niedziela, 8 stycznia 2017

46. Sylwester

O Sylwestrze, którego moje dziecko odświętowało.




Postanowiłam w 2017 roku pisać jeszcze częściej na blogu. Co automatycznie sprawiło, że nie chce mi się za to w ogóle zabrać. Tak działa magia postanowień noworocznych. Nie mogę jednak nie wspomnieć o pierwszym Sylwestrze mojego Chrabąszcza.

Tuż przed 22 zostawiliśmy smacznie śpiącego Karaluszka pod opieką dziadków i ruszyliśmy na imprezę, która na całe szczęście odbywała się w odległości sympatycznego spaceru. Gdyby była choć trzy kroki dalej, mój mąż prawdopodobnie by nie wytrzymał i wrócił jeszcze przed północą, zwinął się w kłębek na łóżku i nakrył kołdrą. A to dlatego, że bez przerwy zadręczałabym go moimi atakami paniki, co się dzieje u Karaluszka, Karaluszek na pewno płacze i nikt go nie słyszy, Karaluszek cierpi, a mama jest tak daleko, bla, bla, bla.

Karaluszek nie tylko nie cierpiał. Karaluszek bawił się wyśmienicie. Godzinę po naszym wyjściu obudziła się, co mogło (ale nie musiało) mieć pewien związek z nieco obluzowaną pieluszką i małą katastrofą ekologiczną w łóżeczku. Raz obudzona, opierała się wszelkim próbom argumentacji, że lalka śpi i miś śpi, więc i ona mogłaby pójść spać. W końcu dziadkowie skapitulowali i zabrali Karaluszka na dół, gdzie szaleństwo sylwestrowej nocy w wykonaniu owada z rodziny karaczanowatych na dobre się rozkręciło.

Tymczasem ja siedziałam sobie grzecznie na ławeczce, udając że przysłuchuję się z zainteresowaniem rozmowom. Nie wiem czego dotyczyły, bo przez głośną muzykę nie słyszałam ani słowa, mogłam jedynie próbować śmiać się w tym samym momencie co wszyscy, mając w duchu nadzieję, że to nie z seksistowskich żartów.

Inny problem stanowił fakt, że spędzaliśmy Sylwestra z kolegami mojego męża z osiedla, a moje i ich zainteresowania w fundamentalnych kwestiach cokolwiek się różnią. Mianowicie oni bardzo lubią fajerwerki, a ja nie. Przez 364 dni w roku ta różnica zupełnie nie przeszkadza. Ale to był dzień 365-ty.

Uczciwie muszę przyznać, że w końcu mój mąż ulitował się nade mną i ściszył muzykę. A że na imprezie była koleżanka w zaawansowanej ciąży - i z zerowym przygotowaniem merytorycznym - mogłam w ramach rozrywki trochę ją postraszyć. Ale chyba słabo mi to wyszło, bo ponoć z naszej rozmowy zapamiętała głównie przesłanie "macie jeszcze czas, wszystko będzie dobrze". Podczas gdy druga obecna na sali młoda matka omal nie połamała szpilek z przerażenia, że jeszcze nie wybrali programu szczepień. Ale to moderatorka jednego z popularnych forów dla matek, co tłumaczy naprawdę wszystko.

W końcu ok. 2 dziadkowie zadzwonili z prośbą o wsparcie, a gdy tylko przestąpiłam próg domu, Karaluszek niczym latająca wiewiórka wskoczył w me ramiona i już nie puścił. Musiałam się nieźle nagimnastykować, żeby zdjąć kurtkę i buty, oplątana wszystkimi Karaluszkowymi odnóżami.

Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że moje dziecko bawiło się w tego Sylwestra lepiej ode mnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz