piątek, 22 czerwca 2018

Kanapka pełna finezji

O odpowiedzialnym żywieniu dzieci.


- Poproszę kanapeczkę - powiedziała A., niekoniecznie głodna, ale na pewno znudzona. - Kanapeczkę z dżemem.

Był taki czas, że słowo "proszę" w ustach mojego dziecka wywoływało u mnie ciężką reakcję szokową, do tego stopnia, że mogłoby zapewnić A. całkiem spory kawałek tortu bezowego polanego płynną czekoladą. Gdyby takie rzeczy miały u nas w lodówce szansę na przetrwanie dłuższe niż nanosekunda. Ale magia nowej umiejętności przeminęła, na nieszczęście A..

- Już jadłaś dżem. Mogę ci zrobić z serkiem i pomidorem - proponuję.

- Nie, z majonezem chcę! - kombinuje młodzież.

- To niech będzie z pomidorem i majonezem - znajdujemy kompromis. Nóż mi cokolwiek zgrzyta, gdy smaruję majonezem kanapkę 2-latce, jakby to wyszło na forach internetowych, to musiałabym zmienić nazwisko, przefarbować włosy i zrobić przynajmniej 3 operacje plastyczne. Dla świętego spokoju postanawiam położyć jej mniej więcej taką ilość tego majonezu, ile pieczarek jest na przeciętnej pizzy mrożonej - ot, tyle tylko, żeby zamknąć usta roszczeniowemu klientowi. Podaję kanapkę A..

Tymczasem mój roszczeniowy klient stwierdza - Nie, z masłem chciałam!

- Masło jest pod pomidorem - szczerzę zęby jak zawsze, kiedy wydaje mi się, że przechytrzyłam system. Przy czym kluczowe słowo to: wydaje mi się.

- Chcę bez majonezu - A. dokonuje nieoczekiwanego zwrotu akcji. Wzdycham i zabieram kanapkę. Zdejmuję nożem majonez, a potem dyskretnie odwracam pomidora na drugą stronę. żeby nie było widać. Jeszcze tydzień temu A. dostałaby wybór: albo jesz, albo czekasz do śniadania (a mamusia nie lubi zrywać się skoro świt). Ale od kiedy A. uczęszcza do wylęgarni zarazy, jaką jest żłobek, to przeziębienie goni biegunkę. Jeszcze jedna infekcja w tym miesiącu i A. wystającymi żebrami zacznie dziurawić koszulki, a zanim nowe przyjdą z Aliexpress, nie będzie jej co na grzbiet włożyć.

A. siedzi i bez entuzjazmu dłubie w kanapce. Ugryzła. Odrobinę. Nie za dużo, bo cholera wie, może jak poczeka, to ten pomidor magicznie dokona transformacji w dżem malinowy.

- Już się najadłam. Mam już dużo siły - stwierdza. Kapituluję i daję jej kawałek kurczaka. Za 2 dni przyjedzie babcia, co się nasłucham, że dziecko zagłodzone, to czas bezpowrotnie stracony. Chyba trafiłam, bo A. z apetytem przeżuwa mięsko, po czym stwierdza wskazując na kanapkę z pomidorem (tak na wszelki wypadek, bo przezorny zawsze ubezpieczony) - ta kanapka jest już stara.

Mój błąd. Trzeba było z dżemem zrobić, ma dużo dłuższą trwałość niż świeży pomidor.

niedziela, 17 czerwca 2018

Marznące króliki

Na wypadek gdybyście zastanawiali się, po co królikom mięciutkie futerko.



Mamy z mężem zbieżne poglądy na wychowanie dzieci, oboje uważamy na przykład, że należy je regularnie karmić, co jakiś czas kąpać i nie żałować wody do picia. Zdarza się jednak, że natrafiamy na drobną różnicę zdań.

Na przykład w przypadku doboru odpowiedniego słownictwa, gdy dzieciarnia uważnie słucha (a słucha zawsze, nawet jak siedzi na drugim końcu pokoju i pracowicie zamalowuje świnkę Peppę na czarno). Mój mąż i szczęśliwy ojciec uważa, że dzieci powinny - w rozsądnych granicach - poznawać barwny, żywy język. Ja uważam, że dobrze by było uniknąć zostania persona non grata we wszelkich okolicznych piaskownicach, o wzywaniu na dywanik do żłobkowej dyrektorki nie wspominając.

Oczywiście ironia losu bywa w takich sytuacjach niezawodna. Jedyne, co dotychczas A. przechwyciła od tatusia, to całkiem niewinne "ofiary losu", które na dodatek przekręciła na "kofiary nosu", więc od biedy można by iść w zaparte, że puszczamy jej bajki w japońskiej wersji językowej, by zwiększyć jej szanse na korporacyjnym rynku pracy za 20 lat. Tymczasem to dzięki mojemu jakże wzbogacającemu słownik wpływowi rzuciła tekstem, który prawdopodobnie będzie powtarzany na wszystkich rodzinnych imprezach przy kieliszku wódeczki i nieśmiertelnej sałatce jarzynowej ku memu i A. wiecznemu potępieniu.

- Posprzątaj te cholerne zabawki. I trzeba zamknąć okno, bo robi się zimno - powiedziałam do A., która ochoczo podreptała w stronę zabawek, wśród których były jej ukochane, nieco tylko zmęczone życiem króliki.

- Tseba zamknąć okno, bo tym cholelnym klólikom jest zimno - zgodziła się ze mną.

Szukając sensu

...w blogowaniu.



Zaczęłam blogować, gdy miałam 16 lat i ochoczo zdobywałam kolejne odznaki z serii młodego fatalisty, a pojęcia takie jak "bezpieczeństwo w sieci" czy "ochrona danych osobowych" były kompletną i zapewne zupełnie niepotrzebną abstrakcją. Świat był zły, internet dobry, a blogowanie okazało się jedyną odtrutką na paskudny smak rzeczywistości.

Dziś, dużo dużo lat później, jestem już emerytowanym fatalistą i jak się wyśpię i najem, to świat nie jest aż taki zły. A jak się napiję troszeczkę wina, to jest nawet całkiem dobry. A jednak wciąż odczuwam gigantyczną potrzebę pisania, zew klawiatury, odruch ubierania myśli w słowa i zdania i doprawiania ich odrobiną słodkiej ironii. Chcę pisać. Ba! Chcę klikać w przycisk "opublikuj".

Problem polega na tym (bo jestem kobietą i permanentnie szukam problemów tam, gdzie ich nie ma), że nie wiem dlaczego. Już od kilku miesięcy chciałam zacząć pisać od nowa, ale postawiłam sobie warunek: znaleźć w tym jakiś sens. Po dokładnej analizie za i przeciw wyszło mi, że blogowanie nie ma najmniejszego sensu.

No bo tak: jeśli piszę dla siebie, ewentualnie dla potomności (która to potomność na całe szczęście jeszcze nie nauczyła się czytać i ma ograniczony dostęp do urządzeń mobilnych), to po jaką cholerę upubliczniać moje wynurzenia? Gdyby leżały sobie bezpiecznie w czeluściach mojego dysku zewnętrznego, mogłabym nie przebierając w słowach obsmarowywać całą rodzinę do kuzynów piątej linii włącznie, sąsiadów i przyjaciół królika. A tak, to trzeba zachować minimum przyzwoitości i maksimum anonimowości, bo niedajboże ktoś gdzieś się tam rozpozna, obrazi i nie zaprosi nas więcej na kawę i ciasto. A wśród rodziny i przyjaciół mam kilka wyjątkowo utalentowanych cukierniczo jednostek.

Jeśli piszę dla poklasku i chwały, to zginę śmiercią marną. Bo reklamować się nie zamierzam.

Po co publikować coś, czego prawie nikt nie przeczyta?

Nie wiem. Ale z drugiej strony, jak nie spróbuję, to na pewno się nie dowiem. I tym argumentem o niezaprzeczalnej logice przekonałam samą siebie, szach i mat, wygrałam. Zaczynam jeszcze raz.