wtorek, 27 grudnia 2016

44. Świąteczna gorączka

Kocham przygotowania do Świąt. Bardziej niż same Święta.




I am driving home for Christmas (...) I take look at the driver next to me/ He's just the same...
Cóż. Tylko, jeśli ma na pokładzie dziecko, które miało spać w nocy, ale o tym nie wie. Tylko, jeśli towarzyszą mu również dwa koty, które zaczynają się drzeć, kiedy dziecko kończy. Tylko, jeśli celowo obniżył temperaturę w samochodzie, żeby nie zasypiać. I teraz stopy przymarzają mu do podeszwy butów. Tylko, jeśli jego żona zaraz go udusi za "oszczędną jazdę", bo nie wytrzyma w tych warunkach ani minuty dłużej.

A jednak, dotarliśmy do miejsca przeznaczenia, czyli domu teściów. A tam, w aurze świątecznych przygotowań, odnalazłam moje przeznaczenie. Dwa razy.

Po raz pierwszy - lepiąc pierogi. W mojej rodzinie proces produkcji pierogów to misterium, gdzie wszystko i wszyscy mają swoje z góry ustalone miejsce. A nad zachowaniem świętych procedur czuwa moja babcia. Ja osiągnęłam już wystarczający poziom wtajemniczenia, żeby przebywać w tym samym pomieszczeniu, co pierogowe sacrum, a nawet (!) wałkować ciasto. Ale nie lepić. Bogowie ogniska domowego, absolutnie nie lepić.

Tymczasem podczas jakże pamiętnej drogi zadzwoniła do nas teściowa informując, że u nich na Wigilii nie będzie pierogów, bo nie ma kto ich zrobić, ale nic nie szkodzi, bo będzie tarta. Prawie to samo, czyż nie? Otóż nie. Dla mnie i dla mojego męża było to jak usłyszeć, że Grinch ukradł Święta. A puste miejsce zaorał i obsadził brukselką. Dlatego postanowiliśmy zrobić pierogi sami. A podczas produkcji, która tradycyjnie zajęła nam większość dnia, mój mąż zaufał mi tak bardzo, że powierzył w moje ręce rolę lepiacza. Pokochałam to.

Po raz drugi znalazłam moje przeznaczenie pakując prezenty. Co nie było aż taką niespodzianką, biorąc pod uwagę, że 3 razy pracowałam jako ochotnicza pomoc świąteczna i zamierzałam zgłaszać się do końca życia. Nawet po wygraniu 15 milionów w totka. Ale potem zaszłam w ciążę i cały plan wziął w łeb.

Moja teściowa wręczyła mi bukiet ozdobnych papierów i wstążek, oraz górę pudeł do zapakowania. Ot taką tam, młodszą siostrę góry lodowej, w którą przyrżnął Titanic. Miałam zapakować ile zdążę. Co w praktyce oznaczało, że kleiłam i cięłam, aż zabłysła pierwsza gwiazdka. A przestałam głównie dlatego dlatego, że przy stole wigilijnym miały lada chwila pojawić się gorące pierogi. Ach, no i skończyły mi się prezenty do pakowania.

Ciężko byłoby podjąć decyzję, czemu poświęcić resztę życia - lepieniu pierogów czy pakowaniu prezentów. Ale tak się składa, że ani z jednego, ani z drugiego rodziny nie utrzymam, więc problem rozwiązuje się sam. Ach, okrucieństwo losu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz