środa, 21 grudnia 2016

42. Level up!

Po raz kolejny kompletnie zaskakuje mnie fakt, jak szybko rozwija się moje dziecko.




Jakie to miłe, że internetowe gierki tak ochoczo informują człowieka o czynionych postępach. W przeciwieństwie do Matki Natury. Aż by się prosiło, żeby nad dziecięcym łóżeczkiem pojawiał się podświetlony napis: Zdobyłeś następny poziom! Masz już sprawność Młodego Eksploratora Szuflad. Twoja umiejętność Chodzenia jest na poziomie Beginner.

Tymczasem postęp w rozwoju dziecka skrada sie niczym termin składania PITów. Niby z dnia na dzień nic się nie dzieje, ale kiedy tylko na chwilę przestajesz o tym myśleć, biegnie do przodu, by zaskoczyć cię w najmniej spodziewanej chwili, bez kompletu niezbędnych dokumentów i  z wieszającym się serwerem US.

Pewnego dnia chcesz dojeść w spokoju kanapkę z samymi niedzieciowymi składnikami, posmarowaną glutaminianem potasu i posypaną benzoesanem sodu. Dajesz więc dziecku do rączki wafelka orkiszowego. Z nadzieją, że jak zawsze, dziecko odpełznie w swoją stronę, rozprowadzając kawałki po całym dywanie (ku uciesze kotów, którym mąż wydziela racje żywnościowe, więc orkisz zaczyna wyglądać dla nich coraz atrakcyjniej). A tymczasem dziecko wyciąga rączkę z wafelkiem w twoją stronę, altruistycznie chcąc się podzielić.
Później chętnie podzieli się z tobą również plastikową rurką i szczotką do włosów. Tak w ramach deseru. No, głupio ci już, że zatrzymałeś cały glutaminian dla siebie?

A potem przychodzi jeszcze większy szok. Wracacie ze spaceru. Ściągasz z dziecka piętnaście warstw kombinezonów, czapek i bucików, a tej Wij się okrutnie wije. Nagle wyrywa się na wolność i pędzi na czterech łapkach, bo oto wypatrzyła szalenie interesujący patyk na podłodze. Dotąd trzeba było się nakombinować, jak dyskretnie ściągnąć ją z kolan, jednocześnie posyłając namiętne spojrzenia w stronę czajnika i herbatki. A teraz po prostu czujesz, jak metaforyczna pępowina przerywa się wraz z uciekającym dzieckiem.

Odkryłam też, że nie każde plucie obiadem niesie za sobą ten sam przekaz. Czasem chodzi o to, że matka naprawdę nie umie gotować. Ale czasem o to, żeby sobie obejrzeć wyplute risotto dyniowe, podotykać i ziarenko po ziarenku zapakować z powrotem do buzi.
Żegnajcie słoiczki. Gotuję znów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz