poniedziałek, 13 lutego 2017

55. Rok temu

Rok temu się działo.


ŚRODA
Leżę podpięta pod KTG w jednym ze stołecznych szpitali. Słucham relacji na żywo z izby przyjęć. Ciepło i empatia płynące ze strony personelu mogłyby zamienić piekło w lodowisko godne rekordu Guinessa.

Lekarz patrzy na wykres i mówi, że on nam już dziękuje, a jutro albo pojutrze mamy zgłosić się do szpitala i niech tam się dalej o nas martwią. Do dziś nie wiem, czy zobaczył coś na tym wykresie, czy sugerował się wpisaną do karty przebiegu ciąży datą porodu. Ustaloną na oko. Bo nie byłam nawet w przybliżeniu w stanie stwierdzić, kiedy wystąpiła u mnie ostatnia miesiączka.

CZWARTEK
Wysypiamy się (na ile się da), jemy porządne śniadanie (na ile się da). Pakujemy się i bez pośpiechu wychodzimy. Jedziemy na Inflancką. Izba przyjęć świeci pustkami, co odbieram jako dobrą monetę. Na miejscu rzuca się na mnie zespół z położnych. Ich entuzjazm stygnie, gdy okazuje się, że nie, nie mam jeszcze skurczy ani nic równie ciekawego.

Okazuje się, że jednak mam coś ciekawego - biorę insulinę. Zespół uprzejmie mi dziękuje i każe poszukać innego szpitala, bo w tym - specjalistycznym, ginekologiczno-położniczym - takimi skomplikowanymi przypadkami się nie zajmują. I nic nie szkodzi, że diabetolog określiła dawkę mojej insuliny jako homeopatyczną.

Wpadam w umiarkowaną histerię. Wybrałam ten szpital, bo jest świeżo wyremontowany, ma niski współczynnik wykonywanych nacięć i zaskakująco dobre opinie na temat jedzenia. Oraz gigantyczny darmowy parking w centrum handlowym po sąsiedzku. Zwiedziłam salę porodową piękną niczym scenografia z doktora House'a i umówiłam się z sympatyczną położną. Wydrukowałam plan porodu.

Dzwonimy do naszego ginekologa. Proponuje nam Karową albo swój szpital macierzysty. Po audycji na żywo z poprzedniego wieczoru jakoś średnio mam ochotę na tę drugą opcję, z której korytarzy wieje PRLem. Jedziemy na Karową.

Pani na izbie przyjęć uprzejmie nas informuje, że przyjęcia odbywają się przed 8 i na czczo. Także super, ze wyspaliśmy się i zjedliśmy śniadanie; możemy wrócić jutro. Żeby nie było, robią mi KTG, ale z pełnym żołądkiem przyjąć nie chcą.

PIĄTEK godz. 6-14
Nie wysypiamy się. Nie jemy śniadania. Jedziemy na Karową. Nie ma gdzie zaparkować. Na izbie przyjęć ustawiamy się w długiej kolejce. Potem czekamy, a ciężarne naokoło nas mogłyby utworzyć ze dwie drużyny rugby.

Z godziny na godzinę ciężarnych ubywa, co chwilę którąś zapraszają za drzwi, a za nią podąża mąż, obładowany torbami niczym juczny wielbłąd, z miną misji wypisaną na twarzy. W końcu zostajemy tylko my i druga para, L. z męzem. Robią mi KTG. Informują, że na razie nie ma wolnych łóżek, ale żebyśmy siedzieli i czekali do 14, może coś się zwolni. A jak nie, to jutro też jest dzień. Pani doktor pozwala mi zjeść śniadanie.

Siedzimy i czekamy, nas dwoje i L. z mężem. Nie zamieniamy (jeszcze) ani słowa. Patrzę na nich spod oka. W końcu czekają na to samo łóżko co ja. Tylko kto je dostanie? Tuż przed 14 karetka przywozi kobietę, u której zaczęła się akcja porodowa. Empatia jest u mnie na poziomie ujemnym, myślę sobie - tyle w zakresie mojego łóżka.

A jednak, po chwili zapraszają nas obie, mnie i L..

PIĄTEK godz. 14-24
Każą nam się przebrać. Wraz z napiętą atmosferą oczekiwania znika niechęć i zapoznajemy się z L., wspólnie zastanawiając, czy mamy już zakładać koszule do porodu. Przełożona położnych na porodówce wita nas radosnym "Przecież mówiłam, że nie mamy łóżek".

Nie mają łóżek. Instalują nas na korytarzu - wyciągają dla nas dwa fotele, podczepiają pod kroplówki i przenośne KTG. Wszyscy prawie potykają się o nasze torby, biegając z jednej sali do drugiej. Nasi mężowie próbują skompresować się na wyszperanych w składziku krzesłach. Obok na łóżku leży kobieta z noworodkiem.

W międzyczasie dają nam do ręki gotowy plan porodu - ot, tylko do podpisu. Moim wypracowanym dokumentem mogę się powachlować.

Popołudniu awansujemy, tzn. znajdują dla mnie i dla L. łóżka. Wciąż na korytarzu, ale z perspektywą zdobycia sali wieczorem. Tak też się dzieje - ok. 20 organizują dla nas jedną z sal porodowych. Dokoptowują jeszcze jedną dziewczynę z patologii ciąży, żeby było weselej.

Wieczorem, po wyjściu mężów, zakładają nam pęcherzyki Foley'a, jednocześnie radośnie informując, że sam pęcherzyk prawie nigdy nie przynosi efektu. Dają nam kolację. Próbuję zasnąć, słysząc, jak na sali obok (mamy wspólną łazienkę) właśnie wyje rodząca kobieta.

SOBOTA godz. 3
U L. zaczynają się skurcze. Położne początkowo nie traktują jej poważnie, ale po podpięciu pod KTG stwierdzają ze zdumieniem, że tak, rzeczywiście, zaczęła się akcja porodowa. Po chwili zabierają ją na salę porodową (taką, której akurat nie okupuje śpiąca patologia ciąży). Płaczę z frustracji, że to nie u mnie. Próbuję znów zasnąć, słuchając krzyków L..

SOBOTA godz. 8-13
Nie dostaję śniadania. Za to dostaję kolejną współlokatorkę, również patologię ciąży, niezbyt zaawansowaną, w stylowym szlafroczku, z własnym kubkiem, wyraźnie zadomowioną. Trochę mi wstyd za mój rozwleczony i przykrótki t-shirt Portu Morskiego Świnoujście.

O 10 podłączają mi oksytocynę. Pani doktor mówi jednocześnie, żebym się nie nastawiała, że dzisiaj urodzę, bo pewnie to nic nie da. Za 2, najdalej za 3 dni podłączą mi znowu i kto wie, może wtedy, a może nie. A teraz mogę sobie wygodnie poleżeć, tylko żeby się nie ruszać, bo kabelki pospadają.

Jestem zdeterminowana, jak nigdy jeszcze w życiu nie byłam. Na 2-3 dni chcę być już w domu. Nie zostanę tu ani dnia dłużej. Obserwuję szlaczki na jednym z wielu ekranów na ścianie, który zidentyfikowałam jako ten połączony z moimi kabelkami. No dalej, mówię górkom. No wyżej. No częściej. Zaczyna mnie trochę, troszeczkę boleć. Dumna, pokazuję te górki przechodzącej położnej. Lekceważy je zupełnie.

Tymczasem przynoszą obiad moim współlokatorkom. I w tym właśnie momencie czuję wilgoć, dużo wilgoci. A potem widzę całkiem sporą ilość krwi. Zawołana położna stwierdza co następuje - odeszły mi wody. I każe leżeć dalej. Przepraszam moje współlokatorki, że zepsułam im obiad. Mówią, że i tak nie były głodne.

Jestem przerażona. Jestem szczęśliwa. Jak się zaczęło, to musi się skończyć. Jakoś...

SOBOTA 13-16.30
Przenoszą nas na salę porodową.  Po drodze mijam leżącą na korytarzu L., zmęczoną i uśmiechniętą, z synkiem. Sala jest ta sama, z którą dzieliłam wcześniej łazienkę. Ta sama, z której słyszałam krzyki rodzących kobiet. Jedno trzeba przyznać - z okna rozpościera się malowniczy widok na Zamek Królewski.

Godzinę później chcę przez to okno wyskoczyć. Boli tak, że tego się nie da opisać. Mam ochotę przestać istnieć. Implodować. Cokolwiek, tylko żeby tak nie bolało. Patrzę na wykres i wiem, że następny skurcz nadchodzi. I boję się jak małe zwierzątko futerkowe zbliżającego się psa myśliwskiego. Gaz rozweselający ma tylko taki efekt, że przynajmniej nie zapominam oddychać.

Położna obiecuje mi znieczulenie zewnątrzoponowe... jak tylko rozwarcie będzie odpowiednie. Nie jest. Drę się jak opętana. To miłe, że nikt nie zwraca mi uwagi za nieparlamentarne zachowanie. A słyszy mnie całe skrzydło szpitala, to pewne.

Regularnie zaglądają studentki zmierzyć mi ciśnienie i temperaturę. Pytają, czy mogą przyjść obserwować właściwy poród. Zgadzam się, ale położna studzi ich entuzjazm mówiąc, że na swojej zmianie raczej się nie załapią. Tymczasem rozwarcie nawet jest, ale anestezjolog utknął na dobre przy cesarce po sąsiedzku.

W końcu przychodzi. Ja zwijam się z bólu tak, że prawie tracę przytomność. Każe mi najpierw podpisać jakieś papiery; mówię, że generalnie bardzo chętnie, ale w tym momencie raczej nie dam rady. To on z kolei nie chce mi dać znieczulenia, na które czekam jak seryjny morderca na zbawienie. Mąż chyba próbuje dyskutować, ja teatralnie trzymam przed sobą kartkę i wodzę palcem. Na kartce śmierć i zaraza, dalej nie jestem w stanie doczytać. Mażę jakiś zawijas.

W końcu robi to cholerne wkłucie, próbując trafić między skurczami, i wprowadza boską ambrozję zwaną znieczuleniem zewnątrzoponowym. Mówi, że za 15 minut powinno być lepiej, a ja uśmiecham się już jak głupia, bo po moich nogach rozchodzi się przyjemne ciepło, a poza tym nie czuję nic, chociaż za anestezjologiem nie zamknęły się jeszcze drzwi.

SOBOTA 16.30-21
Następne 3 godziny mijają umiarkowanie przyjemnie. Mąż z położną dyskutują na tematy społeczno-polityczne, a ja patrzę sobie na wykresiki i kompletnie znieczulona myślę - ooo, ten skurcz był duży. No, ten był naprawdę niczego sobie. Anestezjolog zagląda jeszcze raz, żeby dać drugą dawkę.

A potem się zaczyna. Położna każe mężowi wyciągnąć pieluszki i ubranko. I okazuje się, że mój sposób pakowania "na puzzle" może jednak nie był najlepszym pomysłem, bo co za niespodzianka, nic się nie da znaleźć.

Tak, mogłam się lepiej przygotować. I nie chodzi o pakowanie, bo to szczegół. Mogłam nauczyć się przeć, bo jak w krytycznym momencie odkrywa położna, nie mam o tym zielonego pojęcia. Ach, no rzeczywiście - myślałam, że to jak z obsługą biurowej mikrofalówki. Niby podgrzewasz coś po raz pierwszy, ale intuicyjnie wiesz, gdzie nacisnąć. A jednak nie.

W międzyczasie schodzi się zespół lekarzy, położnych i studentek medycyny, na które wyraziłam zgodę. I bardzo mądrze, jak się okazuje. Bo nagle od porodowego łóżka odpada podstawka na lewą nogę. Jedna ze studentek dostaje zadanie bojowe trzymania mojej nogi w optymalnej pozycji. Ha, to jest dopiero edukacja na poziomie akademickim.

Jest, delikatnie mówiąc, źle. Druga dawka znieczulenia zaczyna puszczać, a mi po trzech bezsennych dobach i średnio dwóch kanapkach dziennie brakuje sił, żeby przeć. Dodatkowo mam uczucie takie troszeczkę podobne do klaustrofobii. To tak, jakby iść kanałem wentylacyjnym rodem ze Szklanej Pułapki i trafić na przewężenie. Tylko że ja się czuję tak, jak mógłby czuć się ów kanał.

Do dziś nie wiem, jakim cudem, ale o 13.02 o 20.31 na świat przepycha się moja córka i wita go wrzaskiem. Za drzwiami oddziału stoją świeżo upieczeni dzadkowie i słyszą ten pierwszy wrzask. Szczęśliwy tata dostaje zadanie bojowe przecięcia pępowiny i jest dzielny, bo rodzenie to jedno, ale przy pępowinie to by mnie naprawdę musieli zbierać z podłogi.

Kładą mi zawiniątko na piersi, a ja czuję coś pomiędzy ulgą, że najgorsze za mną (hm), szczęściem, że mała jest cała i zdrowa, a śmiertelnym przerażeniem, jak jej nie uszkodzić. Gdzieś tam po drugiej stronie łóżka mnie zszywają (a studentka dalej trzyma nogę). Za każdym razem, gdy czuję igłę, spinam się, a mała płacze. Gdy tylko się rozluźniam, ona się uspokaja. Moja córka. Wyciśnięta siłami natury, nieco poganianej kroplówką z oksytocyny.

Pół godziny później leżymy już na korytarzu, bo zagwarantowane w planie porodu 2 godziny kontaktu skóra do skóry ładnie wyglądają na papierze, ale na salę czeka już kolejka chętnych ciężarnych. Mała śpi, przyssana do mojej piersi, niewrażliwa na wszystko, co dzieje się dookoła.

cdn.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz