sobota, 4 lutego 2017

53. Wirus

Matka karmiąca vs. wirus, historia prawdziwa.


Generalnie to mam rewelacyjną odporność. No nic mnie nie bierze. Wirusy i bakterie na mój widok popełniają harakiri. Jestem z tego znana. Toteż gdy zaczęło mnie boleć gardło, stwierdziłam, że to bóle fantomowe i chodziłam na dwugodzinne spacery z dzieckiem. I kiedy mówię spacery, to mam na myśli morderczy trening na oblodzonych ścieżkach. Bo limit kroków na najbliższe dwa lata sam się nie zrobi.

Zachorowałam. Moment kulminacyjny przypadł akurat na weekend spędzany z mężem. Siedzę na podłodze poskładana jak paczka z Ikei, wpatrują się we mnie niczym sępy w truchło dwa wygłodniałe koty (mąż zaordynował im dietę odchudzającą), a ja wpatruję się w dziecko. Wzrokiem delirycznym. Muzyczka z zabawki, alternatywna aranżacja Row, row, row your boat brzmi tak, jak wyglądają zegary z obrazów Salvadora Dali. Jakby czas się przelewał i zakręcał. Psychodelicznie.
Po chwili uświadamiam sobie, że to nie wirusowe delirium tylko zwyczajnie, baterie wysiadają.

Problem z chorobami i macierzyństwem polega na tym, że kiedy ty masz ochotę zwinąć się w formę przetrwalnikową w łóżku z kubkiem gorącej herbaty, twoje dziecko właśnie uprawia wspinaczkę wysokomeblową, doskonali się w sztuce latania albo poszukuje nowych doznań smakowych na podłodze. A kiedy z kolei dziecko smacznie śpi, kolonia obcych w twoim gardle okopuje się na pozycjach, buduje mur godny Donalda Trumpa i rozmnaża ku chwale nowej ojczyzny.
Gdyby nie czuła i troskliwa opieka męża, że o naleśnikach w kształcie serca nie wspomnę, zginęłabym śmiercią marną.

Wykazując się niebywałym sprytem postanowiłam zadzwonić do przychodni i umówić się do lekarza w przyszłym tygodniu. Wychodząc z założenia, że nawet jeśli ja zdążę wyzdrowieć, to istnieje spora szansa, że zarażę Karaluszka albo męża. A wtedy rezerwacja będzie jak znalazł.

Jedno muszę oddać pani w recepcji - nie wybuchła gromkim śmiechem. Przypuszczam że dlatego, iż nawet ona nie była w stanie śmiać się z tego samego kawału po raz setny tego dnia. Dowiedziałam się tylko, że umówić się w ogóle nie można. No po prostu.
(W końcu mojemu mężowi się udało. Stał pod drzwiami przychodni jeszcze przed otwarciem. Jako piąty w kolejce).

Z tej perspektywy jedno mogę stwierdzić - teoria, że "przeziębienie leczone trwa tydzień, a nieleczone 7 dni" ma w sobie tyle sensu ile słynne "5 minut nie leżało". Jako matka karmiąca nie mogę brać praktycznie nic poza starym dobrym placebo. Tak skuteczne, jak modlitwa i pokuta.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz