulacją. Ale tak się dziwnie składa, że kiedy Robaczek czegoś bardzo chce, to bezbłędnie potrafi przekazać, o co chodzi. A jeśli werbalne sposoby komunikacji zawiodą, zawsze można chwycić za starą, sprawdzoną metodę i uruchomić pozawerbalną syrenę alarmową. 

"Ponad rok" oznacza również, że skończył mi się urlop macierzyński i jadę już na bezcennych zapasach wypoczynkowego, a z każdym kolejnym dniem rośnie tylko mój Arbeitsangst, osiągając już poziom przerażonego jeżozwierza na środku trzypasmowej autostrady. Im bliżej godziny zero, tym bardziej kreatywne stają się moje pomysły, jak ją odsunąć, a najlepiej unieważnić. Działam na różnych obszarach - z jednej strony poluję na kumulacje w toto-lotku, z drugiej na szybko próbuję nauczyć się programować, gdyż praca programisty wygląda mi na taką, gdzie nie ględzą ci non stop o targetach i niekoniecznie dają w rękę mydło-powidło i każą sprzedawać.

Oczywiście jest jedno rozwiązanie, którego skuteczność jest cokolwiek wyższa niż w przypadku liczbowych gier losowych, a jednocześnie efekty pojawiają się szybciej, niż przy ambitnym zamiarze zmiany branży na taką, o której ma się zerowe pojęcie (ale dużo dobrych chęci). Tak, tak, mówię o tym rozwiązaniu, które pojawia się po 9 miesiącach i skutkuje słodkim, rozkosznym okresem 12 miesięcy urlopu macierzyńskiego i efektem ubocznym w postaci małej larwy do wykarmienia. I niestety, ze względu na te efekty uboczne ostatecznie muszę tę opcję jednak odrzucić. Jeden Karaluszek to szczęście, ale nadmiar szczęścia może człowieka wykończyć.

Także kolekturo lotto, jutro przybywam.

piątek, 17 lutego 2017

56. Menażeria

O początkach komunikacji werbalnej. I o tym, jak pełna zdradzieckich meandrów jest ta ścieżka.


Nigdy nie rozumiałam szału na pierwsze słowo dziecka. To tak, jakby przez 7 lat milczało jak mnich z zakonu kartuzów, a potem nagle rzuciło  przy obiedzie słynne "a gdzie kompocik". W rzeczywistości przechodzi od "kwhzhgdonx#$%" do "dada-gaga" bardzo płynnie i tylko od twórczej interpretacji rodzica zależy, kiedy słowom pociechy przypisze znaczenie.

Nie da się jednak źle zinterpretować "am" wypowiadanego ze stosownym naciskiem i wspieranego wymownym spojrzeniem, za każdym razem gdy zbliżamy się do kuchni. Oto jest nieodrodna córka swojej matki. Dotąd musiałam spożywać swoje posiłki - pełne glutenu, laktozy i E438284 - na stojąco. Teraz muszę to jeszcze robić ukradkiem.

Gdybym próbowała udawać, że nie rozumiem stanowczego "tiu" z towarzyszącym mu palcem wycelowanym w dowolny obiekt, zostawiony nieopatrznie na wierzchu przez byłego już właściciela, Karaluszek gotów jest zrobić niezłą awanturę. "Tiu" znaczy "daj". Już, teraz, natychmiast.

Moje ulubione jest jednak "au-au". Oznacza zwierzę - jak się okazało, spektrum tychże zwierząt jest bardzo szerokie. Ile bym nie próbowała tłumaczyć na wszelkich możliwych przypadkach, z literaturą fachową i okazami żywymi włącznie, że koty są "miau-miau" a psy "hau-hau", dla Karaluszka to wszystko jest "au-au".

Ale to nie koniec. Pamiętam, jak raz narysowałam jej kotka i cieszyłam się, że rozpoznała w nim - no przynajmniej coś z czterema łapami i ogonem, bo wypowiedziała magiczne "au-au". Po czym moja mama wyciągnęła z szafy futrzastą kamizelkę i co na to moja córka? No oczywiście "au-au". Łapy i ogon są więc nieistotne, bo kamizelka z całą pewnością ich nie miała, sprawdziłam. I tak moja kariera plastyczna umarła zanim się na dobre zaczęła.

Ostatnio mianem "au-au" ochrzczona została zielona, gumowa jaszczurka. Kusi mnie, żeby spróbować z wielkim, włochatym pająkiem.

Zasób słownictwa poszerza się z każdym dniem. Dziadek, szczęśliwy i dumny niczym kapitan Titanica podczas dziewiczego rejsu, nauczył Chrabąszczyka mówić "nienienienie" i kręcić głową. Babcia próbuje go chyba przeskoczyć w dokonaniach, bo uczy młody chłonny umysł mówić "o jezu". I odnosi sukcesy.

poniedziałek, 13 lutego 2017

55. Rok temu

Rok temu się działo.


ŚRODA
Leżę podpięta pod KTG w jednym ze stołecznych szpitali. Słucham relacji na żywo z izby przyjęć. Ciepło i empatia płynące ze strony personelu mogłyby zamienić piekło w lodowisko godne rekordu Guinessa.

Lekarz patrzy na wykres i mówi, że on nam już dziękuje, a jutro albo pojutrze mamy zgłosić się do szpitala i niech tam się dalej o nas martwią. Do dziś nie wiem, czy zobaczył coś na tym wykresie, czy sugerował się wpisaną do karty przebiegu ciąży datą porodu. Ustaloną na oko. Bo nie byłam nawet w przybliżeniu w stanie stwierdzić, kiedy wystąpiła u mnie ostatnia miesiączka.

CZWARTEK
Wysypiamy się (na ile się da), jemy porządne śniadanie (na ile się da). Pakujemy się i bez pośpiechu wychodzimy. Jedziemy na Inflancką. Izba przyjęć świeci pustkami, co odbieram jako dobrą monetę. Na miejscu rzuca się na mnie zespół z położnych. Ich entuzjazm stygnie, gdy okazuje się, że nie, nie mam jeszcze skurczy ani nic równie ciekawego.

Okazuje się, że jednak mam coś ciekawego - biorę insulinę. Zespół uprzejmie mi dziękuje i każe poszukać innego szpitala, bo w tym - specjalistycznym, ginekologiczno-położniczym - takimi skomplikowanymi przypadkami się nie zajmują. I nic nie szkodzi, że diabetolog określiła dawkę mojej insuliny jako homeopatyczną.

Wpadam w umiarkowaną histerię. Wybrałam ten szpital, bo jest świeżo wyremontowany, ma niski współczynnik wykonywanych nacięć i zaskakująco dobre opinie na temat jedzenia. Oraz gigantyczny darmowy parking w centrum handlowym po sąsiedzku. Zwiedziłam salę porodową piękną niczym scenografia z doktora House'a i umówiłam się z sympatyczną położną. Wydrukowałam plan porodu.

Dzwonimy do naszego ginekologa. Proponuje nam Karową albo swój szpital macierzysty. Po audycji na żywo z poprzedniego wieczoru jakoś średnio mam ochotę na tę drugą opcję, z której korytarzy wieje PRLem. Jedziemy na Karową.

Pani na izbie przyjęć uprzejmie nas informuje, że przyjęcia odbywają się przed 8 i na czczo. Także super, ze wyspaliśmy się i zjedliśmy śniadanie; możemy wrócić jutro. Żeby nie było, robią mi KTG, ale z pełnym żołądkiem przyjąć nie chcą.

PIĄTEK godz. 6-14
Nie wysypiamy się. Nie jemy śniadania. Jedziemy na Karową. Nie ma gdzie zaparkować. Na izbie przyjęć ustawiamy się w długiej kolejce. Potem czekamy, a ciężarne naokoło nas mogłyby utworzyć ze dwie drużyny rugby.

Z godziny na godzinę ciężarnych ubywa, co chwilę którąś zapraszają za drzwi, a za nią podąża mąż, obładowany torbami niczym juczny wielbłąd, z miną misji wypisaną na twarzy. W końcu zostajemy tylko my i druga para, L. z męzem. Robią mi KTG. Informują, że na razie nie ma wolnych łóżek, ale żebyśmy siedzieli i czekali do 14, może coś się zwolni. A jak nie, to jutro też jest dzień. Pani doktor pozwala mi zjeść śniadanie.

Siedzimy i czekamy, nas dwoje i L. z mężem. Nie zamieniamy (jeszcze) ani słowa. Patrzę na nich spod oka. W końcu czekają na to samo łóżko co ja. Tylko kto je dostanie? Tuż przed 14 karetka przywozi kobietę, u której zaczęła się akcja porodowa. Empatia jest u mnie na poziomie ujemnym, myślę sobie - tyle w zakresie mojego łóżka.

A jednak, po chwili zapraszają nas obie, mnie i L..

PIĄTEK godz. 14-24
Każą nam się przebrać. Wraz z napiętą atmosferą oczekiwania znika niechęć i zapoznajemy się z L., wspólnie zastanawiając, czy mamy już zakładać koszule do porodu. Przełożona położnych na porodówce wita nas radosnym "Przecież mówiłam, że nie mamy łóżek".

Nie mają łóżek. Instalują nas na korytarzu - wyciągają dla nas dwa fotele, podczepiają pod kroplówki i przenośne KTG. Wszyscy prawie potykają się o nasze torby, biegając z jednej sali do drugiej. Nasi mężowie próbują skompresować się na wyszperanych w składziku krzesłach. Obok na łóżku leży kobieta z noworodkiem.

W międzyczasie dają nam do ręki gotowy plan porodu - ot, tylko do podpisu. Moim wypracowanym dokumentem mogę się powachlować.

Popołudniu awansujemy, tzn. znajdują dla mnie i dla L. łóżka. Wciąż na korytarzu, ale z perspektywą zdobycia sali wieczorem. Tak też się dzieje - ok. 20 organizują dla nas jedną z sal porodowych. Dokoptowują jeszcze jedną dziewczynę z patologii ciąży, żeby było weselej.

Wieczorem, po wyjściu mężów, zakładają nam pęcherzyki Foley'a, jednocześnie radośnie informując, że sam pęcherzyk prawie nigdy nie przynosi efektu. Dają nam kolację. Próbuję zasnąć, słysząc, jak na sali obok (mamy wspólną łazienkę) właśnie wyje rodząca kobieta.

SOBOTA godz. 3
U L. zaczynają się skurcze. Położne początkowo nie traktują jej poważnie, ale po podpięciu pod KTG stwierdzają ze zdumieniem, że tak, rzeczywiście, zaczęła się akcja porodowa. Po chwili zabierają ją na salę porodową (taką, której akurat nie okupuje śpiąca patologia ciąży). Płaczę z frustracji, że to nie u mnie. Próbuję znów zasnąć, słuchając krzyków L..

SOBOTA godz. 8-13
Nie dostaję śniadania. Za to dostaję kolejną współlokatorkę, również patologię ciąży, niezbyt zaawansowaną, w stylowym szlafroczku, z własnym kubkiem, wyraźnie zadomowioną. Trochę mi wstyd za mój rozwleczony i przykrótki t-shirt Portu Morskiego Świnoujście.

O 10 podłączają mi oksytocynę. Pani doktor mówi jednocześnie, żebym się nie nastawiała, że dzisiaj urodzę, bo pewnie to nic nie da. Za 2, najdalej za 3 dni podłączą mi znowu i kto wie, może wtedy, a może nie. A teraz mogę sobie wygodnie poleżeć, tylko żeby się nie ruszać, bo kabelki pospadają.

Jestem zdeterminowana, jak nigdy jeszcze w życiu nie byłam. Na 2-3 dni chcę być już w domu. Nie zostanę tu ani dnia dłużej. Obserwuję szlaczki na jednym z wielu ekranów na ścianie, który zidentyfikowałam jako ten połączony z moimi kabelkami. No dalej, mówię górkom. No wyżej. No częściej. Zaczyna mnie trochę, troszeczkę boleć. Dumna, pokazuję te górki przechodzącej położnej. Lekceważy je zupełnie.

Tymczasem przynoszą obiad moim współlokatorkom. I w tym właśnie momencie czuję wilgoć, dużo wilgoci. A potem widzę całkiem sporą ilość krwi. Zawołana położna stwierdza co następuje - odeszły mi wody. I każe leżeć dalej. Przepraszam moje współlokatorki, że zepsułam im obiad. Mówią, że i tak nie były głodne.

Jestem przerażona. Jestem szczęśliwa. Jak się zaczęło, to musi się skończyć. Jakoś...

SOBOTA 13-16.30
Przenoszą nas na salę porodową.  Po drodze mijam leżącą na korytarzu L., zmęczoną i uśmiechniętą, z synkiem. Sala jest ta sama, z którą dzieliłam wcześniej łazienkę. Ta sama, z której słyszałam krzyki rodzących kobiet. Jedno trzeba przyznać - z okna rozpościera się malowniczy widok na Zamek Królewski.

Godzinę później chcę przez to okno wyskoczyć. Boli tak, że tego się nie da opisać. Mam ochotę przestać istnieć. Implodować. Cokolwiek, tylko żeby tak nie bolało. Patrzę na wykres i wiem, że następny skurcz nadchodzi. I boję się jak małe zwierzątko futerkowe zbliżającego się psa myśliwskiego. Gaz rozweselający ma tylko taki efekt, że przynajmniej nie zapominam oddychać.

Położna obiecuje mi znieczulenie zewnątrzoponowe... jak tylko rozwarcie będzie odpowiednie. Nie jest. Drę się jak opętana. To miłe, że nikt nie zwraca mi uwagi za nieparlamentarne zachowanie. A słyszy mnie całe skrzydło szpitala, to pewne.

Regularnie zaglądają studentki zmierzyć mi ciśnienie i temperaturę. Pytają, czy mogą przyjść obserwować właściwy poród. Zgadzam się, ale położna studzi ich entuzjazm mówiąc, że na swojej zmianie raczej się nie załapią. Tymczasem rozwarcie nawet jest, ale anestezjolog utknął na dobre przy cesarce po sąsiedzku.

W końcu przychodzi. Ja zwijam się z bólu tak, że prawie tracę przytomność. Każe mi najpierw podpisać jakieś papiery; mówię, że generalnie bardzo chętnie, ale w tym momencie raczej nie dam rady. To on z kolei nie chce mi dać znieczulenia, na które czekam jak seryjny morderca na zbawienie. Mąż chyba próbuje dyskutować, ja teatralnie trzymam przed sobą kartkę i wodzę palcem. Na kartce śmierć i zaraza, dalej nie jestem w stanie doczytać. Mażę jakiś zawijas.

W końcu robi to cholerne wkłucie, próbując trafić między skurczami, i wprowadza boską ambrozję zwaną znieczuleniem zewnątrzoponowym. Mówi, że za 15 minut powinno być lepiej, a ja uśmiecham się już jak głupia, bo po moich nogach rozchodzi się przyjemne ciepło, a poza tym nie czuję nic, chociaż za anestezjologiem nie zamknęły się jeszcze drzwi.

SOBOTA 16.30-21
Następne 3 godziny mijają umiarkowanie przyjemnie. Mąż z położną dyskutują na tematy społeczno-polityczne, a ja patrzę sobie na wykresiki i kompletnie znieczulona myślę - ooo, ten skurcz był duży. No, ten był naprawdę niczego sobie. Anestezjolog zagląda jeszcze raz, żeby dać drugą dawkę.

A potem się zaczyna. Położna każe mężowi wyciągnąć pieluszki i ubranko. I okazuje się, że mój sposób pakowania "na puzzle" może jednak nie był najlepszym pomysłem, bo co za niespodzianka, nic się nie da znaleźć.

Tak, mogłam się lepiej przygotować. I nie chodzi o pakowanie, bo to szczegół. Mogłam nauczyć się przeć, bo jak w krytycznym momencie odkrywa położna, nie mam o tym zielonego pojęcia. Ach, no rzeczywiście - myślałam, że to jak z obsługą biurowej mikrofalówki. Niby podgrzewasz coś po raz pierwszy, ale intuicyjnie wiesz, gdzie nacisnąć. A jednak nie.

W międzyczasie schodzi się zespół lekarzy, położnych i studentek medycyny, na które wyraziłam zgodę. I bardzo mądrze, jak się okazuje. Bo nagle od porodowego łóżka odpada podstawka na lewą nogę. Jedna ze studentek dostaje zadanie bojowe trzymania mojej nogi w optymalnej pozycji. Ha, to jest dopiero edukacja na poziomie akademickim.

Jest, delikatnie mówiąc, źle. Druga dawka znieczulenia zaczyna puszczać, a mi po trzech bezsennych dobach i średnio dwóch kanapkach dziennie brakuje sił, żeby przeć. Dodatkowo mam uczucie takie troszeczkę podobne do klaustrofobii. To tak, jakby iść kanałem wentylacyjnym rodem ze Szklanej Pułapki i trafić na przewężenie. Tylko że ja się czuję tak, jak mógłby czuć się ów kanał.

Do dziś nie wiem, jakim cudem, ale o 13.02 o 20.31 na świat przepycha się moja córka i wita go wrzaskiem. Za drzwiami oddziału stoją świeżo upieczeni dzadkowie i słyszą ten pierwszy wrzask. Szczęśliwy tata dostaje zadanie bojowe przecięcia pępowiny i jest dzielny, bo rodzenie to jedno, ale przy pępowinie to by mnie naprawdę musieli zbierać z podłogi.

Kładą mi zawiniątko na piersi, a ja czuję coś pomiędzy ulgą, że najgorsze za mną (hm), szczęściem, że mała jest cała i zdrowa, a śmiertelnym przerażeniem, jak jej nie uszkodzić. Gdzieś tam po drugiej stronie łóżka mnie zszywają (a studentka dalej trzyma nogę). Za każdym razem, gdy czuję igłę, spinam się, a mała płacze. Gdy tylko się rozluźniam, ona się uspokaja. Moja córka. Wyciśnięta siłami natury, nieco poganianej kroplówką z oksytocyny.

Pół godziny później leżymy już na korytarzu, bo zagwarantowane w planie porodu 2 godziny kontaktu skóra do skóry ładnie wyglądają na papierze, ale na salę czeka już kolejka chętnych ciężarnych. Mała śpi, przyssana do mojej piersi, niewrażliwa na wszystko, co dzieje się dookoła.

cdn.