poniedziałek, 16 stycznia 2017

48. Z powrotem

O poszukiwaniu właściwego miejsca na ziemi, które mojemu szczęśliwemu dziecku wyjątkowo łatwo znaleźć.




Zaczęło się od pogrzebu, a skończyło na gigantycznej śnieżycy i zatruciu pokarmowym, które dosłownie ścięło mnie z kolan, poskładało na podłodze i nie pozwoliło wstać. Winowajcą były prawdopodobnie parówki ze śniadania, co należy uznać za wyjątkowo korzystną okoliczność, bo akurat ten element lodówkowego zaopatrzenia nie był serwowany na konsolacji po pogrzebie. Gdyby w naszych szerokościach geograficznych parówki były uważane za danie wykwintne i godne podawania dalekiej cioci na najlepszej porcelanie, być może ofiar byłoby więcej. A tak, cierpiałam tylko ja i mój mąż.

Następnego dnia wstaliśmy z przeświadczeniem, że mdłości czy nie, nadszedł już czas wracać. Zapakowaliśmy się w nieuniknionej aurze mojego Reiseangst, wcisnęliśmy po jednym kocie do każdego kontenerka i jedno dziecko do fotelika. I ruszyliśmy, próbując udawać, że miauczenie wcale nie zagłusza radia.

Po przyjeździe jak zwykle niezmiernie zdziwił mnie fakt, że w mieście stołecznym jednak da się żyć. A czasem, co prawda nie za często, tylko tak z doskoku, można nawet być szczęśliwym.

Chyba, że mówimy o Karaluszku. Karaluszek potrafi być w tym mieście euforycznie wprost szczęśliwy, tak bardzo, że gdyby karaluszki potrafiły latać, to mój odleciałby chyba na księżyc.
A to dlatego, że w Warszawie mieszka Karaluszkowa babcia.

Gdyby nie laktacja, właściwie mogłabym śmiało kupić bilet w jedną stronę do San Escobar, założyć tam plantację trzciny, cukru albo cynamonu i tylko przysyłać kartki na święta. Od kiedy jesteśmy u moich rodziców, mały Robaczek nie odstępuje babci na krok. Mała terrorystka opracowała do tego całkowicie nową i piekielnie skuteczną strategię która polega na tym, że kiedy babcia nie chce jej wziąć na ręce - bo na przykład w jednej trzyma czajnik z gorącą wodą a w drugiej nóż do filetowania - Robaczek rozpłaszcza całość swych tkanek na podłodze pod nogami babci i włącza syrenę alarmową.

Tym większą satysfakcję odczułam, gdy podczas finału WOŚP moja mama chciała pochwalić się Karaluszkiem w swojej szkole, a Karaluszek właśnie w tym momencie umyślił sobie, że jednak w ramionach Karaluszkowego taty będzie wygodniej i zamanifestował swą wolę sugestywnym wyciągnięciem rączek.
Co tam, że ja w tym szeregu byłabym chyba ostatnią wybraną osobą. Nigdy nie celowałam w tytuł Ulubionej Matki Roku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz