niedziela, 5 lutego 2017

54. Inhalator

Matka karmiąca vs. wirus, ciąg dalszy, łatwy do przewidzenia.


Karm piersią, mówili. Będzie odporne, mówili. Nie zachoruje. Będzie fajnie.
Owszem, nie powiem, bardzo chwalę sobie fakt, że w środku nocy potykając się o własne nogi nie muszę gotować mleka modyfikowanego tylko wyciągam cycka i voila. Ale mój mały Cyckoholik podłapał ode mnie zarazki niczym nieaktualizowany Windows. Bez firewalla. Podczas ściągania pirackich gierek.

Zaczęło się od wyższej temperatury, która doprowadziła mnie do umiarkowanej paniki, tzn. tylko przez chwilę zastanawiałam się, czy już jechać do szpitala. I mierzyłam temperaturę tylko średnio co trzy minuty, nie częściej. Bardzo pomocne były artykuły w internecie i te wszystkie dywagacje jak ratować dziecko zbijając gorączkę kąpielami i co robić na etapie drgawek.
Jak się później okazało, Karaluszek ledwo wyszła poza to, co u dzieci rozumie się jako stan podgorączkowy. A ja gotowa byłam się już nawrócić, wznosić modły i składać ofiary z ogórków konserwowych i humusu, czyli zawartości naszej lodówki.

Dostaliśmy zalecenie inhalowania Chrabąszczyka. Dopiero po czasie zrozumiałam ton głosu lekarki, która na pytanie o kwestie techniczne tego procesu westchnęła "Ach, czyli jeszcze nie macie państwo inhalatora...". Teraz rozumiem tę nutkę współczucia. I kpiny.

Pierwszą próbę inhalacji przeprowadziłam z moim tatą. Można by wymieniać, co poszło źle. Ale z dzisiejszej perspektywy widzę to tak - błędne było w ogóle założenie, że to się da tak po prostu zrobić.
Wrzask, który wydało z siebie dziecko poddane pierwszej próbie inhalacji, aż się prosił o donos do MOPSu.

Moja mama postanowiła najpierw zrobić wywiad wśród znajomych matek i babć, który potwierdził mniej więcej to, co usłyszeliśmy od lekarza - są dwie techniki przeprowadzania inhalacji. Jedna na owoc zakazany, tzn. tablet do dziecięcej ręki, a na buzię maseczka. Druga na śpiocha. No i ewentualnie trzecia, siłowa, z założeniem, że jak się drze, to pełniej oddycha.

Pierwszą metodę początkowo odrzuciliśmy, bo mamy taką fanaberię, żeby wychowywać dziecko bez urządzeń mobilnych, wystarczą dwie uzależnione osoby w 3-osobowej rodzinie. Druga metoda wymagała kombinacji alpejskich, jak wcelować wylotem inhalatora, który trzeba trzymać pionowo, w paszczę Karaluszka, gdzieś na środu łóżka, wykręconą w drugą stronę i wklejoną w materac. I jak to zrobić, żeby jeszcze dziecko się nie obudziło.

Delikatnie mówiąc, pierwsze próby do udanych nie należały. Nawet-nawet chciałam się przeprosić z pierwszą metodą, ale gdy dziecko wiruje niczym diabeł tasmański z bajki, to tablet w postaci rozmazanej smugi nieszczególnie przykuwa jego uwagę.

Od tamtej pory poczyniliśmy pewne postępy i nawet Karaluszek jakby zdrowszy. Jeszcze tylko 18 lat bogatej oferty wszelkich infekcji przed nami. Przy założeniu, że nie dorobimy się następnego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz