poniedziałek, 27 marca 2017

61. Młody pelikan

O tym, że nie wszystkie życiowe historie nadają się na bulwersujące nagłówki.


Nikt nie czyta nudnych historii. Moja historia jest zdecydowanie nudna i nawet nieopakowana w celofan z kolorową kokardką, dlatego nigdy się nie sprzeda. Nie to co bulwersujące historie, których nagłówek fantastycznie komponuje się ze słowem "skandal" i licznymi wykrzyknikami, ooo tak, te rozprzestrzeniają się po internecie niczym bakterie po wypełnionej pożywką szalce Petriego.

Dlatego kiedy szefowa zadzwoniła do mnie na dobry miesiąc przed moim planowanym powrotem do pracy i poprosiła o spotkanie, głowę miałam pełną wizji mrocznych i złowieszczych niczym pismo ze skarbówki. Z czerwoną pieczątką. Zastanawiałam się tylko, czy od razu mnie zwolnią, czy będą na tyle miłosierni, żeby luźno zasugerować korzyści płynące z urlopu wychowawczego, najlepiej w maksymalnym wymiarze czasowym.

Zaczęłam obstawiać w myślach, co będzie powodem ewentualnego zwolnienia dyscyplinarnego. Bo że na każdego człowieka znajdzie się paragraf, w to nigdy nie wątpiłam. No więc co? Nieścisłości w raportach, których i tak nikt nie czyta? Nie oddzwanianie do klienta, który nagrał się na sekretarkę dwa lata temu o 3 w nocy? Brutalne pogwałcenie zasad ochrony danych? Obstawiałam to ostatnie, szczególnie że za cholerę nie mogłam sobie przypomnieć, co zrobiłam z kluczem dostępu, odchodząc na zwolnienie półtora roku wcześniej. Oddałam? Zabrałam? Wisi sobie dalej w moim komputerze?

If you have a cross to bear, you may as well use it as a crutch. Powiedzmy sobie szczerze. Nigdy nie lubiłam tej pracy. Podpisując pierwszą umowę patrzyłam na "3 miesiące" raczej sceptycznie. No to teraz stoję w obliczu wspaniałej okazji, żeby pierdolnąć tym wszystkim i zacząć żyć tak, jak zawsze chciałam (w sumie to nie wiem jak, ale na pewno inaczej!).

Tymczasem moja szefowa zaproponowała mi udział w zupełnie nowym, pilotażowym projekcie dla nowego, atrakcyjnego klienta. Biere! - pomyślałam. W pracy, której się nie cierpi, nowe jest zawsze, zawsze lepsze niż stare. Bo jak będzie dobrze szło, to wszyscy będą myśleli, że to twoja zasługa, nawet jeśli ty sam wiesz, że to nieprawda. A jeśli będzie szło źle, to przynajmniej nie ma żadnych wyników z zeszłego kwartału, do których mogliby cię porównywać.

Był tylko taki jeden drobny haczyk, że projekt zaczyna się od 3 kwietnia, czyli na 2 tygodnie przed moim planowanym powrotem do pracy. I że biuro jest na zasranym końcu świata.
W ramach przynęty zwiększyli mi pulę premii. Mi, matce wracającej z macierzyńskiego. Mówiłam, że moja historia jest nudna, nie?
Połknęłam haczyk z przynętą jak młody pelikan.

60. Granulki szczęścia

Różne zastosowania kociej karmy.


Oto prawda, którą potwierdzi każdy rodzic (a często również opiekun kota) - dzieciarnia wydająca wszelkiego rodzaju odgłosy, od okrzyku bojowego po walenie tępym przedmiotem nr 1 w tępy przedmiot nr 2, bywa cokolwiek irytująca. Ale największe podejrzenia wzbudza nagła, nieoczekiwana i podejrzanie przyjemna cisza.

Niech ona bawi się klockami, niech tylko po prostu bawi się klockami - próbuję zaklinać rzeczywistość, odrywając wzrok i przynajmniej jedną rękę od obieranych ziemniaków. A tam moje dziecię siedzi sobie przy kocich miskach i z pietyzmem godnym Michała Anioła malującego sufit Kaplicy Sysktyńskiej, przekłada granulka po granulce kocią karmę z tychże misek do swej ulubionej zabawki, szkolnego autobusu. Po chwili słychać tylko Autobus jedzie tur-tur-tur, szkooooła wzyyyywa naaaas! (...ta piosenka, szczyt sarkazmu w obliczu reformy edukacji, będzie wracała do nas w koszmarach jeszcze na emeryturze). Autobus odjeżdża z kontrabandą. Koty śpią, nieświadome tego aktu bezwzględnej przestępczości.

Za pierwszym razem to nawet trochę się ucieszyłam. Przynajmniej pakuje do autobusu, a nie zjada sama. A 15 minut spokoju to towar deficytowy, którym żaden rodzic nie pogardzi. Ale przychodzi taki moment, kiedy naprawdę masz już dość sprzątania granulek, które niczym w demonstracji działania siły entropii, rozłożone zostały po całym pokoju. Przychodzi taki moment, że te granulki znajdujesz w łóżku, leżące sobie w ciepełku pod świeżo powleczoną kołderką. Przychodzi taki moment, że po raz kolejny musisz wybulić dwie stówy na wór Rojalkanina, przeklinając w duchu te dwa tłuste kłębki futra, które akurat tym razem są bogu ducha winne.

Zabraniać czy dać się bawić? Ach, dylematy świadomego rodzicielstwa.

czwartek, 9 marca 2017

59. Planowana ekstrakcja

O odnalezieniu w życiu właściwej perspektywy.


Doszłam ostatnio do wniosku, że na progu trzydziestego roku życia, dźwigając na swych spracowanych barkach kredyt hipoteczny i 9,5-kilo żywego człowieka, trzeba spojrzeć dorosłości w oczy i pójść do dentysty. A konkretnie, do dentysty-sadysty, czyli chirurga, w sprawie ekstrakcji dolnej ósemki, którą tak przygniótł ciężar życia i szarości świata, że rośnie w bok zamiast do góry.

Znacie z filmów tę scenę, gdy wielki inkwizytor przed rozpoczęciem właściwego przesłuchania demonstruje potencjalnemu heretykowi szeroki zasób oprzyrządowania? Mniej więcej tak się czułam, gdy na wielocalowym ekranie LCD ten sadysta zaczął mi kreślić, który kawałek kości zamierza mi wyciąć, a potem na jakie kawałki potnie tego nieszczęsnego zęba, żeby go wyciągnąć. I jakie skutki uboczne mogą się zdarzyć. Ale, że nie muszę się martwić, do nerwu jest bardzo daleko, dwa milimetry, a nie, przeprasza bardzo, jeden.

Także gdy mi tak opowiadał, lekko ugięły się pode mną nogi i pomyślałam sobie, może kiedy indziej, w sumie to jeszcze karmię piersią, a tu wiadomo, znieczulenia, antybiotyki i takie tam. I kto wie, może będę karmić Karaluszka do dziesiątego roku życia, a wtedy nie ma zmiłuj, ósemka musi zostać.

Ale potem pomyślałam sobie, że co by nie było, to taki zabieg trwa zaledwie półtorej godziny, a nie osiem. I nikt nie każe ci przeć. Więc w sumie nie jest tak źle.

Mówili, że posiadanie dziecka daje inną perspektywę i mieli rację!

sobota, 4 marca 2017

58. Dzisiejsze matki

Refleksje nad naturą ludzką. Niekoniecznie naturalną.


Zaczęłam ostatnio przeglądać jeden z portali dla "współczesnych, aktywnych i świadomych" rodziców. W praktyce oznacza to chyba, że rodzic musi być świadomy współczesnych technologii i aktywnie z nich korzystać. I kiedy mówię o tej aktywności i tych technologiach, to chodzi mi głównie o to, że taki rodzic powinien zostawiać jak najwięcej komentarzy i polubień na facebooku. Bo dziwnym trafem, co drugi artykuł to albo wkładanie kija w mrowisko internetowej dyskusji, gdzie matki gotowe są skakać sobie do wirtualnych oczu.

Czytam i czytam i wyciągam wnioski. I teraz się tymi wnioskami z wami podzielę. Na wypadek gdyby ktoś z szanownego grona moich czytelników (a szacuję je na ok. 3 osoby) chciał również się czegoś dowiedzieć, to żeby nie tracił czasu. Moje małe streszczenie wystarczy.

Otóż - zgodnie z wizją i misją tego portalu - współczesne matki to zagonione perfekcjonistki dążące do wyśrubowanego ideału. Gdzieś między karierą, bez której nie mogą żyć, a dostarczaniem odpowiedniej ilości wartościowych bodźców projektowi "dziecko", namiętnie polerują podłogi. Nie umieją stworzyć związku partnerskiego, bo wszystko muszą zrobić same. Nie umieją odpoczywać i wrzucać na luz, a nieustająca presja sprawia, że krzyczą na swoje dzieci i używają słów zakazanych takich jak "nie płacz". Ale ale! W przerwach od bycia perfekcyjnymi paniami domu, matki są leniwe, wygodnickie i roszczeniowe. Dzieci permanentnie zostawiają umęczonym dziadkom, z definicji świętym, bo za ich czasów wszyscy byli pracowici i nikt nie narzekał. Matki te oskarżają wszystkich naokoło o swoje niepowodzenia życiowe i żądają od życia za dużo, na przykład czasu wolnego i samorozwoju, gdy ich błogosławione rodzicielki  z pokolenia wstecz potrafiły się poświęcić dla dobra rodziny bez słowa skargi.

Po namalowaniu tego obrazu mogłabym właściwie przestać obserwować ów portal, ale co ja na to poradzę, że publikują tam takie wspaniałe historie z życia wzięte. I kiedy piszę "z życia" to mam na myśli Chwilę dla Ciebie. Moja ulubiona to anonimowy list od czytelniczki, która nie mogąc znaleźć pracy w zawodzie w Big City Łorsoł, z miejsca dostała pracę niani za skromne 9000 zł na rękę (plus płatne nadgodziny) i miała potem romans ze szczęśliwym ojcem i mężem.

Kiedy policzyłam te zera następujące po 9, to myślałam, że minęłam się z powołaniem, czy też błędnie zarządzałam moją ścieżką kariery. Czy użeranie się z cudzymi dziećmi jest dużo gorsze niż call center? Ale biorąc pod uwagę te zarobki i dalszą historię tej anonimowej pani, doszłam do wniosku, że może ona nie przeczytała umowy. I może chodziło o opiekę, ale wcale nie nad dziećmi. I że w sumie chyba call center jest lepsze, bo nóg nie trzeba golić, choroby wenerycznej się nie złapie, a jeśli po 22 ląduje się w łóżku, to własnym, w piżamce w misie, cicho łkając w poduszkę i odliczając dni do weekendu (cztery) i dolary do zrobienia targetu (90%).

Może czas przerzucić się na portal dla współczesnych, aktywnych i świadomych miłośników harlequinów?

wtorek, 28 lutego 2017

57. Nadmiar szczęścia

O tym, jak uzyskać to, czego się bardzo chce. Albo polec próbując.


Mój Karaluszek ma już ponad rok i w tym momencie pilnie pracuje nad dwoma ważnymi projektami, mianowicie zwiększenia własnej mobilności oraz rozwoju obszaru komunikacji werbalnej. Czyli że stawia pierwsze kroki i gada jak nakręcona. Obserwator z zewnątrz mógłby pomyśleć, że jest to pozbawiony sensu ciąg przypadkowych sylab, okraszony chaotyczną gestykulacją. Ale tak się dziwnie składa, że kiedy Robaczek czegoś bardzo chce, to bezbłędnie potrafi przekazać, o co chodzi. A jeśli werbalne sposoby komunikacji zawiodą, zawsze można chwycić za starą, sprawdzoną metodę i uruchomić pozawerbalną syrenę alarmową. 

"Ponad rok" oznacza również, że skończył mi się urlop macierzyński i jadę już na bezcennych zapasach wypoczynkowego, a z każdym kolejnym dniem rośnie tylko mój Arbeitsangst, osiągając już poziom przerażonego jeżozwierza na środku trzypasmowej autostrady. Im bliżej godziny zero, tym bardziej kreatywne stają się moje pomysły, jak ją odsunąć, a najlepiej unieważnić. Działam na różnych obszarach - z jednej strony poluję na kumulacje w toto-lotku, z drugiej na szybko próbuję nauczyć się programować, gdyż praca programisty wygląda mi na taką, gdzie nie ględzą ci non stop o targetach i niekoniecznie dają w rękę mydło-powidło i każą sprzedawać.

Oczywiście jest jedno rozwiązanie, którego skuteczność jest cokolwiek wyższa niż w przypadku liczbowych gier losowych, a jednocześnie efekty pojawiają się szybciej, niż przy ambitnym zamiarze zmiany branży na taką, o której ma się zerowe pojęcie (ale dużo dobrych chęci). Tak, tak, mówię o tym rozwiązaniu, które pojawia się po 9 miesiącach i skutkuje słodkim, rozkosznym okresem 12 miesięcy urlopu macierzyńskiego i efektem ubocznym w postaci małej larwy do wykarmienia. I niestety, ze względu na te efekty uboczne ostatecznie muszę tę opcję jednak odrzucić. Jeden Karaluszek to szczęście, ale nadmiar szczęścia może człowieka wykończyć.

Także kolekturo lotto, jutro przybywam.

piątek, 17 lutego 2017

56. Menażeria

O początkach komunikacji werbalnej. I o tym, jak pełna zdradzieckich meandrów jest ta ścieżka.


Nigdy nie rozumiałam szału na pierwsze słowo dziecka. To tak, jakby przez 7 lat milczało jak mnich z zakonu kartuzów, a potem nagle rzuciło  przy obiedzie słynne "a gdzie kompocik". W rzeczywistości przechodzi od "kwhzhgdonx#$%" do "dada-gaga" bardzo płynnie i tylko od twórczej interpretacji rodzica zależy, kiedy słowom pociechy przypisze znaczenie.

Nie da się jednak źle zinterpretować "am" wypowiadanego ze stosownym naciskiem i wspieranego wymownym spojrzeniem, za każdym razem gdy zbliżamy się do kuchni. Oto jest nieodrodna córka swojej matki. Dotąd musiałam spożywać swoje posiłki - pełne glutenu, laktozy i E438284 - na stojąco. Teraz muszę to jeszcze robić ukradkiem.

Gdybym próbowała udawać, że nie rozumiem stanowczego "tiu" z towarzyszącym mu palcem wycelowanym w dowolny obiekt, zostawiony nieopatrznie na wierzchu przez byłego już właściciela, Karaluszek gotów jest zrobić niezłą awanturę. "Tiu" znaczy "daj". Już, teraz, natychmiast.

Moje ulubione jest jednak "au-au". Oznacza zwierzę - jak się okazało, spektrum tychże zwierząt jest bardzo szerokie. Ile bym nie próbowała tłumaczyć na wszelkich możliwych przypadkach, z literaturą fachową i okazami żywymi włącznie, że koty są "miau-miau" a psy "hau-hau", dla Karaluszka to wszystko jest "au-au".

Ale to nie koniec. Pamiętam, jak raz narysowałam jej kotka i cieszyłam się, że rozpoznała w nim - no przynajmniej coś z czterema łapami i ogonem, bo wypowiedziała magiczne "au-au". Po czym moja mama wyciągnęła z szafy futrzastą kamizelkę i co na to moja córka? No oczywiście "au-au". Łapy i ogon są więc nieistotne, bo kamizelka z całą pewnością ich nie miała, sprawdziłam. I tak moja kariera plastyczna umarła zanim się na dobre zaczęła.

Ostatnio mianem "au-au" ochrzczona została zielona, gumowa jaszczurka. Kusi mnie, żeby spróbować z wielkim, włochatym pająkiem.

Zasób słownictwa poszerza się z każdym dniem. Dziadek, szczęśliwy i dumny niczym kapitan Titanica podczas dziewiczego rejsu, nauczył Chrabąszczyka mówić "nienienienie" i kręcić głową. Babcia próbuje go chyba przeskoczyć w dokonaniach, bo uczy młody chłonny umysł mówić "o jezu". I odnosi sukcesy.

poniedziałek, 13 lutego 2017

55. Rok temu

Rok temu się działo.


ŚRODA
Leżę podpięta pod KTG w jednym ze stołecznych szpitali. Słucham relacji na żywo z izby przyjęć. Ciepło i empatia płynące ze strony personelu mogłyby zamienić piekło w lodowisko godne rekordu Guinessa.

Lekarz patrzy na wykres i mówi, że on nam już dziękuje, a jutro albo pojutrze mamy zgłosić się do szpitala i niech tam się dalej o nas martwią. Do dziś nie wiem, czy zobaczył coś na tym wykresie, czy sugerował się wpisaną do karty przebiegu ciąży datą porodu. Ustaloną na oko. Bo nie byłam nawet w przybliżeniu w stanie stwierdzić, kiedy wystąpiła u mnie ostatnia miesiączka.

CZWARTEK
Wysypiamy się (na ile się da), jemy porządne śniadanie (na ile się da). Pakujemy się i bez pośpiechu wychodzimy. Jedziemy na Inflancką. Izba przyjęć świeci pustkami, co odbieram jako dobrą monetę. Na miejscu rzuca się na mnie zespół z położnych. Ich entuzjazm stygnie, gdy okazuje się, że nie, nie mam jeszcze skurczy ani nic równie ciekawego.

Okazuje się, że jednak mam coś ciekawego - biorę insulinę. Zespół uprzejmie mi dziękuje i każe poszukać innego szpitala, bo w tym - specjalistycznym, ginekologiczno-położniczym - takimi skomplikowanymi przypadkami się nie zajmują. I nic nie szkodzi, że diabetolog określiła dawkę mojej insuliny jako homeopatyczną.

Wpadam w umiarkowaną histerię. Wybrałam ten szpital, bo jest świeżo wyremontowany, ma niski współczynnik wykonywanych nacięć i zaskakująco dobre opinie na temat jedzenia. Oraz gigantyczny darmowy parking w centrum handlowym po sąsiedzku. Zwiedziłam salę porodową piękną niczym scenografia z doktora House'a i umówiłam się z sympatyczną położną. Wydrukowałam plan porodu.

Dzwonimy do naszego ginekologa. Proponuje nam Karową albo swój szpital macierzysty. Po audycji na żywo z poprzedniego wieczoru jakoś średnio mam ochotę na tę drugą opcję, z której korytarzy wieje PRLem. Jedziemy na Karową.

Pani na izbie przyjęć uprzejmie nas informuje, że przyjęcia odbywają się przed 8 i na czczo. Także super, ze wyspaliśmy się i zjedliśmy śniadanie; możemy wrócić jutro. Żeby nie było, robią mi KTG, ale z pełnym żołądkiem przyjąć nie chcą.

PIĄTEK godz. 6-14
Nie wysypiamy się. Nie jemy śniadania. Jedziemy na Karową. Nie ma gdzie zaparkować. Na izbie przyjęć ustawiamy się w długiej kolejce. Potem czekamy, a ciężarne naokoło nas mogłyby utworzyć ze dwie drużyny rugby.

Z godziny na godzinę ciężarnych ubywa, co chwilę którąś zapraszają za drzwi, a za nią podąża mąż, obładowany torbami niczym juczny wielbłąd, z miną misji wypisaną na twarzy. W końcu zostajemy tylko my i druga para, L. z męzem. Robią mi KTG. Informują, że na razie nie ma wolnych łóżek, ale żebyśmy siedzieli i czekali do 14, może coś się zwolni. A jak nie, to jutro też jest dzień. Pani doktor pozwala mi zjeść śniadanie.

Siedzimy i czekamy, nas dwoje i L. z mężem. Nie zamieniamy (jeszcze) ani słowa. Patrzę na nich spod oka. W końcu czekają na to samo łóżko co ja. Tylko kto je dostanie? Tuż przed 14 karetka przywozi kobietę, u której zaczęła się akcja porodowa. Empatia jest u mnie na poziomie ujemnym, myślę sobie - tyle w zakresie mojego łóżka.

A jednak, po chwili zapraszają nas obie, mnie i L..

PIĄTEK godz. 14-24
Każą nam się przebrać. Wraz z napiętą atmosferą oczekiwania znika niechęć i zapoznajemy się z L., wspólnie zastanawiając, czy mamy już zakładać koszule do porodu. Przełożona położnych na porodówce wita nas radosnym "Przecież mówiłam, że nie mamy łóżek".

Nie mają łóżek. Instalują nas na korytarzu - wyciągają dla nas dwa fotele, podczepiają pod kroplówki i przenośne KTG. Wszyscy prawie potykają się o nasze torby, biegając z jednej sali do drugiej. Nasi mężowie próbują skompresować się na wyszperanych w składziku krzesłach. Obok na łóżku leży kobieta z noworodkiem.

W międzyczasie dają nam do ręki gotowy plan porodu - ot, tylko do podpisu. Moim wypracowanym dokumentem mogę się powachlować.

Popołudniu awansujemy, tzn. znajdują dla mnie i dla L. łóżka. Wciąż na korytarzu, ale z perspektywą zdobycia sali wieczorem. Tak też się dzieje - ok. 20 organizują dla nas jedną z sal porodowych. Dokoptowują jeszcze jedną dziewczynę z patologii ciąży, żeby było weselej.

Wieczorem, po wyjściu mężów, zakładają nam pęcherzyki Foley'a, jednocześnie radośnie informując, że sam pęcherzyk prawie nigdy nie przynosi efektu. Dają nam kolację. Próbuję zasnąć, słysząc, jak na sali obok (mamy wspólną łazienkę) właśnie wyje rodząca kobieta.

SOBOTA godz. 3
U L. zaczynają się skurcze. Położne początkowo nie traktują jej poważnie, ale po podpięciu pod KTG stwierdzają ze zdumieniem, że tak, rzeczywiście, zaczęła się akcja porodowa. Po chwili zabierają ją na salę porodową (taką, której akurat nie okupuje śpiąca patologia ciąży). Płaczę z frustracji, że to nie u mnie. Próbuję znów zasnąć, słuchając krzyków L..

SOBOTA godz. 8-13
Nie dostaję śniadania. Za to dostaję kolejną współlokatorkę, również patologię ciąży, niezbyt zaawansowaną, w stylowym szlafroczku, z własnym kubkiem, wyraźnie zadomowioną. Trochę mi wstyd za mój rozwleczony i przykrótki t-shirt Portu Morskiego Świnoujście.

O 10 podłączają mi oksytocynę. Pani doktor mówi jednocześnie, żebym się nie nastawiała, że dzisiaj urodzę, bo pewnie to nic nie da. Za 2, najdalej za 3 dni podłączą mi znowu i kto wie, może wtedy, a może nie. A teraz mogę sobie wygodnie poleżeć, tylko żeby się nie ruszać, bo kabelki pospadają.

Jestem zdeterminowana, jak nigdy jeszcze w życiu nie byłam. Na 2-3 dni chcę być już w domu. Nie zostanę tu ani dnia dłużej. Obserwuję szlaczki na jednym z wielu ekranów na ścianie, który zidentyfikowałam jako ten połączony z moimi kabelkami. No dalej, mówię górkom. No wyżej. No częściej. Zaczyna mnie trochę, troszeczkę boleć. Dumna, pokazuję te górki przechodzącej położnej. Lekceważy je zupełnie.

Tymczasem przynoszą obiad moim współlokatorkom. I w tym właśnie momencie czuję wilgoć, dużo wilgoci. A potem widzę całkiem sporą ilość krwi. Zawołana położna stwierdza co następuje - odeszły mi wody. I każe leżeć dalej. Przepraszam moje współlokatorki, że zepsułam im obiad. Mówią, że i tak nie były głodne.

Jestem przerażona. Jestem szczęśliwa. Jak się zaczęło, to musi się skończyć. Jakoś...

SOBOTA 13-16.30
Przenoszą nas na salę porodową.  Po drodze mijam leżącą na korytarzu L., zmęczoną i uśmiechniętą, z synkiem. Sala jest ta sama, z którą dzieliłam wcześniej łazienkę. Ta sama, z której słyszałam krzyki rodzących kobiet. Jedno trzeba przyznać - z okna rozpościera się malowniczy widok na Zamek Królewski.

Godzinę później chcę przez to okno wyskoczyć. Boli tak, że tego się nie da opisać. Mam ochotę przestać istnieć. Implodować. Cokolwiek, tylko żeby tak nie bolało. Patrzę na wykres i wiem, że następny skurcz nadchodzi. I boję się jak małe zwierzątko futerkowe zbliżającego się psa myśliwskiego. Gaz rozweselający ma tylko taki efekt, że przynajmniej nie zapominam oddychać.

Położna obiecuje mi znieczulenie zewnątrzoponowe... jak tylko rozwarcie będzie odpowiednie. Nie jest. Drę się jak opętana. To miłe, że nikt nie zwraca mi uwagi za nieparlamentarne zachowanie. A słyszy mnie całe skrzydło szpitala, to pewne.

Regularnie zaglądają studentki zmierzyć mi ciśnienie i temperaturę. Pytają, czy mogą przyjść obserwować właściwy poród. Zgadzam się, ale położna studzi ich entuzjazm mówiąc, że na swojej zmianie raczej się nie załapią. Tymczasem rozwarcie nawet jest, ale anestezjolog utknął na dobre przy cesarce po sąsiedzku.

W końcu przychodzi. Ja zwijam się z bólu tak, że prawie tracę przytomność. Każe mi najpierw podpisać jakieś papiery; mówię, że generalnie bardzo chętnie, ale w tym momencie raczej nie dam rady. To on z kolei nie chce mi dać znieczulenia, na które czekam jak seryjny morderca na zbawienie. Mąż chyba próbuje dyskutować, ja teatralnie trzymam przed sobą kartkę i wodzę palcem. Na kartce śmierć i zaraza, dalej nie jestem w stanie doczytać. Mażę jakiś zawijas.

W końcu robi to cholerne wkłucie, próbując trafić między skurczami, i wprowadza boską ambrozję zwaną znieczuleniem zewnątrzoponowym. Mówi, że za 15 minut powinno być lepiej, a ja uśmiecham się już jak głupia, bo po moich nogach rozchodzi się przyjemne ciepło, a poza tym nie czuję nic, chociaż za anestezjologiem nie zamknęły się jeszcze drzwi.

SOBOTA 16.30-21
Następne 3 godziny mijają umiarkowanie przyjemnie. Mąż z położną dyskutują na tematy społeczno-polityczne, a ja patrzę sobie na wykresiki i kompletnie znieczulona myślę - ooo, ten skurcz był duży. No, ten był naprawdę niczego sobie. Anestezjolog zagląda jeszcze raz, żeby dać drugą dawkę.

A potem się zaczyna. Położna każe mężowi wyciągnąć pieluszki i ubranko. I okazuje się, że mój sposób pakowania "na puzzle" może jednak nie był najlepszym pomysłem, bo co za niespodzianka, nic się nie da znaleźć.

Tak, mogłam się lepiej przygotować. I nie chodzi o pakowanie, bo to szczegół. Mogłam nauczyć się przeć, bo jak w krytycznym momencie odkrywa położna, nie mam o tym zielonego pojęcia. Ach, no rzeczywiście - myślałam, że to jak z obsługą biurowej mikrofalówki. Niby podgrzewasz coś po raz pierwszy, ale intuicyjnie wiesz, gdzie nacisnąć. A jednak nie.

W międzyczasie schodzi się zespół lekarzy, położnych i studentek medycyny, na które wyraziłam zgodę. I bardzo mądrze, jak się okazuje. Bo nagle od porodowego łóżka odpada podstawka na lewą nogę. Jedna ze studentek dostaje zadanie bojowe trzymania mojej nogi w optymalnej pozycji. Ha, to jest dopiero edukacja na poziomie akademickim.

Jest, delikatnie mówiąc, źle. Druga dawka znieczulenia zaczyna puszczać, a mi po trzech bezsennych dobach i średnio dwóch kanapkach dziennie brakuje sił, żeby przeć. Dodatkowo mam uczucie takie troszeczkę podobne do klaustrofobii. To tak, jakby iść kanałem wentylacyjnym rodem ze Szklanej Pułapki i trafić na przewężenie. Tylko że ja się czuję tak, jak mógłby czuć się ów kanał.

Do dziś nie wiem, jakim cudem, ale o 13.02 o 20.31 na świat przepycha się moja córka i wita go wrzaskiem. Za drzwiami oddziału stoją świeżo upieczeni dzadkowie i słyszą ten pierwszy wrzask. Szczęśliwy tata dostaje zadanie bojowe przecięcia pępowiny i jest dzielny, bo rodzenie to jedno, ale przy pępowinie to by mnie naprawdę musieli zbierać z podłogi.

Kładą mi zawiniątko na piersi, a ja czuję coś pomiędzy ulgą, że najgorsze za mną (hm), szczęściem, że mała jest cała i zdrowa, a śmiertelnym przerażeniem, jak jej nie uszkodzić. Gdzieś tam po drugiej stronie łóżka mnie zszywają (a studentka dalej trzyma nogę). Za każdym razem, gdy czuję igłę, spinam się, a mała płacze. Gdy tylko się rozluźniam, ona się uspokaja. Moja córka. Wyciśnięta siłami natury, nieco poganianej kroplówką z oksytocyny.

Pół godziny później leżymy już na korytarzu, bo zagwarantowane w planie porodu 2 godziny kontaktu skóra do skóry ładnie wyglądają na papierze, ale na salę czeka już kolejka chętnych ciężarnych. Mała śpi, przyssana do mojej piersi, niewrażliwa na wszystko, co dzieje się dookoła.

cdn.

niedziela, 5 lutego 2017

54. Inhalator

Matka karmiąca vs. wirus, ciąg dalszy, łatwy do przewidzenia.


Karm piersią, mówili. Będzie odporne, mówili. Nie zachoruje. Będzie fajnie.
Owszem, nie powiem, bardzo chwalę sobie fakt, że w środku nocy potykając się o własne nogi nie muszę gotować mleka modyfikowanego tylko wyciągam cycka i voila. Ale mój mały Cyckoholik podłapał ode mnie zarazki niczym nieaktualizowany Windows. Bez firewalla. Podczas ściągania pirackich gierek.

Zaczęło się od wyższej temperatury, która doprowadziła mnie do umiarkowanej paniki, tzn. tylko przez chwilę zastanawiałam się, czy już jechać do szpitala. I mierzyłam temperaturę tylko średnio co trzy minuty, nie częściej. Bardzo pomocne były artykuły w internecie i te wszystkie dywagacje jak ratować dziecko zbijając gorączkę kąpielami i co robić na etapie drgawek.
Jak się później okazało, Karaluszek ledwo wyszła poza to, co u dzieci rozumie się jako stan podgorączkowy. A ja gotowa byłam się już nawrócić, wznosić modły i składać ofiary z ogórków konserwowych i humusu, czyli zawartości naszej lodówki.

Dostaliśmy zalecenie inhalowania Chrabąszczyka. Dopiero po czasie zrozumiałam ton głosu lekarki, która na pytanie o kwestie techniczne tego procesu westchnęła "Ach, czyli jeszcze nie macie państwo inhalatora...". Teraz rozumiem tę nutkę współczucia. I kpiny.

Pierwszą próbę inhalacji przeprowadziłam z moim tatą. Można by wymieniać, co poszło źle. Ale z dzisiejszej perspektywy widzę to tak - błędne było w ogóle założenie, że to się da tak po prostu zrobić.
Wrzask, który wydało z siebie dziecko poddane pierwszej próbie inhalacji, aż się prosił o donos do MOPSu.

Moja mama postanowiła najpierw zrobić wywiad wśród znajomych matek i babć, który potwierdził mniej więcej to, co usłyszeliśmy od lekarza - są dwie techniki przeprowadzania inhalacji. Jedna na owoc zakazany, tzn. tablet do dziecięcej ręki, a na buzię maseczka. Druga na śpiocha. No i ewentualnie trzecia, siłowa, z założeniem, że jak się drze, to pełniej oddycha.

Pierwszą metodę początkowo odrzuciliśmy, bo mamy taką fanaberię, żeby wychowywać dziecko bez urządzeń mobilnych, wystarczą dwie uzależnione osoby w 3-osobowej rodzinie. Druga metoda wymagała kombinacji alpejskich, jak wcelować wylotem inhalatora, który trzeba trzymać pionowo, w paszczę Karaluszka, gdzieś na środu łóżka, wykręconą w drugą stronę i wklejoną w materac. I jak to zrobić, żeby jeszcze dziecko się nie obudziło.

Delikatnie mówiąc, pierwsze próby do udanych nie należały. Nawet-nawet chciałam się przeprosić z pierwszą metodą, ale gdy dziecko wiruje niczym diabeł tasmański z bajki, to tablet w postaci rozmazanej smugi nieszczególnie przykuwa jego uwagę.

Od tamtej pory poczyniliśmy pewne postępy i nawet Karaluszek jakby zdrowszy. Jeszcze tylko 18 lat bogatej oferty wszelkich infekcji przed nami. Przy założeniu, że nie dorobimy się następnego.

sobota, 4 lutego 2017

53. Wirus

Matka karmiąca vs. wirus, historia prawdziwa.


Generalnie to mam rewelacyjną odporność. No nic mnie nie bierze. Wirusy i bakterie na mój widok popełniają harakiri. Jestem z tego znana. Toteż gdy zaczęło mnie boleć gardło, stwierdziłam, że to bóle fantomowe i chodziłam na dwugodzinne spacery z dzieckiem. I kiedy mówię spacery, to mam na myśli morderczy trening na oblodzonych ścieżkach. Bo limit kroków na najbliższe dwa lata sam się nie zrobi.

Zachorowałam. Moment kulminacyjny przypadł akurat na weekend spędzany z mężem. Siedzę na podłodze poskładana jak paczka z Ikei, wpatrują się we mnie niczym sępy w truchło dwa wygłodniałe koty (mąż zaordynował im dietę odchudzającą), a ja wpatruję się w dziecko. Wzrokiem delirycznym. Muzyczka z zabawki, alternatywna aranżacja Row, row, row your boat brzmi tak, jak wyglądają zegary z obrazów Salvadora Dali. Jakby czas się przelewał i zakręcał. Psychodelicznie.
Po chwili uświadamiam sobie, że to nie wirusowe delirium tylko zwyczajnie, baterie wysiadają.

Problem z chorobami i macierzyństwem polega na tym, że kiedy ty masz ochotę zwinąć się w formę przetrwalnikową w łóżku z kubkiem gorącej herbaty, twoje dziecko właśnie uprawia wspinaczkę wysokomeblową, doskonali się w sztuce latania albo poszukuje nowych doznań smakowych na podłodze. A kiedy z kolei dziecko smacznie śpi, kolonia obcych w twoim gardle okopuje się na pozycjach, buduje mur godny Donalda Trumpa i rozmnaża ku chwale nowej ojczyzny.
Gdyby nie czuła i troskliwa opieka męża, że o naleśnikach w kształcie serca nie wspomnę, zginęłabym śmiercią marną.

Wykazując się niebywałym sprytem postanowiłam zadzwonić do przychodni i umówić się do lekarza w przyszłym tygodniu. Wychodząc z założenia, że nawet jeśli ja zdążę wyzdrowieć, to istnieje spora szansa, że zarażę Karaluszka albo męża. A wtedy rezerwacja będzie jak znalazł.

Jedno muszę oddać pani w recepcji - nie wybuchła gromkim śmiechem. Przypuszczam że dlatego, iż nawet ona nie była w stanie śmiać się z tego samego kawału po raz setny tego dnia. Dowiedziałam się tylko, że umówić się w ogóle nie można. No po prostu.
(W końcu mojemu mężowi się udało. Stał pod drzwiami przychodni jeszcze przed otwarciem. Jako piąty w kolejce).

Z tej perspektywy jedno mogę stwierdzić - teoria, że "przeziębienie leczone trwa tydzień, a nieleczone 7 dni" ma w sobie tyle sensu ile słynne "5 minut nie leżało". Jako matka karmiąca nie mogę brać praktycznie nic poza starym dobrym placebo. Tak skuteczne, jak modlitwa i pokuta.

poniedziałek, 23 stycznia 2017

52. Aranżacja przestrzeni

Przyrost naturalny vs. przestrzeń życiowa - jak sobie radzić?



Mama i ciocia właśnie były w trakcie sesji omawiania parentingowych hitów i kitów w bliższej i dalszej rodzinie. Co, jak wiadomo, zawsze jest doskonałą rozrywką, gdy spotykają się dwie kobiety. Nawet bezdzietne. Ja tego nie potępiam. Ja to kultywuję.

Tym razem omawiały bezwzględność postępowania pewnego rodzica, który sam sypia w pokoju znacznie oddalonego od dziecięcego. Przez co na bank nie wyczuje szóstym zmysłem, jeśli dziecko wykopie się w środku nocy spod kołdry.

Wykonałam nieokreślony ruch głową, bo ewidentnie oczekiwano ode mnie jakiejś reakcji. Ha, to są dopiero problemy, pomyślałam. Do jakiej odległości działa matczyna aplikacja podskórnego wykrywania gołej stopy dziecka wystającej spod kocyka. Gdzie urządzić sypialnię, gdzie gabinet, gdzie play room a gdzie wyplatać wiklinowe koszyki.

Takie problemy to nie u nas. Ostatnio nawet zastanawialiśmy się, jak zaaranżować przestrzeń, na wypadek gdyby np. w wieku 20 lat dziecko już nie chciało spać z nami w jednym pokoju.

Rozważamy zamianę miejscami łóżka i kanapy. Pytanie tylko, czy jeśli postawimy łóżko obok lodówki, to będzie się jeszcze dało otworzyć drzwi na balkon, chociaż na taką szerokość, żeby wypuścić kota. I - z kolei - czy kanapa zmieści nam się w całości w miejsce po łóżku, a jeśli nie, to do piwnicy u których dziadków wtrynić nadprogramową połowę. Przy odrobinie szczęścia do tego czasu kot zeżre wszystkie kwiatki, więc chociaż z rozmieszczeniem doniczek nie będzie problemu.

(Ha, wizja lodówki w zasięgu ręki z łóżka brzmi kusząco, prawda?)

Tymczasem mój ginekolog na dość luźno rzucone hasło "a możeby tabletki", z uśmiechem zalecił nam dalszą zabawę w rosyjską ruletkę, bo przecież jeśli przypadkiem dorobimy się drugiego Karaluszątka, to nic się nie stanie.

Rzeczywiście, nic się nie stanie. Po internecie krąży teraz mnóstwo planów "zrób to sam", jak wybudować domek dla kotów. Postawimy taki młodszemu dziecku na trawniku przed blokiem. Przy odrobinie szczęścia sąsiedzi zaczną je dokarmiać.

A teraz, dla odmiany, true story. Wujkowie n-tej linii, gdy pojawiło się na świecie drugie dziecko, w oczekiwaniu na przeprowadzkę zamówili dla starszego potomka podwieszane łóżko. Także sufit is the limit.

51. Inne dzieci

O dokonaniu odkrycia, jakim są inne dzieci. I o problemach w dystrybucji tego dobra w terenie.


Odwiedziny u mojej rodziny uświadomiły mi, jak łatwo sprzedać dziecko. I nawet nie chodzi o to, że w 11 przypadkach na 10 Karaluszek wybierze babcię, dziadka, tatę, kota, a nie mnie, bo to jest fakt powszechnie znany i jeśli czegoś tu nie rozumiem, to czemu do cholery jasnej to mnie dotknął przywilej przepchnięcia delikwenta przez drogi rodne i czemu to ja doświadczam cudu laktacji.

Tym razem okazało się, że równie łatwo sprzedać dziecko w domu praktycznie dziecku nieznanym, osobom które widziało z 5 razy w swym Karaluszkowym życiu. Otóż robimy następująco. Umieszczamy dziecko w Pomieszczeniu nr 1. Dajemy 10 minut na oswojenie się. Otwieramy na drugim końcu korytarza Pomieszczenie nr 2, w którym bawią się dzieci. Voilà! Dziecko sprzedane. Nawet o dostawę nie trzeba się martwić, samo podreptało.

Uświadomiło to nam, znaczy się szczęśliwym rodzicom, palącą konieczność znalezienia znajomych z dziećmi, mieszkających w odległości nieco mniejszej niż 500 km. A najlepiej w mieście stołecznym Warszawie. Bułka z masłem, możnaby pomyśleć. Warszawa, miasto stołeczne, jest całkiem duże, ludzi nie brakuje. Nic bardziej mylnego. Bo, o cudzie demografii, o ile nasi rówieśnicy ze Szczecina rozmnażają się nader entuzjastycznie, tych z miasta stołecznego życie tak przygniotło, że albo nie chcą, albo nie mogą.

Namierzyliśmy jedną parę mieszkającą w Piotrkowie Trybunalskim. Mąż argumentuje, że przejazd do Piotrkowa zajmie pi razy oko tyle, ile na przeciwległy koniec miasta stołecznego. Czyli wciąż wystarczająco długo, żeby dziecko w samochodzie dostało świra i zamieniło taką podróż w spacer u boku Dantego po wszystkich kręgach piekła.

Oczywiście na osiedlu dzieciatych sąsiadów nie brakuje, ale jeśli zajęło nam 3 lata, żeby zacząć sobie mówić "dzień dobry", to rozmowa o pogodzie wypadnie gdzieś w okolicach pierwszej komunii, a wzajemne odwiedziny w domu to już pewnie dopiero po maturze Karaluszka.

Zaczęliśmy też szukać po bliższej i dalszej rodzinie naszych nierozmnażających się znajomych i chyba, chyba mamy potencjalnych kandydatów. Trzymajcie kciuki.

piątek, 20 stycznia 2017

50. Łóżko

O spaniu z dzieckiem. Z braku opcji alternatywnej.



Był już taki moment, że Robaczek przesypiał 8 godzin ciągiem we własnym zakratowanym łóżeczku, a potem na deser jeszcze ze 3 z nami. Naiwna niczym świeżo przepoczwarzony motyl, machający beztrosko kolorowymi skrzydłami i wierzący że cały świat to kolorowe, pachnące kwiatki, myślałam, że tak już zostanie. Phi.

Aktualnie łóżeczko służy nam głównie do składowania zabawek i wieszania na nim ręczników. Robaczek jest jak telewizor w stanie czuwania - niby śpi, ale cały czas pozostaje w pełnej gotowości. Gdy tylko szóstym zmysłem rozpozna, że w odległości 100 cm nie ma innego 36,6 °C, budzi się. Jak zwykle wróciliśmy z mężem do naszej odwiecznej dyskusji - wyrzynające się ząbki versus bolący brzuszek. Koleżanka z dzieckiem w podobnym wieku przechytrzyła nas oboje, używając słowa-klucza "skok rozwojowy".

Moja mama z uporem maniaka przenosi Robaczka codziennie do dziecięcego łóżeczka, tylko po to, żeby nie dalej niż godzinę później dziecko wróciło do mojego łóżka. Myślałam, że to taka sztuka dla sztuki, ale w końcu ją rozszyfrowałam. Po prostu chce się jeszcze wieczorem poprzytulać do bezwładnego Robaczka.

Cechą wspólną Robaczka i kotów jest bezbłędna umiejętność do określenia przez sen kierunków i ułożenia się dokładnie w poprzek każdego posłania. Zastanawiam się, czy ktoś kiedyś badał zjawisko magnetyzmu u istot śpiących. Jeśli kiedyś będzie mnie stać, zamówię materac o kształcie idealnego koła i będę patrzeć, jak błędnik u kotów i dzieci wariuje.

Zgodnie z mądrością zaczerpniętą z krążącego po odmętach internetu obrazka, dziecko w łóżku rodziców jest jak pijana ośmiornica szukająca po ciemku kluczyków do samochodu. Ja bym od siebie jeszcze dodała, że ta ośmiornica ma skłonności autodestrukcyjne, to pełznąc uparcie w stronę krawędzi łóżka, to próbując scalić się w jedność ze ścianą, zaczynając od głowy.

Słyszałam bardzo interesującą teorię, że niespokojny sen i włażenie z uporem maniaka rodzicom do łóżka, to wrodzona strategia małych dzieci, mająca uniemożliwić rodzicom spłodzenie rodzeństwa, postrzeganego jako konkurencję w dostępie do wszelakich dóbr. Ach, gdyby tak dało się wyjaśnić Robaczkowi, że o konkrencję nie musi się martwić, bo najskuteczniejszą antykoncepcją jest przejrzenie wieczorem nagłówków wiadomości z kraju, a spojrzenie na zdjęcia dowolnych członków Rady Ministrów grozi trwałą bezpłodnością.

49. Wywrotowiec

O próbie wyciśnięcia z urlopu macierzyńskiego tyle urlopowatości, ile się da.



Koszmar powrotu do pracy zbliża się coraz większymi krokami, a szanse na trafienie kumulacji w totka do tego czasu kurczą się nieubłaganie. Nie, żeby na starcie były szczególnie imponujące. Patrząc tej smutnej prawdzie w oczy, staram się korzystać z życia ile się da, gdzie przez życie rozumiem chodzenie w piżamie do południa, partyzanckie czytanie książek przy Chrabąszczyku i nieużywanie komunikacji miejskiej oraz słowa "target".

Wróciwszy od teściów, siedzimy z Chrabąszczykiem u moich rodziców. Uszczęśliwiamy ich Chrabąszczową promienną obecnością, a mnie - brakiem konieczności odkurzania kociego żwirku dzień w dzień. I możliwością dokonania transakcji sprzedaży dziecka. Choć na 5 minut.

Po trudnym początku, udało się mi i mojej mamie wypracować rodzaj delikatnej homeostazy. Polega ona na tym, że ja czytam książki tylko jednym okiem, tak żeby drugie mieć cały czas na szczególnie wywrotowym Karaluszku, nawet gdy - wydawałoby się - niewinnie i całkowicie bezpiecznie siedzi sobie i wywala książki z regałów. Z kolei ona, kiedy już młody Wywrotowiec przewróci się i rozpłacze, powstrzymuje odruch, żeby przywdziać pelerynę Super Babci, przylecieć w ułamku sekundy i uratować dziecko z rąk nieodpowiedzialnej matki. Doprawdy, znając jej naturę, nie wiem, jak jej się to udaje. I podziwiam za żelazną samokontrolę.

Karaluszek prowadzi życie kaskadera i nie ma rzeczy zbyt niebezpiecznych, by ich próbować. Co sprawia, że powrót do naszego własnego mieszkania śmiertelnie mnie przeraża, bo przypuszczam, że bariery które miesiąc temu były całkiem skuteczne, dzisiaj stanowią wyzwanie mniej więcej takie, jak dla naszego kota trujący kroton na najwyższej półce pod sufitem. Ryzyko dodaje pokusie prawdziwej głębi smaku.

Pojutrze jedziemy pochwalić się Karaluszkowością w pełnej okazałości przed całym spektrum cioć i babć. Co oznacza, że mamy niecałe 36 godzin, żeby przekonać Karaluszka, że na "papa" warto odpowiedzieć tym samym gestem. Zaczyna nam już powoli brakować argumentów. Namówić Karaluszka do zmiany zdania to jak przekonać kreacjonistę, że jego przodek huśtał się na drzewie trzymając gałęzi nogą.

poniedziałek, 16 stycznia 2017

48. Z powrotem

O poszukiwaniu właściwego miejsca na ziemi, które mojemu szczęśliwemu dziecku wyjątkowo łatwo znaleźć.




Zaczęło się od pogrzebu, a skończyło na gigantycznej śnieżycy i zatruciu pokarmowym, które dosłownie ścięło mnie z kolan, poskładało na podłodze i nie pozwoliło wstać. Winowajcą były prawdopodobnie parówki ze śniadania, co należy uznać za wyjątkowo korzystną okoliczność, bo akurat ten element lodówkowego zaopatrzenia nie był serwowany na konsolacji po pogrzebie. Gdyby w naszych szerokościach geograficznych parówki były uważane za danie wykwintne i godne podawania dalekiej cioci na najlepszej porcelanie, być może ofiar byłoby więcej. A tak, cierpiałam tylko ja i mój mąż.

Następnego dnia wstaliśmy z przeświadczeniem, że mdłości czy nie, nadszedł już czas wracać. Zapakowaliśmy się w nieuniknionej aurze mojego Reiseangst, wcisnęliśmy po jednym kocie do każdego kontenerka i jedno dziecko do fotelika. I ruszyliśmy, próbując udawać, że miauczenie wcale nie zagłusza radia.

Po przyjeździe jak zwykle niezmiernie zdziwił mnie fakt, że w mieście stołecznym jednak da się żyć. A czasem, co prawda nie za często, tylko tak z doskoku, można nawet być szczęśliwym.

Chyba, że mówimy o Karaluszku. Karaluszek potrafi być w tym mieście euforycznie wprost szczęśliwy, tak bardzo, że gdyby karaluszki potrafiły latać, to mój odleciałby chyba na księżyc.
A to dlatego, że w Warszawie mieszka Karaluszkowa babcia.

Gdyby nie laktacja, właściwie mogłabym śmiało kupić bilet w jedną stronę do San Escobar, założyć tam plantację trzciny, cukru albo cynamonu i tylko przysyłać kartki na święta. Od kiedy jesteśmy u moich rodziców, mały Robaczek nie odstępuje babci na krok. Mała terrorystka opracowała do tego całkowicie nową i piekielnie skuteczną strategię która polega na tym, że kiedy babcia nie chce jej wziąć na ręce - bo na przykład w jednej trzyma czajnik z gorącą wodą a w drugiej nóż do filetowania - Robaczek rozpłaszcza całość swych tkanek na podłodze pod nogami babci i włącza syrenę alarmową.

Tym większą satysfakcję odczułam, gdy podczas finału WOŚP moja mama chciała pochwalić się Karaluszkiem w swojej szkole, a Karaluszek właśnie w tym momencie umyślił sobie, że jednak w ramionach Karaluszkowego taty będzie wygodniej i zamanifestował swą wolę sugestywnym wyciągnięciem rączek.
Co tam, że ja w tym szeregu byłabym chyba ostatnią wybraną osobą. Nigdy nie celowałam w tytuł Ulubionej Matki Roku.

środa, 11 stycznia 2017

47. Podróże

W podróży oczekuj nieoczekiwanego.




Pamiętam, jak 6 lat temu poleciałam z koleżanką w listopadzie do Szkocji, odwiedzić mojego przyszłego męża i jego kolegę. Nie wiem, co mnie podkusiło, żeby zabrać ze sobą kożuch, chyba wzięłam go dlatego, że był nowy i ładny. Próżność mnie uratowała. Trafiłyśmy na zimę stulecia. Śnieg zaatakował podstępnie i bezlitośnie. Ulice były puste, sklepy pozamykane. Komunikacja miejska nie jeździła, no bo jak, na letnich oponach. Zasypało lotniska. Odwołali nasz lot, dwa razy.
Przyjechałyśmy na weekend, zostałyśmy 9 dni, ku nieskrępowanej uciesze naszej gospodyni, nawiasem mówiąc maniakalnie oszczędzającej na ogrzewaniu. Ale trzeba jej to uczciwie przyznać, nie wywaliła nas za drzwi.

To były szczęśliwe czasy bez odpowiedzialności za trzy istoty żywe wagi piórkowej. Za to z biotechnologią do zaliczenia na karku i epizodem emigracyjnym w tle.

Nasz pierwszy wyjazd do rodzinnego miasta mojego męża z naszą najmłodszą Wagą Piórkową też miał być tylko na weekend. Ale na miejscu okazało się, że mąż ma problem z kręgosłupem i musi poddać się serii masaży, a potem teściowa trafiła do szpitala. I tak jakoś wyszło, że zostaliśmy 3 tygodnie, mnożąc zawartość naszej walizki niczym pewna znana persona chleb i ryby.

Nie pamiętam co nas zatrzymało, gdy przyjechaliśmy za drugim razem, ale na szczęście okazało się, że nie-tanie linie lotnicze umożliwiają przeniesienie rezerwacji na inny termin.

Za trzecim razem nawet nie zakładałam konkretnej daty powrotu i, wiedziona doświadczeniem, profilaktycznie zapakowałam samochód teścia pod dach rzeczami, które mogą się przydać (bardzo cierpliwy i wyrozumiały człowiek).

Tym razem też nieszczególnie śpieszy mi się do powrotu. Raz że powietrze w Warszawie można ponoć kroić nożem i serwować schłodzone na talerzach deserowych. A dwa, że podróż w towarzystwie dziecka i kotów to przyjemność porównywalna do wyżej opisanego deseru. Próbowałam przekonać męża, że pogoda absolutnie nie nadaje się do jazdy i trzeba czekać na wiosnę, dla absolutnej pewności na Zimnych Ogrodników, ale nie uległ sile mojej argumentacji.
Przysięgam, szukając na siłę powodów do opóźnienia powrotu nie miałam na myśli tego, który rzeczywiście się ziścił - pogrzebu w rodzinie. Wiem, że obecność czarnej spódnicy i bluzki w mojej walizce świadczy przeciwko mnie, ale to czysty zbieg okoliczności, naprawdę.

Ciekawe, co wydarzy się jutro.

W każdym razie zapowiadam - kiedyś przyjadę tu na krótkie wakacje i zostanę na stałe.

niedziela, 8 stycznia 2017

46. Sylwester

O Sylwestrze, którego moje dziecko odświętowało.




Postanowiłam w 2017 roku pisać jeszcze częściej na blogu. Co automatycznie sprawiło, że nie chce mi się za to w ogóle zabrać. Tak działa magia postanowień noworocznych. Nie mogę jednak nie wspomnieć o pierwszym Sylwestrze mojego Chrabąszcza.

Tuż przed 22 zostawiliśmy smacznie śpiącego Karaluszka pod opieką dziadków i ruszyliśmy na imprezę, która na całe szczęście odbywała się w odległości sympatycznego spaceru. Gdyby była choć trzy kroki dalej, mój mąż prawdopodobnie by nie wytrzymał i wrócił jeszcze przed północą, zwinął się w kłębek na łóżku i nakrył kołdrą. A to dlatego, że bez przerwy zadręczałabym go moimi atakami paniki, co się dzieje u Karaluszka, Karaluszek na pewno płacze i nikt go nie słyszy, Karaluszek cierpi, a mama jest tak daleko, bla, bla, bla.

Karaluszek nie tylko nie cierpiał. Karaluszek bawił się wyśmienicie. Godzinę po naszym wyjściu obudziła się, co mogło (ale nie musiało) mieć pewien związek z nieco obluzowaną pieluszką i małą katastrofą ekologiczną w łóżeczku. Raz obudzona, opierała się wszelkim próbom argumentacji, że lalka śpi i miś śpi, więc i ona mogłaby pójść spać. W końcu dziadkowie skapitulowali i zabrali Karaluszka na dół, gdzie szaleństwo sylwestrowej nocy w wykonaniu owada z rodziny karaczanowatych na dobre się rozkręciło.

Tymczasem ja siedziałam sobie grzecznie na ławeczce, udając że przysłuchuję się z zainteresowaniem rozmowom. Nie wiem czego dotyczyły, bo przez głośną muzykę nie słyszałam ani słowa, mogłam jedynie próbować śmiać się w tym samym momencie co wszyscy, mając w duchu nadzieję, że to nie z seksistowskich żartów.

Inny problem stanowił fakt, że spędzaliśmy Sylwestra z kolegami mojego męża z osiedla, a moje i ich zainteresowania w fundamentalnych kwestiach cokolwiek się różnią. Mianowicie oni bardzo lubią fajerwerki, a ja nie. Przez 364 dni w roku ta różnica zupełnie nie przeszkadza. Ale to był dzień 365-ty.

Uczciwie muszę przyznać, że w końcu mój mąż ulitował się nade mną i ściszył muzykę. A że na imprezie była koleżanka w zaawansowanej ciąży - i z zerowym przygotowaniem merytorycznym - mogłam w ramach rozrywki trochę ją postraszyć. Ale chyba słabo mi to wyszło, bo ponoć z naszej rozmowy zapamiętała głównie przesłanie "macie jeszcze czas, wszystko będzie dobrze". Podczas gdy druga obecna na sali młoda matka omal nie połamała szpilek z przerażenia, że jeszcze nie wybrali programu szczepień. Ale to moderatorka jednego z popularnych forów dla matek, co tłumaczy naprawdę wszystko.

W końcu ok. 2 dziadkowie zadzwonili z prośbą o wsparcie, a gdy tylko przestąpiłam próg domu, Karaluszek niczym latająca wiewiórka wskoczył w me ramiona i już nie puścił. Musiałam się nieźle nagimnastykować, żeby zdjąć kurtkę i buty, oplątana wszystkimi Karaluszkowymi odnóżami.

Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że moje dziecko bawiło się w tego Sylwestra lepiej ode mnie.