piątek, 17 lutego 2017

56. Menażeria

O początkach komunikacji werbalnej. I o tym, jak pełna zdradzieckich meandrów jest ta ścieżka.


Nigdy nie rozumiałam szału na pierwsze słowo dziecka. To tak, jakby przez 7 lat milczało jak mnich z zakonu kartuzów, a potem nagle rzuciło  przy obiedzie słynne "a gdzie kompocik". W rzeczywistości przechodzi od "kwhzhgdonx#$%" do "dada-gaga" bardzo płynnie i tylko od twórczej interpretacji rodzica zależy, kiedy słowom pociechy przypisze znaczenie.

Nie da się jednak źle zinterpretować "am" wypowiadanego ze stosownym naciskiem i wspieranego wymownym spojrzeniem, za każdym razem gdy zbliżamy się do kuchni. Oto jest nieodrodna córka swojej matki. Dotąd musiałam spożywać swoje posiłki - pełne glutenu, laktozy i E438284 - na stojąco. Teraz muszę to jeszcze robić ukradkiem.

Gdybym próbowała udawać, że nie rozumiem stanowczego "tiu" z towarzyszącym mu palcem wycelowanym w dowolny obiekt, zostawiony nieopatrznie na wierzchu przez byłego już właściciela, Karaluszek gotów jest zrobić niezłą awanturę. "Tiu" znaczy "daj". Już, teraz, natychmiast.

Moje ulubione jest jednak "au-au". Oznacza zwierzę - jak się okazało, spektrum tychże zwierząt jest bardzo szerokie. Ile bym nie próbowała tłumaczyć na wszelkich możliwych przypadkach, z literaturą fachową i okazami żywymi włącznie, że koty są "miau-miau" a psy "hau-hau", dla Karaluszka to wszystko jest "au-au".

Ale to nie koniec. Pamiętam, jak raz narysowałam jej kotka i cieszyłam się, że rozpoznała w nim - no przynajmniej coś z czterema łapami i ogonem, bo wypowiedziała magiczne "au-au". Po czym moja mama wyciągnęła z szafy futrzastą kamizelkę i co na to moja córka? No oczywiście "au-au". Łapy i ogon są więc nieistotne, bo kamizelka z całą pewnością ich nie miała, sprawdziłam. I tak moja kariera plastyczna umarła zanim się na dobre zaczęła.

Ostatnio mianem "au-au" ochrzczona została zielona, gumowa jaszczurka. Kusi mnie, żeby spróbować z wielkim, włochatym pająkiem.

Zasób słownictwa poszerza się z każdym dniem. Dziadek, szczęśliwy i dumny niczym kapitan Titanica podczas dziewiczego rejsu, nauczył Chrabąszczyka mówić "nienienienie" i kręcić głową. Babcia próbuje go chyba przeskoczyć w dokonaniach, bo uczy młody chłonny umysł mówić "o jezu". I odnosi sukcesy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz