poniedziałek, 23 stycznia 2017

52. Aranżacja przestrzeni

Przyrost naturalny vs. przestrzeń życiowa - jak sobie radzić?



Mama i ciocia właśnie były w trakcie sesji omawiania parentingowych hitów i kitów w bliższej i dalszej rodzinie. Co, jak wiadomo, zawsze jest doskonałą rozrywką, gdy spotykają się dwie kobiety. Nawet bezdzietne. Ja tego nie potępiam. Ja to kultywuję.

Tym razem omawiały bezwzględność postępowania pewnego rodzica, który sam sypia w pokoju znacznie oddalonego od dziecięcego. Przez co na bank nie wyczuje szóstym zmysłem, jeśli dziecko wykopie się w środku nocy spod kołdry.

Wykonałam nieokreślony ruch głową, bo ewidentnie oczekiwano ode mnie jakiejś reakcji. Ha, to są dopiero problemy, pomyślałam. Do jakiej odległości działa matczyna aplikacja podskórnego wykrywania gołej stopy dziecka wystającej spod kocyka. Gdzie urządzić sypialnię, gdzie gabinet, gdzie play room a gdzie wyplatać wiklinowe koszyki.

Takie problemy to nie u nas. Ostatnio nawet zastanawialiśmy się, jak zaaranżować przestrzeń, na wypadek gdyby np. w wieku 20 lat dziecko już nie chciało spać z nami w jednym pokoju.

Rozważamy zamianę miejscami łóżka i kanapy. Pytanie tylko, czy jeśli postawimy łóżko obok lodówki, to będzie się jeszcze dało otworzyć drzwi na balkon, chociaż na taką szerokość, żeby wypuścić kota. I - z kolei - czy kanapa zmieści nam się w całości w miejsce po łóżku, a jeśli nie, to do piwnicy u których dziadków wtrynić nadprogramową połowę. Przy odrobinie szczęścia do tego czasu kot zeżre wszystkie kwiatki, więc chociaż z rozmieszczeniem doniczek nie będzie problemu.

(Ha, wizja lodówki w zasięgu ręki z łóżka brzmi kusząco, prawda?)

Tymczasem mój ginekolog na dość luźno rzucone hasło "a możeby tabletki", z uśmiechem zalecił nam dalszą zabawę w rosyjską ruletkę, bo przecież jeśli przypadkiem dorobimy się drugiego Karaluszątka, to nic się nie stanie.

Rzeczywiście, nic się nie stanie. Po internecie krąży teraz mnóstwo planów "zrób to sam", jak wybudować domek dla kotów. Postawimy taki młodszemu dziecku na trawniku przed blokiem. Przy odrobinie szczęścia sąsiedzi zaczną je dokarmiać.

A teraz, dla odmiany, true story. Wujkowie n-tej linii, gdy pojawiło się na świecie drugie dziecko, w oczekiwaniu na przeprowadzkę zamówili dla starszego potomka podwieszane łóżko. Także sufit is the limit.

51. Inne dzieci

O dokonaniu odkrycia, jakim są inne dzieci. I o problemach w dystrybucji tego dobra w terenie.


Odwiedziny u mojej rodziny uświadomiły mi, jak łatwo sprzedać dziecko. I nawet nie chodzi o to, że w 11 przypadkach na 10 Karaluszek wybierze babcię, dziadka, tatę, kota, a nie mnie, bo to jest fakt powszechnie znany i jeśli czegoś tu nie rozumiem, to czemu do cholery jasnej to mnie dotknął przywilej przepchnięcia delikwenta przez drogi rodne i czemu to ja doświadczam cudu laktacji.

Tym razem okazało się, że równie łatwo sprzedać dziecko w domu praktycznie dziecku nieznanym, osobom które widziało z 5 razy w swym Karaluszkowym życiu. Otóż robimy następująco. Umieszczamy dziecko w Pomieszczeniu nr 1. Dajemy 10 minut na oswojenie się. Otwieramy na drugim końcu korytarza Pomieszczenie nr 2, w którym bawią się dzieci. Voilà! Dziecko sprzedane. Nawet o dostawę nie trzeba się martwić, samo podreptało.

Uświadomiło to nam, znaczy się szczęśliwym rodzicom, palącą konieczność znalezienia znajomych z dziećmi, mieszkających w odległości nieco mniejszej niż 500 km. A najlepiej w mieście stołecznym Warszawie. Bułka z masłem, możnaby pomyśleć. Warszawa, miasto stołeczne, jest całkiem duże, ludzi nie brakuje. Nic bardziej mylnego. Bo, o cudzie demografii, o ile nasi rówieśnicy ze Szczecina rozmnażają się nader entuzjastycznie, tych z miasta stołecznego życie tak przygniotło, że albo nie chcą, albo nie mogą.

Namierzyliśmy jedną parę mieszkającą w Piotrkowie Trybunalskim. Mąż argumentuje, że przejazd do Piotrkowa zajmie pi razy oko tyle, ile na przeciwległy koniec miasta stołecznego. Czyli wciąż wystarczająco długo, żeby dziecko w samochodzie dostało świra i zamieniło taką podróż w spacer u boku Dantego po wszystkich kręgach piekła.

Oczywiście na osiedlu dzieciatych sąsiadów nie brakuje, ale jeśli zajęło nam 3 lata, żeby zacząć sobie mówić "dzień dobry", to rozmowa o pogodzie wypadnie gdzieś w okolicach pierwszej komunii, a wzajemne odwiedziny w domu to już pewnie dopiero po maturze Karaluszka.

Zaczęliśmy też szukać po bliższej i dalszej rodzinie naszych nierozmnażających się znajomych i chyba, chyba mamy potencjalnych kandydatów. Trzymajcie kciuki.

piątek, 20 stycznia 2017

50. Łóżko

O spaniu z dzieckiem. Z braku opcji alternatywnej.



Był już taki moment, że Robaczek przesypiał 8 godzin ciągiem we własnym zakratowanym łóżeczku, a potem na deser jeszcze ze 3 z nami. Naiwna niczym świeżo przepoczwarzony motyl, machający beztrosko kolorowymi skrzydłami i wierzący że cały świat to kolorowe, pachnące kwiatki, myślałam, że tak już zostanie. Phi.

Aktualnie łóżeczko służy nam głównie do składowania zabawek i wieszania na nim ręczników. Robaczek jest jak telewizor w stanie czuwania - niby śpi, ale cały czas pozostaje w pełnej gotowości. Gdy tylko szóstym zmysłem rozpozna, że w odległości 100 cm nie ma innego 36,6 °C, budzi się. Jak zwykle wróciliśmy z mężem do naszej odwiecznej dyskusji - wyrzynające się ząbki versus bolący brzuszek. Koleżanka z dzieckiem w podobnym wieku przechytrzyła nas oboje, używając słowa-klucza "skok rozwojowy".

Moja mama z uporem maniaka przenosi Robaczka codziennie do dziecięcego łóżeczka, tylko po to, żeby nie dalej niż godzinę później dziecko wróciło do mojego łóżka. Myślałam, że to taka sztuka dla sztuki, ale w końcu ją rozszyfrowałam. Po prostu chce się jeszcze wieczorem poprzytulać do bezwładnego Robaczka.

Cechą wspólną Robaczka i kotów jest bezbłędna umiejętność do określenia przez sen kierunków i ułożenia się dokładnie w poprzek każdego posłania. Zastanawiam się, czy ktoś kiedyś badał zjawisko magnetyzmu u istot śpiących. Jeśli kiedyś będzie mnie stać, zamówię materac o kształcie idealnego koła i będę patrzeć, jak błędnik u kotów i dzieci wariuje.

Zgodnie z mądrością zaczerpniętą z krążącego po odmętach internetu obrazka, dziecko w łóżku rodziców jest jak pijana ośmiornica szukająca po ciemku kluczyków do samochodu. Ja bym od siebie jeszcze dodała, że ta ośmiornica ma skłonności autodestrukcyjne, to pełznąc uparcie w stronę krawędzi łóżka, to próbując scalić się w jedność ze ścianą, zaczynając od głowy.

Słyszałam bardzo interesującą teorię, że niespokojny sen i włażenie z uporem maniaka rodzicom do łóżka, to wrodzona strategia małych dzieci, mająca uniemożliwić rodzicom spłodzenie rodzeństwa, postrzeganego jako konkurencję w dostępie do wszelakich dóbr. Ach, gdyby tak dało się wyjaśnić Robaczkowi, że o konkrencję nie musi się martwić, bo najskuteczniejszą antykoncepcją jest przejrzenie wieczorem nagłówków wiadomości z kraju, a spojrzenie na zdjęcia dowolnych członków Rady Ministrów grozi trwałą bezpłodnością.

49. Wywrotowiec

O próbie wyciśnięcia z urlopu macierzyńskiego tyle urlopowatości, ile się da.



Koszmar powrotu do pracy zbliża się coraz większymi krokami, a szanse na trafienie kumulacji w totka do tego czasu kurczą się nieubłaganie. Nie, żeby na starcie były szczególnie imponujące. Patrząc tej smutnej prawdzie w oczy, staram się korzystać z życia ile się da, gdzie przez życie rozumiem chodzenie w piżamie do południa, partyzanckie czytanie książek przy Chrabąszczyku i nieużywanie komunikacji miejskiej oraz słowa "target".

Wróciwszy od teściów, siedzimy z Chrabąszczykiem u moich rodziców. Uszczęśliwiamy ich Chrabąszczową promienną obecnością, a mnie - brakiem konieczności odkurzania kociego żwirku dzień w dzień. I możliwością dokonania transakcji sprzedaży dziecka. Choć na 5 minut.

Po trudnym początku, udało się mi i mojej mamie wypracować rodzaj delikatnej homeostazy. Polega ona na tym, że ja czytam książki tylko jednym okiem, tak żeby drugie mieć cały czas na szczególnie wywrotowym Karaluszku, nawet gdy - wydawałoby się - niewinnie i całkowicie bezpiecznie siedzi sobie i wywala książki z regałów. Z kolei ona, kiedy już młody Wywrotowiec przewróci się i rozpłacze, powstrzymuje odruch, żeby przywdziać pelerynę Super Babci, przylecieć w ułamku sekundy i uratować dziecko z rąk nieodpowiedzialnej matki. Doprawdy, znając jej naturę, nie wiem, jak jej się to udaje. I podziwiam za żelazną samokontrolę.

Karaluszek prowadzi życie kaskadera i nie ma rzeczy zbyt niebezpiecznych, by ich próbować. Co sprawia, że powrót do naszego własnego mieszkania śmiertelnie mnie przeraża, bo przypuszczam, że bariery które miesiąc temu były całkiem skuteczne, dzisiaj stanowią wyzwanie mniej więcej takie, jak dla naszego kota trujący kroton na najwyższej półce pod sufitem. Ryzyko dodaje pokusie prawdziwej głębi smaku.

Pojutrze jedziemy pochwalić się Karaluszkowością w pełnej okazałości przed całym spektrum cioć i babć. Co oznacza, że mamy niecałe 36 godzin, żeby przekonać Karaluszka, że na "papa" warto odpowiedzieć tym samym gestem. Zaczyna nam już powoli brakować argumentów. Namówić Karaluszka do zmiany zdania to jak przekonać kreacjonistę, że jego przodek huśtał się na drzewie trzymając gałęzi nogą.

poniedziałek, 16 stycznia 2017

48. Z powrotem

O poszukiwaniu właściwego miejsca na ziemi, które mojemu szczęśliwemu dziecku wyjątkowo łatwo znaleźć.




Zaczęło się od pogrzebu, a skończyło na gigantycznej śnieżycy i zatruciu pokarmowym, które dosłownie ścięło mnie z kolan, poskładało na podłodze i nie pozwoliło wstać. Winowajcą były prawdopodobnie parówki ze śniadania, co należy uznać za wyjątkowo korzystną okoliczność, bo akurat ten element lodówkowego zaopatrzenia nie był serwowany na konsolacji po pogrzebie. Gdyby w naszych szerokościach geograficznych parówki były uważane za danie wykwintne i godne podawania dalekiej cioci na najlepszej porcelanie, być może ofiar byłoby więcej. A tak, cierpiałam tylko ja i mój mąż.

Następnego dnia wstaliśmy z przeświadczeniem, że mdłości czy nie, nadszedł już czas wracać. Zapakowaliśmy się w nieuniknionej aurze mojego Reiseangst, wcisnęliśmy po jednym kocie do każdego kontenerka i jedno dziecko do fotelika. I ruszyliśmy, próbując udawać, że miauczenie wcale nie zagłusza radia.

Po przyjeździe jak zwykle niezmiernie zdziwił mnie fakt, że w mieście stołecznym jednak da się żyć. A czasem, co prawda nie za często, tylko tak z doskoku, można nawet być szczęśliwym.

Chyba, że mówimy o Karaluszku. Karaluszek potrafi być w tym mieście euforycznie wprost szczęśliwy, tak bardzo, że gdyby karaluszki potrafiły latać, to mój odleciałby chyba na księżyc.
A to dlatego, że w Warszawie mieszka Karaluszkowa babcia.

Gdyby nie laktacja, właściwie mogłabym śmiało kupić bilet w jedną stronę do San Escobar, założyć tam plantację trzciny, cukru albo cynamonu i tylko przysyłać kartki na święta. Od kiedy jesteśmy u moich rodziców, mały Robaczek nie odstępuje babci na krok. Mała terrorystka opracowała do tego całkowicie nową i piekielnie skuteczną strategię która polega na tym, że kiedy babcia nie chce jej wziąć na ręce - bo na przykład w jednej trzyma czajnik z gorącą wodą a w drugiej nóż do filetowania - Robaczek rozpłaszcza całość swych tkanek na podłodze pod nogami babci i włącza syrenę alarmową.

Tym większą satysfakcję odczułam, gdy podczas finału WOŚP moja mama chciała pochwalić się Karaluszkiem w swojej szkole, a Karaluszek właśnie w tym momencie umyślił sobie, że jednak w ramionach Karaluszkowego taty będzie wygodniej i zamanifestował swą wolę sugestywnym wyciągnięciem rączek.
Co tam, że ja w tym szeregu byłabym chyba ostatnią wybraną osobą. Nigdy nie celowałam w tytuł Ulubionej Matki Roku.

środa, 11 stycznia 2017

47. Podróże

W podróży oczekuj nieoczekiwanego.




Pamiętam, jak 6 lat temu poleciałam z koleżanką w listopadzie do Szkocji, odwiedzić mojego przyszłego męża i jego kolegę. Nie wiem, co mnie podkusiło, żeby zabrać ze sobą kożuch, chyba wzięłam go dlatego, że był nowy i ładny. Próżność mnie uratowała. Trafiłyśmy na zimę stulecia. Śnieg zaatakował podstępnie i bezlitośnie. Ulice były puste, sklepy pozamykane. Komunikacja miejska nie jeździła, no bo jak, na letnich oponach. Zasypało lotniska. Odwołali nasz lot, dwa razy.
Przyjechałyśmy na weekend, zostałyśmy 9 dni, ku nieskrępowanej uciesze naszej gospodyni, nawiasem mówiąc maniakalnie oszczędzającej na ogrzewaniu. Ale trzeba jej to uczciwie przyznać, nie wywaliła nas za drzwi.

To były szczęśliwe czasy bez odpowiedzialności za trzy istoty żywe wagi piórkowej. Za to z biotechnologią do zaliczenia na karku i epizodem emigracyjnym w tle.

Nasz pierwszy wyjazd do rodzinnego miasta mojego męża z naszą najmłodszą Wagą Piórkową też miał być tylko na weekend. Ale na miejscu okazało się, że mąż ma problem z kręgosłupem i musi poddać się serii masaży, a potem teściowa trafiła do szpitala. I tak jakoś wyszło, że zostaliśmy 3 tygodnie, mnożąc zawartość naszej walizki niczym pewna znana persona chleb i ryby.

Nie pamiętam co nas zatrzymało, gdy przyjechaliśmy za drugim razem, ale na szczęście okazało się, że nie-tanie linie lotnicze umożliwiają przeniesienie rezerwacji na inny termin.

Za trzecim razem nawet nie zakładałam konkretnej daty powrotu i, wiedziona doświadczeniem, profilaktycznie zapakowałam samochód teścia pod dach rzeczami, które mogą się przydać (bardzo cierpliwy i wyrozumiały człowiek).

Tym razem też nieszczególnie śpieszy mi się do powrotu. Raz że powietrze w Warszawie można ponoć kroić nożem i serwować schłodzone na talerzach deserowych. A dwa, że podróż w towarzystwie dziecka i kotów to przyjemność porównywalna do wyżej opisanego deseru. Próbowałam przekonać męża, że pogoda absolutnie nie nadaje się do jazdy i trzeba czekać na wiosnę, dla absolutnej pewności na Zimnych Ogrodników, ale nie uległ sile mojej argumentacji.
Przysięgam, szukając na siłę powodów do opóźnienia powrotu nie miałam na myśli tego, który rzeczywiście się ziścił - pogrzebu w rodzinie. Wiem, że obecność czarnej spódnicy i bluzki w mojej walizce świadczy przeciwko mnie, ale to czysty zbieg okoliczności, naprawdę.

Ciekawe, co wydarzy się jutro.

W każdym razie zapowiadam - kiedyś przyjadę tu na krótkie wakacje i zostanę na stałe.

niedziela, 8 stycznia 2017

46. Sylwester

O Sylwestrze, którego moje dziecko odświętowało.




Postanowiłam w 2017 roku pisać jeszcze częściej na blogu. Co automatycznie sprawiło, że nie chce mi się za to w ogóle zabrać. Tak działa magia postanowień noworocznych. Nie mogę jednak nie wspomnieć o pierwszym Sylwestrze mojego Chrabąszcza.

Tuż przed 22 zostawiliśmy smacznie śpiącego Karaluszka pod opieką dziadków i ruszyliśmy na imprezę, która na całe szczęście odbywała się w odległości sympatycznego spaceru. Gdyby była choć trzy kroki dalej, mój mąż prawdopodobnie by nie wytrzymał i wrócił jeszcze przed północą, zwinął się w kłębek na łóżku i nakrył kołdrą. A to dlatego, że bez przerwy zadręczałabym go moimi atakami paniki, co się dzieje u Karaluszka, Karaluszek na pewno płacze i nikt go nie słyszy, Karaluszek cierpi, a mama jest tak daleko, bla, bla, bla.

Karaluszek nie tylko nie cierpiał. Karaluszek bawił się wyśmienicie. Godzinę po naszym wyjściu obudziła się, co mogło (ale nie musiało) mieć pewien związek z nieco obluzowaną pieluszką i małą katastrofą ekologiczną w łóżeczku. Raz obudzona, opierała się wszelkim próbom argumentacji, że lalka śpi i miś śpi, więc i ona mogłaby pójść spać. W końcu dziadkowie skapitulowali i zabrali Karaluszka na dół, gdzie szaleństwo sylwestrowej nocy w wykonaniu owada z rodziny karaczanowatych na dobre się rozkręciło.

Tymczasem ja siedziałam sobie grzecznie na ławeczce, udając że przysłuchuję się z zainteresowaniem rozmowom. Nie wiem czego dotyczyły, bo przez głośną muzykę nie słyszałam ani słowa, mogłam jedynie próbować śmiać się w tym samym momencie co wszyscy, mając w duchu nadzieję, że to nie z seksistowskich żartów.

Inny problem stanowił fakt, że spędzaliśmy Sylwestra z kolegami mojego męża z osiedla, a moje i ich zainteresowania w fundamentalnych kwestiach cokolwiek się różnią. Mianowicie oni bardzo lubią fajerwerki, a ja nie. Przez 364 dni w roku ta różnica zupełnie nie przeszkadza. Ale to był dzień 365-ty.

Uczciwie muszę przyznać, że w końcu mój mąż ulitował się nade mną i ściszył muzykę. A że na imprezie była koleżanka w zaawansowanej ciąży - i z zerowym przygotowaniem merytorycznym - mogłam w ramach rozrywki trochę ją postraszyć. Ale chyba słabo mi to wyszło, bo ponoć z naszej rozmowy zapamiętała głównie przesłanie "macie jeszcze czas, wszystko będzie dobrze". Podczas gdy druga obecna na sali młoda matka omal nie połamała szpilek z przerażenia, że jeszcze nie wybrali programu szczepień. Ale to moderatorka jednego z popularnych forów dla matek, co tłumaczy naprawdę wszystko.

W końcu ok. 2 dziadkowie zadzwonili z prośbą o wsparcie, a gdy tylko przestąpiłam próg domu, Karaluszek niczym latająca wiewiórka wskoczył w me ramiona i już nie puścił. Musiałam się nieźle nagimnastykować, żeby zdjąć kurtkę i buty, oplątana wszystkimi Karaluszkowymi odnóżami.

Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że moje dziecko bawiło się w tego Sylwestra lepiej ode mnie.