poniedziałek, 27 marca 2017

60. Granulki szczęścia

Różne zastosowania kociej karmy.


Oto prawda, którą potwierdzi każdy rodzic (a często również opiekun kota) - dzieciarnia wydająca wszelkiego rodzaju odgłosy, od okrzyku bojowego po walenie tępym przedmiotem nr 1 w tępy przedmiot nr 2, bywa cokolwiek irytująca. Ale największe podejrzenia wzbudza nagła, nieoczekiwana i podejrzanie przyjemna cisza.

Niech ona bawi się klockami, niech tylko po prostu bawi się klockami - próbuję zaklinać rzeczywistość, odrywając wzrok i przynajmniej jedną rękę od obieranych ziemniaków. A tam moje dziecię siedzi sobie przy kocich miskach i z pietyzmem godnym Michała Anioła malującego sufit Kaplicy Sysktyńskiej, przekłada granulka po granulce kocią karmę z tychże misek do swej ulubionej zabawki, szkolnego autobusu. Po chwili słychać tylko Autobus jedzie tur-tur-tur, szkooooła wzyyyywa naaaas! (...ta piosenka, szczyt sarkazmu w obliczu reformy edukacji, będzie wracała do nas w koszmarach jeszcze na emeryturze). Autobus odjeżdża z kontrabandą. Koty śpią, nieświadome tego aktu bezwzględnej przestępczości.

Za pierwszym razem to nawet trochę się ucieszyłam. Przynajmniej pakuje do autobusu, a nie zjada sama. A 15 minut spokoju to towar deficytowy, którym żaden rodzic nie pogardzi. Ale przychodzi taki moment, kiedy naprawdę masz już dość sprzątania granulek, które niczym w demonstracji działania siły entropii, rozłożone zostały po całym pokoju. Przychodzi taki moment, że te granulki znajdujesz w łóżku, leżące sobie w ciepełku pod świeżo powleczoną kołderką. Przychodzi taki moment, że po raz kolejny musisz wybulić dwie stówy na wór Rojalkanina, przeklinając w duchu te dwa tłuste kłębki futra, które akurat tym razem są bogu ducha winne.

Zabraniać czy dać się bawić? Ach, dylematy świadomego rodzicielstwa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz