sobota, 4 marca 2017

58. Dzisiejsze matki

Refleksje nad naturą ludzką. Niekoniecznie naturalną.


Zaczęłam ostatnio przeglądać jeden z portali dla "współczesnych, aktywnych i świadomych" rodziców. W praktyce oznacza to chyba, że rodzic musi być świadomy współczesnych technologii i aktywnie z nich korzystać. I kiedy mówię o tej aktywności i tych technologiach, to chodzi mi głównie o to, że taki rodzic powinien zostawiać jak najwięcej komentarzy i polubień na facebooku. Bo dziwnym trafem, co drugi artykuł to albo wkładanie kija w mrowisko internetowej dyskusji, gdzie matki gotowe są skakać sobie do wirtualnych oczu.

Czytam i czytam i wyciągam wnioski. I teraz się tymi wnioskami z wami podzielę. Na wypadek gdyby ktoś z szanownego grona moich czytelników (a szacuję je na ok. 3 osoby) chciał również się czegoś dowiedzieć, to żeby nie tracił czasu. Moje małe streszczenie wystarczy.

Otóż - zgodnie z wizją i misją tego portalu - współczesne matki to zagonione perfekcjonistki dążące do wyśrubowanego ideału. Gdzieś między karierą, bez której nie mogą żyć, a dostarczaniem odpowiedniej ilości wartościowych bodźców projektowi "dziecko", namiętnie polerują podłogi. Nie umieją stworzyć związku partnerskiego, bo wszystko muszą zrobić same. Nie umieją odpoczywać i wrzucać na luz, a nieustająca presja sprawia, że krzyczą na swoje dzieci i używają słów zakazanych takich jak "nie płacz". Ale ale! W przerwach od bycia perfekcyjnymi paniami domu, matki są leniwe, wygodnickie i roszczeniowe. Dzieci permanentnie zostawiają umęczonym dziadkom, z definicji świętym, bo za ich czasów wszyscy byli pracowici i nikt nie narzekał. Matki te oskarżają wszystkich naokoło o swoje niepowodzenia życiowe i żądają od życia za dużo, na przykład czasu wolnego i samorozwoju, gdy ich błogosławione rodzicielki  z pokolenia wstecz potrafiły się poświęcić dla dobra rodziny bez słowa skargi.

Po namalowaniu tego obrazu mogłabym właściwie przestać obserwować ów portal, ale co ja na to poradzę, że publikują tam takie wspaniałe historie z życia wzięte. I kiedy piszę "z życia" to mam na myśli Chwilę dla Ciebie. Moja ulubiona to anonimowy list od czytelniczki, która nie mogąc znaleźć pracy w zawodzie w Big City Łorsoł, z miejsca dostała pracę niani za skromne 9000 zł na rękę (plus płatne nadgodziny) i miała potem romans ze szczęśliwym ojcem i mężem.

Kiedy policzyłam te zera następujące po 9, to myślałam, że minęłam się z powołaniem, czy też błędnie zarządzałam moją ścieżką kariery. Czy użeranie się z cudzymi dziećmi jest dużo gorsze niż call center? Ale biorąc pod uwagę te zarobki i dalszą historię tej anonimowej pani, doszłam do wniosku, że może ona nie przeczytała umowy. I może chodziło o opiekę, ale wcale nie nad dziećmi. I że w sumie chyba call center jest lepsze, bo nóg nie trzeba golić, choroby wenerycznej się nie złapie, a jeśli po 22 ląduje się w łóżku, to własnym, w piżamce w misie, cicho łkając w poduszkę i odliczając dni do weekendu (cztery) i dolary do zrobienia targetu (90%).

Może czas przerzucić się na portal dla współczesnych, aktywnych i świadomych miłośników harlequinów?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz