wtorek, 28 lutego 2017

57. Nadmiar szczęścia

O tym, jak uzyskać to, czego się bardzo chce. Albo polec próbując.


Mój Karaluszek ma już ponad rok i w tym momencie pilnie pracuje nad dwoma ważnymi projektami, mianowicie zwiększenia własnej mobilności oraz rozwoju obszaru komunikacji werbalnej. Czyli że stawia pierwsze kroki i gada jak nakręcona. Obserwator z zewnątrz mógłby pomyśleć, że jest to pozbawiony sensu ciąg przypadkowych sylab, okraszony chaotyczną gestykulacją. Ale tak się dziwnie składa, że kiedy Robaczek czegoś bardzo chce, to bezbłędnie potrafi przekazać, o co chodzi. A jeśli werbalne sposoby komunikacji zawiodą, zawsze można chwycić za starą, sprawdzoną metodę i uruchomić pozawerbalną syrenę alarmową. 

"Ponad rok" oznacza również, że skończył mi się urlop macierzyński i jadę już na bezcennych zapasach wypoczynkowego, a z każdym kolejnym dniem rośnie tylko mój Arbeitsangst, osiągając już poziom przerażonego jeżozwierza na środku trzypasmowej autostrady. Im bliżej godziny zero, tym bardziej kreatywne stają się moje pomysły, jak ją odsunąć, a najlepiej unieważnić. Działam na różnych obszarach - z jednej strony poluję na kumulacje w toto-lotku, z drugiej na szybko próbuję nauczyć się programować, gdyż praca programisty wygląda mi na taką, gdzie nie ględzą ci non stop o targetach i niekoniecznie dają w rękę mydło-powidło i każą sprzedawać.

Oczywiście jest jedno rozwiązanie, którego skuteczność jest cokolwiek wyższa niż w przypadku liczbowych gier losowych, a jednocześnie efekty pojawiają się szybciej, niż przy ambitnym zamiarze zmiany branży na taką, o której ma się zerowe pojęcie (ale dużo dobrych chęci). Tak, tak, mówię o tym rozwiązaniu, które pojawia się po 9 miesiącach i skutkuje słodkim, rozkosznym okresem 12 miesięcy urlopu macierzyńskiego i efektem ubocznym w postaci małej larwy do wykarmienia. I niestety, ze względu na te efekty uboczne ostatecznie muszę tę opcję jednak odrzucić. Jeden Karaluszek to szczęście, ale nadmiar szczęścia może człowieka wykończyć.

Także kolekturo lotto, jutro przybywam.

piątek, 17 lutego 2017

56. Menażeria

O początkach komunikacji werbalnej. I o tym, jak pełna zdradzieckich meandrów jest ta ścieżka.


Nigdy nie rozumiałam szału na pierwsze słowo dziecka. To tak, jakby przez 7 lat milczało jak mnich z zakonu kartuzów, a potem nagle rzuciło  przy obiedzie słynne "a gdzie kompocik". W rzeczywistości przechodzi od "kwhzhgdonx#$%" do "dada-gaga" bardzo płynnie i tylko od twórczej interpretacji rodzica zależy, kiedy słowom pociechy przypisze znaczenie.

Nie da się jednak źle zinterpretować "am" wypowiadanego ze stosownym naciskiem i wspieranego wymownym spojrzeniem, za każdym razem gdy zbliżamy się do kuchni. Oto jest nieodrodna córka swojej matki. Dotąd musiałam spożywać swoje posiłki - pełne glutenu, laktozy i E438284 - na stojąco. Teraz muszę to jeszcze robić ukradkiem.

Gdybym próbowała udawać, że nie rozumiem stanowczego "tiu" z towarzyszącym mu palcem wycelowanym w dowolny obiekt, zostawiony nieopatrznie na wierzchu przez byłego już właściciela, Karaluszek gotów jest zrobić niezłą awanturę. "Tiu" znaczy "daj". Już, teraz, natychmiast.

Moje ulubione jest jednak "au-au". Oznacza zwierzę - jak się okazało, spektrum tychże zwierząt jest bardzo szerokie. Ile bym nie próbowała tłumaczyć na wszelkich możliwych przypadkach, z literaturą fachową i okazami żywymi włącznie, że koty są "miau-miau" a psy "hau-hau", dla Karaluszka to wszystko jest "au-au".

Ale to nie koniec. Pamiętam, jak raz narysowałam jej kotka i cieszyłam się, że rozpoznała w nim - no przynajmniej coś z czterema łapami i ogonem, bo wypowiedziała magiczne "au-au". Po czym moja mama wyciągnęła z szafy futrzastą kamizelkę i co na to moja córka? No oczywiście "au-au". Łapy i ogon są więc nieistotne, bo kamizelka z całą pewnością ich nie miała, sprawdziłam. I tak moja kariera plastyczna umarła zanim się na dobre zaczęła.

Ostatnio mianem "au-au" ochrzczona została zielona, gumowa jaszczurka. Kusi mnie, żeby spróbować z wielkim, włochatym pająkiem.

Zasób słownictwa poszerza się z każdym dniem. Dziadek, szczęśliwy i dumny niczym kapitan Titanica podczas dziewiczego rejsu, nauczył Chrabąszczyka mówić "nienienienie" i kręcić głową. Babcia próbuje go chyba przeskoczyć w dokonaniach, bo uczy młody chłonny umysł mówić "o jezu". I odnosi sukcesy.

poniedziałek, 13 lutego 2017

55. Rok temu

Rok temu się działo.


ŚRODA
Leżę podpięta pod KTG w jednym ze stołecznych szpitali. Słucham relacji na żywo z izby przyjęć. Ciepło i empatia płynące ze strony personelu mogłyby zamienić piekło w lodowisko godne rekordu Guinessa.

Lekarz patrzy na wykres i mówi, że on nam już dziękuje, a jutro albo pojutrze mamy zgłosić się do szpitala i niech tam się dalej o nas martwią. Do dziś nie wiem, czy zobaczył coś na tym wykresie, czy sugerował się wpisaną do karty przebiegu ciąży datą porodu. Ustaloną na oko. Bo nie byłam nawet w przybliżeniu w stanie stwierdzić, kiedy wystąpiła u mnie ostatnia miesiączka.

CZWARTEK
Wysypiamy się (na ile się da), jemy porządne śniadanie (na ile się da). Pakujemy się i bez pośpiechu wychodzimy. Jedziemy na Inflancką. Izba przyjęć świeci pustkami, co odbieram jako dobrą monetę. Na miejscu rzuca się na mnie zespół z położnych. Ich entuzjazm stygnie, gdy okazuje się, że nie, nie mam jeszcze skurczy ani nic równie ciekawego.

Okazuje się, że jednak mam coś ciekawego - biorę insulinę. Zespół uprzejmie mi dziękuje i każe poszukać innego szpitala, bo w tym - specjalistycznym, ginekologiczno-położniczym - takimi skomplikowanymi przypadkami się nie zajmują. I nic nie szkodzi, że diabetolog określiła dawkę mojej insuliny jako homeopatyczną.

Wpadam w umiarkowaną histerię. Wybrałam ten szpital, bo jest świeżo wyremontowany, ma niski współczynnik wykonywanych nacięć i zaskakująco dobre opinie na temat jedzenia. Oraz gigantyczny darmowy parking w centrum handlowym po sąsiedzku. Zwiedziłam salę porodową piękną niczym scenografia z doktora House'a i umówiłam się z sympatyczną położną. Wydrukowałam plan porodu.

Dzwonimy do naszego ginekologa. Proponuje nam Karową albo swój szpital macierzysty. Po audycji na żywo z poprzedniego wieczoru jakoś średnio mam ochotę na tę drugą opcję, z której korytarzy wieje PRLem. Jedziemy na Karową.

Pani na izbie przyjęć uprzejmie nas informuje, że przyjęcia odbywają się przed 8 i na czczo. Także super, ze wyspaliśmy się i zjedliśmy śniadanie; możemy wrócić jutro. Żeby nie było, robią mi KTG, ale z pełnym żołądkiem przyjąć nie chcą.

PIĄTEK godz. 6-14
Nie wysypiamy się. Nie jemy śniadania. Jedziemy na Karową. Nie ma gdzie zaparkować. Na izbie przyjęć ustawiamy się w długiej kolejce. Potem czekamy, a ciężarne naokoło nas mogłyby utworzyć ze dwie drużyny rugby.

Z godziny na godzinę ciężarnych ubywa, co chwilę którąś zapraszają za drzwi, a za nią podąża mąż, obładowany torbami niczym juczny wielbłąd, z miną misji wypisaną na twarzy. W końcu zostajemy tylko my i druga para, L. z męzem. Robią mi KTG. Informują, że na razie nie ma wolnych łóżek, ale żebyśmy siedzieli i czekali do 14, może coś się zwolni. A jak nie, to jutro też jest dzień. Pani doktor pozwala mi zjeść śniadanie.

Siedzimy i czekamy, nas dwoje i L. z mężem. Nie zamieniamy (jeszcze) ani słowa. Patrzę na nich spod oka. W końcu czekają na to samo łóżko co ja. Tylko kto je dostanie? Tuż przed 14 karetka przywozi kobietę, u której zaczęła się akcja porodowa. Empatia jest u mnie na poziomie ujemnym, myślę sobie - tyle w zakresie mojego łóżka.

A jednak, po chwili zapraszają nas obie, mnie i L..

PIĄTEK godz. 14-24
Każą nam się przebrać. Wraz z napiętą atmosferą oczekiwania znika niechęć i zapoznajemy się z L., wspólnie zastanawiając, czy mamy już zakładać koszule do porodu. Przełożona położnych na porodówce wita nas radosnym "Przecież mówiłam, że nie mamy łóżek".

Nie mają łóżek. Instalują nas na korytarzu - wyciągają dla nas dwa fotele, podczepiają pod kroplówki i przenośne KTG. Wszyscy prawie potykają się o nasze torby, biegając z jednej sali do drugiej. Nasi mężowie próbują skompresować się na wyszperanych w składziku krzesłach. Obok na łóżku leży kobieta z noworodkiem.

W międzyczasie dają nam do ręki gotowy plan porodu - ot, tylko do podpisu. Moim wypracowanym dokumentem mogę się powachlować.

Popołudniu awansujemy, tzn. znajdują dla mnie i dla L. łóżka. Wciąż na korytarzu, ale z perspektywą zdobycia sali wieczorem. Tak też się dzieje - ok. 20 organizują dla nas jedną z sal porodowych. Dokoptowują jeszcze jedną dziewczynę z patologii ciąży, żeby było weselej.

Wieczorem, po wyjściu mężów, zakładają nam pęcherzyki Foley'a, jednocześnie radośnie informując, że sam pęcherzyk prawie nigdy nie przynosi efektu. Dają nam kolację. Próbuję zasnąć, słysząc, jak na sali obok (mamy wspólną łazienkę) właśnie wyje rodząca kobieta.

SOBOTA godz. 3
U L. zaczynają się skurcze. Położne początkowo nie traktują jej poważnie, ale po podpięciu pod KTG stwierdzają ze zdumieniem, że tak, rzeczywiście, zaczęła się akcja porodowa. Po chwili zabierają ją na salę porodową (taką, której akurat nie okupuje śpiąca patologia ciąży). Płaczę z frustracji, że to nie u mnie. Próbuję znów zasnąć, słuchając krzyków L..

SOBOTA godz. 8-13
Nie dostaję śniadania. Za to dostaję kolejną współlokatorkę, również patologię ciąży, niezbyt zaawansowaną, w stylowym szlafroczku, z własnym kubkiem, wyraźnie zadomowioną. Trochę mi wstyd za mój rozwleczony i przykrótki t-shirt Portu Morskiego Świnoujście.

O 10 podłączają mi oksytocynę. Pani doktor mówi jednocześnie, żebym się nie nastawiała, że dzisiaj urodzę, bo pewnie to nic nie da. Za 2, najdalej za 3 dni podłączą mi znowu i kto wie, może wtedy, a może nie. A teraz mogę sobie wygodnie poleżeć, tylko żeby się nie ruszać, bo kabelki pospadają.

Jestem zdeterminowana, jak nigdy jeszcze w życiu nie byłam. Na 2-3 dni chcę być już w domu. Nie zostanę tu ani dnia dłużej. Obserwuję szlaczki na jednym z wielu ekranów na ścianie, który zidentyfikowałam jako ten połączony z moimi kabelkami. No dalej, mówię górkom. No wyżej. No częściej. Zaczyna mnie trochę, troszeczkę boleć. Dumna, pokazuję te górki przechodzącej położnej. Lekceważy je zupełnie.

Tymczasem przynoszą obiad moim współlokatorkom. I w tym właśnie momencie czuję wilgoć, dużo wilgoci. A potem widzę całkiem sporą ilość krwi. Zawołana położna stwierdza co następuje - odeszły mi wody. I każe leżeć dalej. Przepraszam moje współlokatorki, że zepsułam im obiad. Mówią, że i tak nie były głodne.

Jestem przerażona. Jestem szczęśliwa. Jak się zaczęło, to musi się skończyć. Jakoś...

SOBOTA 13-16.30
Przenoszą nas na salę porodową.  Po drodze mijam leżącą na korytarzu L., zmęczoną i uśmiechniętą, z synkiem. Sala jest ta sama, z którą dzieliłam wcześniej łazienkę. Ta sama, z której słyszałam krzyki rodzących kobiet. Jedno trzeba przyznać - z okna rozpościera się malowniczy widok na Zamek Królewski.

Godzinę później chcę przez to okno wyskoczyć. Boli tak, że tego się nie da opisać. Mam ochotę przestać istnieć. Implodować. Cokolwiek, tylko żeby tak nie bolało. Patrzę na wykres i wiem, że następny skurcz nadchodzi. I boję się jak małe zwierzątko futerkowe zbliżającego się psa myśliwskiego. Gaz rozweselający ma tylko taki efekt, że przynajmniej nie zapominam oddychać.

Położna obiecuje mi znieczulenie zewnątrzoponowe... jak tylko rozwarcie będzie odpowiednie. Nie jest. Drę się jak opętana. To miłe, że nikt nie zwraca mi uwagi za nieparlamentarne zachowanie. A słyszy mnie całe skrzydło szpitala, to pewne.

Regularnie zaglądają studentki zmierzyć mi ciśnienie i temperaturę. Pytają, czy mogą przyjść obserwować właściwy poród. Zgadzam się, ale położna studzi ich entuzjazm mówiąc, że na swojej zmianie raczej się nie załapią. Tymczasem rozwarcie nawet jest, ale anestezjolog utknął na dobre przy cesarce po sąsiedzku.

W końcu przychodzi. Ja zwijam się z bólu tak, że prawie tracę przytomność. Każe mi najpierw podpisać jakieś papiery; mówię, że generalnie bardzo chętnie, ale w tym momencie raczej nie dam rady. To on z kolei nie chce mi dać znieczulenia, na które czekam jak seryjny morderca na zbawienie. Mąż chyba próbuje dyskutować, ja teatralnie trzymam przed sobą kartkę i wodzę palcem. Na kartce śmierć i zaraza, dalej nie jestem w stanie doczytać. Mażę jakiś zawijas.

W końcu robi to cholerne wkłucie, próbując trafić między skurczami, i wprowadza boską ambrozję zwaną znieczuleniem zewnątrzoponowym. Mówi, że za 15 minut powinno być lepiej, a ja uśmiecham się już jak głupia, bo po moich nogach rozchodzi się przyjemne ciepło, a poza tym nie czuję nic, chociaż za anestezjologiem nie zamknęły się jeszcze drzwi.

SOBOTA 16.30-21
Następne 3 godziny mijają umiarkowanie przyjemnie. Mąż z położną dyskutują na tematy społeczno-polityczne, a ja patrzę sobie na wykresiki i kompletnie znieczulona myślę - ooo, ten skurcz był duży. No, ten był naprawdę niczego sobie. Anestezjolog zagląda jeszcze raz, żeby dać drugą dawkę.

A potem się zaczyna. Położna każe mężowi wyciągnąć pieluszki i ubranko. I okazuje się, że mój sposób pakowania "na puzzle" może jednak nie był najlepszym pomysłem, bo co za niespodzianka, nic się nie da znaleźć.

Tak, mogłam się lepiej przygotować. I nie chodzi o pakowanie, bo to szczegół. Mogłam nauczyć się przeć, bo jak w krytycznym momencie odkrywa położna, nie mam o tym zielonego pojęcia. Ach, no rzeczywiście - myślałam, że to jak z obsługą biurowej mikrofalówki. Niby podgrzewasz coś po raz pierwszy, ale intuicyjnie wiesz, gdzie nacisnąć. A jednak nie.

W międzyczasie schodzi się zespół lekarzy, położnych i studentek medycyny, na które wyraziłam zgodę. I bardzo mądrze, jak się okazuje. Bo nagle od porodowego łóżka odpada podstawka na lewą nogę. Jedna ze studentek dostaje zadanie bojowe trzymania mojej nogi w optymalnej pozycji. Ha, to jest dopiero edukacja na poziomie akademickim.

Jest, delikatnie mówiąc, źle. Druga dawka znieczulenia zaczyna puszczać, a mi po trzech bezsennych dobach i średnio dwóch kanapkach dziennie brakuje sił, żeby przeć. Dodatkowo mam uczucie takie troszeczkę podobne do klaustrofobii. To tak, jakby iść kanałem wentylacyjnym rodem ze Szklanej Pułapki i trafić na przewężenie. Tylko że ja się czuję tak, jak mógłby czuć się ów kanał.

Do dziś nie wiem, jakim cudem, ale o 13.02 o 20.31 na świat przepycha się moja córka i wita go wrzaskiem. Za drzwiami oddziału stoją świeżo upieczeni dzadkowie i słyszą ten pierwszy wrzask. Szczęśliwy tata dostaje zadanie bojowe przecięcia pępowiny i jest dzielny, bo rodzenie to jedno, ale przy pępowinie to by mnie naprawdę musieli zbierać z podłogi.

Kładą mi zawiniątko na piersi, a ja czuję coś pomiędzy ulgą, że najgorsze za mną (hm), szczęściem, że mała jest cała i zdrowa, a śmiertelnym przerażeniem, jak jej nie uszkodzić. Gdzieś tam po drugiej stronie łóżka mnie zszywają (a studentka dalej trzyma nogę). Za każdym razem, gdy czuję igłę, spinam się, a mała płacze. Gdy tylko się rozluźniam, ona się uspokaja. Moja córka. Wyciśnięta siłami natury, nieco poganianej kroplówką z oksytocyny.

Pół godziny później leżymy już na korytarzu, bo zagwarantowane w planie porodu 2 godziny kontaktu skóra do skóry ładnie wyglądają na papierze, ale na salę czeka już kolejka chętnych ciężarnych. Mała śpi, przyssana do mojej piersi, niewrażliwa na wszystko, co dzieje się dookoła.

cdn.

niedziela, 5 lutego 2017

54. Inhalator

Matka karmiąca vs. wirus, ciąg dalszy, łatwy do przewidzenia.


Karm piersią, mówili. Będzie odporne, mówili. Nie zachoruje. Będzie fajnie.
Owszem, nie powiem, bardzo chwalę sobie fakt, że w środku nocy potykając się o własne nogi nie muszę gotować mleka modyfikowanego tylko wyciągam cycka i voila. Ale mój mały Cyckoholik podłapał ode mnie zarazki niczym nieaktualizowany Windows. Bez firewalla. Podczas ściągania pirackich gierek.

Zaczęło się od wyższej temperatury, która doprowadziła mnie do umiarkowanej paniki, tzn. tylko przez chwilę zastanawiałam się, czy już jechać do szpitala. I mierzyłam temperaturę tylko średnio co trzy minuty, nie częściej. Bardzo pomocne były artykuły w internecie i te wszystkie dywagacje jak ratować dziecko zbijając gorączkę kąpielami i co robić na etapie drgawek.
Jak się później okazało, Karaluszek ledwo wyszła poza to, co u dzieci rozumie się jako stan podgorączkowy. A ja gotowa byłam się już nawrócić, wznosić modły i składać ofiary z ogórków konserwowych i humusu, czyli zawartości naszej lodówki.

Dostaliśmy zalecenie inhalowania Chrabąszczyka. Dopiero po czasie zrozumiałam ton głosu lekarki, która na pytanie o kwestie techniczne tego procesu westchnęła "Ach, czyli jeszcze nie macie państwo inhalatora...". Teraz rozumiem tę nutkę współczucia. I kpiny.

Pierwszą próbę inhalacji przeprowadziłam z moim tatą. Można by wymieniać, co poszło źle. Ale z dzisiejszej perspektywy widzę to tak - błędne było w ogóle założenie, że to się da tak po prostu zrobić.
Wrzask, który wydało z siebie dziecko poddane pierwszej próbie inhalacji, aż się prosił o donos do MOPSu.

Moja mama postanowiła najpierw zrobić wywiad wśród znajomych matek i babć, który potwierdził mniej więcej to, co usłyszeliśmy od lekarza - są dwie techniki przeprowadzania inhalacji. Jedna na owoc zakazany, tzn. tablet do dziecięcej ręki, a na buzię maseczka. Druga na śpiocha. No i ewentualnie trzecia, siłowa, z założeniem, że jak się drze, to pełniej oddycha.

Pierwszą metodę początkowo odrzuciliśmy, bo mamy taką fanaberię, żeby wychowywać dziecko bez urządzeń mobilnych, wystarczą dwie uzależnione osoby w 3-osobowej rodzinie. Druga metoda wymagała kombinacji alpejskich, jak wcelować wylotem inhalatora, który trzeba trzymać pionowo, w paszczę Karaluszka, gdzieś na środu łóżka, wykręconą w drugą stronę i wklejoną w materac. I jak to zrobić, żeby jeszcze dziecko się nie obudziło.

Delikatnie mówiąc, pierwsze próby do udanych nie należały. Nawet-nawet chciałam się przeprosić z pierwszą metodą, ale gdy dziecko wiruje niczym diabeł tasmański z bajki, to tablet w postaci rozmazanej smugi nieszczególnie przykuwa jego uwagę.

Od tamtej pory poczyniliśmy pewne postępy i nawet Karaluszek jakby zdrowszy. Jeszcze tylko 18 lat bogatej oferty wszelkich infekcji przed nami. Przy założeniu, że nie dorobimy się następnego.

sobota, 4 lutego 2017

53. Wirus

Matka karmiąca vs. wirus, historia prawdziwa.


Generalnie to mam rewelacyjną odporność. No nic mnie nie bierze. Wirusy i bakterie na mój widok popełniają harakiri. Jestem z tego znana. Toteż gdy zaczęło mnie boleć gardło, stwierdziłam, że to bóle fantomowe i chodziłam na dwugodzinne spacery z dzieckiem. I kiedy mówię spacery, to mam na myśli morderczy trening na oblodzonych ścieżkach. Bo limit kroków na najbliższe dwa lata sam się nie zrobi.

Zachorowałam. Moment kulminacyjny przypadł akurat na weekend spędzany z mężem. Siedzę na podłodze poskładana jak paczka z Ikei, wpatrują się we mnie niczym sępy w truchło dwa wygłodniałe koty (mąż zaordynował im dietę odchudzającą), a ja wpatruję się w dziecko. Wzrokiem delirycznym. Muzyczka z zabawki, alternatywna aranżacja Row, row, row your boat brzmi tak, jak wyglądają zegary z obrazów Salvadora Dali. Jakby czas się przelewał i zakręcał. Psychodelicznie.
Po chwili uświadamiam sobie, że to nie wirusowe delirium tylko zwyczajnie, baterie wysiadają.

Problem z chorobami i macierzyństwem polega na tym, że kiedy ty masz ochotę zwinąć się w formę przetrwalnikową w łóżku z kubkiem gorącej herbaty, twoje dziecko właśnie uprawia wspinaczkę wysokomeblową, doskonali się w sztuce latania albo poszukuje nowych doznań smakowych na podłodze. A kiedy z kolei dziecko smacznie śpi, kolonia obcych w twoim gardle okopuje się na pozycjach, buduje mur godny Donalda Trumpa i rozmnaża ku chwale nowej ojczyzny.
Gdyby nie czuła i troskliwa opieka męża, że o naleśnikach w kształcie serca nie wspomnę, zginęłabym śmiercią marną.

Wykazując się niebywałym sprytem postanowiłam zadzwonić do przychodni i umówić się do lekarza w przyszłym tygodniu. Wychodząc z założenia, że nawet jeśli ja zdążę wyzdrowieć, to istnieje spora szansa, że zarażę Karaluszka albo męża. A wtedy rezerwacja będzie jak znalazł.

Jedno muszę oddać pani w recepcji - nie wybuchła gromkim śmiechem. Przypuszczam że dlatego, iż nawet ona nie była w stanie śmiać się z tego samego kawału po raz setny tego dnia. Dowiedziałam się tylko, że umówić się w ogóle nie można. No po prostu.
(W końcu mojemu mężowi się udało. Stał pod drzwiami przychodni jeszcze przed otwarciem. Jako piąty w kolejce).

Z tej perspektywy jedno mogę stwierdzić - teoria, że "przeziębienie leczone trwa tydzień, a nieleczone 7 dni" ma w sobie tyle sensu ile słynne "5 minut nie leżało". Jako matka karmiąca nie mogę brać praktycznie nic poza starym dobrym placebo. Tak skuteczne, jak modlitwa i pokuta.