sobota, 31 grudnia 2016

45. Z wstążeczką

Dziś o tym, co pod choinką.




Święta to, jak wiadomo, czas miłości i serdeczności, które wyrażasz drąc się na członków rodziny, żeby szybciej kroili marchewkę i machali odkurzaczem, bo zaraz przyjdzie babcia, stryjek i kuzynka. A jak wiadomo babcia, stryjek i kuzynka to sanepid i Królowa Brytyjska w jednym, trzyosobowym wcieleniu.

Tak, teraz się z tego śmieję, bo tegoroczne świąteczne szaleństwo mamy już za sobą, a do następnego zdążę jeszcze zaleczyć zszargane nerwy. Ale na godzinę przed Wigilią sama nie pogardziłabym kropelkami na uspokojenie.

Wigilia minęła mi na chwaleniu się, jakie mam cudowne, niesamowicie grzeczne i mądre dziecko. Oraz na słuchaniu, jakie to dziecko jest podobne do tatusia. Bezwzględnie do tatusia. Jedno trzeba przyznać. Jeśli za skalę grzeczności przyjmiemy ilość otrzymanych prezentów, to Karaluszek musiał być anielsko dobry w tym roku.

A tym czasem cała ta kolorowa, migająca i pikająca menażeria może się schować, bo ulubioną zabawką mojego dziecka pozostaje Piłka na Glucie, zwana też Piłką z Ftalanami, jako iż jest podejrzanej proweniencji. Kupiona na Marywilskiej za 2 zł, dyndająca na gumie i zbierająca kocie futro niczym odkurzacz, stała się nierozłącznym elementem Karaluszkowej postaci.

Korzystając z okazji, pragnę wyrazić mój sprzeciw w stosunku do praktyki, która z roku na rok staje się coraz bardziej popularna wśród mojej rodziny. A która polega na tym, że zamiast kupić niepotrzebny, oblepiony brokatem duperel i zawinąć go ładnie ze wstążeczką, zabiera się mnie na zakupy i każe wybierać, co mam dostać na gwiazdkę, urodziny czy inną okazję. Zgodnie z teorią, że wtedy dostanę taki prezent, jaki bym chciała.

Tyle że ja bym właśnie chciała niespodziankę. Oklejoną w papier i ze wstążeczką. Może być z brokatem, może być bez. Może być w serduszka, może być w gwiazdki. Mogą to być skarpetki, albo mydło, albo ckliwe romansidło. Wszystko jedno. Pragnę tylko, żeby było ładnie opakowaną niespodzianką. Cholera, nawet tę wstążeczkę odpuszczę. Ale nie element niespodzianki. A jest mi on od lat konsekwentnie odbierany, bo wszyscy wolą mnie zabrać na zakupy. Tak, wiem, to się nazywa problemy pierwszego świata.

PS. Jeśli w przyszłym roku będę grać w świąteczne bingo, to na bank obstawię "Święta, święta i po świętach".

wtorek, 27 grudnia 2016

44. Świąteczna gorączka

Kocham przygotowania do Świąt. Bardziej niż same Święta.




I am driving home for Christmas (...) I take look at the driver next to me/ He's just the same...
Cóż. Tylko, jeśli ma na pokładzie dziecko, które miało spać w nocy, ale o tym nie wie. Tylko, jeśli towarzyszą mu również dwa koty, które zaczynają się drzeć, kiedy dziecko kończy. Tylko, jeśli celowo obniżył temperaturę w samochodzie, żeby nie zasypiać. I teraz stopy przymarzają mu do podeszwy butów. Tylko, jeśli jego żona zaraz go udusi za "oszczędną jazdę", bo nie wytrzyma w tych warunkach ani minuty dłużej.

A jednak, dotarliśmy do miejsca przeznaczenia, czyli domu teściów. A tam, w aurze świątecznych przygotowań, odnalazłam moje przeznaczenie. Dwa razy.

Po raz pierwszy - lepiąc pierogi. W mojej rodzinie proces produkcji pierogów to misterium, gdzie wszystko i wszyscy mają swoje z góry ustalone miejsce. A nad zachowaniem świętych procedur czuwa moja babcia. Ja osiągnęłam już wystarczający poziom wtajemniczenia, żeby przebywać w tym samym pomieszczeniu, co pierogowe sacrum, a nawet (!) wałkować ciasto. Ale nie lepić. Bogowie ogniska domowego, absolutnie nie lepić.

Tymczasem podczas jakże pamiętnej drogi zadzwoniła do nas teściowa informując, że u nich na Wigilii nie będzie pierogów, bo nie ma kto ich zrobić, ale nic nie szkodzi, bo będzie tarta. Prawie to samo, czyż nie? Otóż nie. Dla mnie i dla mojego męża było to jak usłyszeć, że Grinch ukradł Święta. A puste miejsce zaorał i obsadził brukselką. Dlatego postanowiliśmy zrobić pierogi sami. A podczas produkcji, która tradycyjnie zajęła nam większość dnia, mój mąż zaufał mi tak bardzo, że powierzył w moje ręce rolę lepiacza. Pokochałam to.

Po raz drugi znalazłam moje przeznaczenie pakując prezenty. Co nie było aż taką niespodzianką, biorąc pod uwagę, że 3 razy pracowałam jako ochotnicza pomoc świąteczna i zamierzałam zgłaszać się do końca życia. Nawet po wygraniu 15 milionów w totka. Ale potem zaszłam w ciążę i cały plan wziął w łeb.

Moja teściowa wręczyła mi bukiet ozdobnych papierów i wstążek, oraz górę pudeł do zapakowania. Ot taką tam, młodszą siostrę góry lodowej, w którą przyrżnął Titanic. Miałam zapakować ile zdążę. Co w praktyce oznaczało, że kleiłam i cięłam, aż zabłysła pierwsza gwiazdka. A przestałam głównie dlatego dlatego, że przy stole wigilijnym miały lada chwila pojawić się gorące pierogi. Ach, no i skończyły mi się prezenty do pakowania.

Ciężko byłoby podjąć decyzję, czemu poświęcić resztę życia - lepieniu pierogów czy pakowaniu prezentów. Ale tak się składa, że ani z jednego, ani z drugiego rodziny nie utrzymam, więc problem rozwiązuje się sam. Ach, okrucieństwo losu.

środa, 21 grudnia 2016

43. Dobre rady

Zaprzeczanie formą obrony.




Ciocie Dobra Rada. Zawsze przy tobie, gdy ich potrzebujesz. Znają córkę kuzynki sąsiadki z pierwszego, która miała dokładnie ten sam problem. Chętnie poradzą, czy tego chcesz, czy nie. Jeszcze chętniej przycisną twoją twarz prosto w kałużę błota, żebyś aby na pewno lepiej poznał jego smak.

Pamiętam, jak w ciąży poszłyśmy z mamą do miejscowej piekarnii i mama poprosiła o chleb z niskim indeksem IG, lekkim konwersacyjnym tonem dodając, że mam cukrzycę ciążową. Pani sprzedawczyni równie lekko i równie konwersacyjnie odpowiedziała, że leżała z taką jedną młodocianą na porodówce, która miała cukrzycę, o którą nie dbała. Pani sprzedawczyni bardzo obrazowo nakreśliła na swoich nieskromnych kształtach, jak gigantyczne lekarze musieli zrobić nacięcie na brzuchu szczęśliwej położnicy, by wyciągnąć z niej dziecko. Odtąd dotąd, proszę pani. Takie wielkie.

Cóż, poród mam za sobą i obyło się bez numeru rodem z pokazów iluzjonistycznych w stylu: bierzemy piłę i przecinamy panią na pół. Ba, urodziłam tak zwanymi siłami natury*.

Teraz wielkimi krokami nadciąga kolejna trauma, mianowicie powrót do pracy po macierzyńskim. Zgodnie z moją filozofią życiową zaczerpniętą od nieśmiertelnej Scarlett O'Hara "Będę się tym martwić jutro", postanowiłam absolutnie nie myśleć o tym w bieżącym roku kalendarzowym.

Tyle że Ciocie Dobra Rada ściągają do cudzej traumy jak emeryci do promocji cukru w Biedronce. Już dzwonią, już pytają, czy żłobek czy niania. Jeśli żłobek, to dziecko będzie chorować non stop. I będziecie musieli się z pracy zwalniać. No i wiecie, żłobki to zło. Wiecie co się w żłobkach dzieje. No wiecie (nie wiecie?).

A z kolei niania taka droga. No jak niania, to koniecznie z polecenia. Ale przecież nie macie znajomych z dziećmi, to jak ją znajdziecie? No jak? I koniecznie musi być z waszej dzielnicy, żeby w korkach nie stała, pamiętajcie. I żeby prasować dziecięce rzeczy chciała. Itede, itepe.

Nie mówię, że moja strategia opierająca się na założeniu "co się odwlecze, to i uciecze" jest w tym przypadku dobrym rozwiązaniem. Ale czy moglibyśmy ten temat zacząć po Świętach? Czy głosem rozchodzącym się wśród nocnej ciszy ma być moje pełne frustracji ARGH!@#?

Tymczasem w firmie ponoć szykują się gigantyczne zmiany, no rewolucja systemowa, przeformułowanie całego projektu, restrukturyzacja na ostro. Czyli zabawa jak co kwartał. Próbowałam się podpytać, co tam nowego się szykuje, ale koleżanka machnęła ręką. Zanim wrócę, wszystko 3 razy się zmieni. Ridge poślubi pięć razy Taylor a koniec końców i tak wyląduje w łóżku z Brooke.

__________
*Te siły natury sączyły się do mojego krwioobiegu przez kilka godzin pod roboczą nazwą: oksytocyna.

42. Level up!

Po raz kolejny kompletnie zaskakuje mnie fakt, jak szybko rozwija się moje dziecko.




Jakie to miłe, że internetowe gierki tak ochoczo informują człowieka o czynionych postępach. W przeciwieństwie do Matki Natury. Aż by się prosiło, żeby nad dziecięcym łóżeczkiem pojawiał się podświetlony napis: Zdobyłeś następny poziom! Masz już sprawność Młodego Eksploratora Szuflad. Twoja umiejętność Chodzenia jest na poziomie Beginner.

Tymczasem postęp w rozwoju dziecka skrada sie niczym termin składania PITów. Niby z dnia na dzień nic się nie dzieje, ale kiedy tylko na chwilę przestajesz o tym myśleć, biegnie do przodu, by zaskoczyć cię w najmniej spodziewanej chwili, bez kompletu niezbędnych dokumentów i  z wieszającym się serwerem US.

Pewnego dnia chcesz dojeść w spokoju kanapkę z samymi niedzieciowymi składnikami, posmarowaną glutaminianem potasu i posypaną benzoesanem sodu. Dajesz więc dziecku do rączki wafelka orkiszowego. Z nadzieją, że jak zawsze, dziecko odpełznie w swoją stronę, rozprowadzając kawałki po całym dywanie (ku uciesze kotów, którym mąż wydziela racje żywnościowe, więc orkisz zaczyna wyglądać dla nich coraz atrakcyjniej). A tymczasem dziecko wyciąga rączkę z wafelkiem w twoją stronę, altruistycznie chcąc się podzielić.
Później chętnie podzieli się z tobą również plastikową rurką i szczotką do włosów. Tak w ramach deseru. No, głupio ci już, że zatrzymałeś cały glutaminian dla siebie?

A potem przychodzi jeszcze większy szok. Wracacie ze spaceru. Ściągasz z dziecka piętnaście warstw kombinezonów, czapek i bucików, a tej Wij się okrutnie wije. Nagle wyrywa się na wolność i pędzi na czterech łapkach, bo oto wypatrzyła szalenie interesujący patyk na podłodze. Dotąd trzeba było się nakombinować, jak dyskretnie ściągnąć ją z kolan, jednocześnie posyłając namiętne spojrzenia w stronę czajnika i herbatki. A teraz po prostu czujesz, jak metaforyczna pępowina przerywa się wraz z uciekającym dzieckiem.

Odkryłam też, że nie każde plucie obiadem niesie za sobą ten sam przekaz. Czasem chodzi o to, że matka naprawdę nie umie gotować. Ale czasem o to, żeby sobie obejrzeć wyplute risotto dyniowe, podotykać i ziarenko po ziarenku zapakować z powrotem do buzi.
Żegnajcie słoiczki. Gotuję znów.

sobota, 17 grudnia 2016

41. Perfekcja

Jak zwykle, widzę problemy tam, gdzie ich nie ma.




Nadchodzą Święta, a jak wiadomo, Święta jak każda rodzinna impreza to doskonała okazja do oceniania wszelkich aspektów życia współbiesiadników. Ciepłe, rodzinne ewaluacje nigdy nie smakują tak jak przy śledzikach i bigosie.

U mnie w rodzinie to jeszcze pół biedy. Każdy coś tam przeskrobał. Ta nie karmi piersią. Ten ożenił się z kobietą, która nie karmi piersią. Ta karmi piersią za długo. Ten w ogóle nie posiada dzieci, które możnaby karmić piersią.
Mój młody Chrabąszcz z Gromady Ssaków ciumka przepisowo, także gremium rodzinne nie ma się do czego przyczepić.

Ale Święta spędzamy z rodziną mojego męża, a tak się przypadkiem składa, że ich grono oświetla i opromienia swą cudowną osobą Pani Chodząca Perfekcja. Nieskazitelna i doskonała w każdej dziedzinie życia, z kuchnią na czele. Jedno dziecię ma w wieku wczesnoprzedszkolnym, drugie w drodze, jest więc na bieżąco z wszelkimi nowoczesnymi trendami w zakresie wychowania. Jak kretyńskie by nie były. Z żywienia niemowląt mogłaby już właściwie zrobić doktorat, ale nie ma czasu, bo całymi dniami gotuje wartościowe i zbilansowane posiłki dla całej rodziny.

W ogóle to jedna z tych osób, która zawsze nosi uprasowane ubrania, wyprostowane włosy i pełny makijaż, a mieszkanie urządza w stylu scandinavian z konsekwencją większą, niż najbardziej zdeterminowany dizajner zza koła podbiegunowego.

Ocieka perfekcyjnością. A z racji dziecka o całą epokę starszego od naszego Karaluszka, ma podstawy, by uchodzić za alfę i omegę chowu robaczków. Prędzej czy później usłyszę, że cośtam robiła inaczej, a w tym wieku jej dziecię jadło już samo nożem i widelcem komosę ryżową z pak choi i pleśniowym serem. Jak dobra rada nie wyjdzie od niej samej, to od teściowej, która ma najczystsze, najszczersze intencje (bez sarkazmu) i chce tylko pomóc. Przyjacielskim klepnięciem w ramię spychając mnie w przepaść użalania się nad własną beznadziejnością.

I co cię to obchodzi? - pyta mój wewnętrzny głos rozsądku. Pozwól jej pławić się w swojej doskonałości. Koty świadkami, że masz o wiele więcej radości wcinając z mężem muffiny kokosowe o północy, po tym jak położycie spać swoje niesubordynowane dziecko o wiele za późno.

Obchodzi mnie, bo jestem rasową babą. Mam kompleksy, które czule pielęgnuję. Mam poczucie niższości wyhodowane w dzieciństwie i nie dam mu umrzeć. Potrzebuję choć namiastki sajkodrama, by żyć. Gdy nie narzekam, mój dzień jest stracony. I nie mam o czym pisać na moim anty-parentingowym blogu.

Teraz o 2 w bezsenne noce myślę nad ripostą ostrą jak skalpel chirurgiczny. Wiadomo, że o tej porze latają w powietrzu jak nietoperze. Zwykle co prawda po fakcie, a nie przed, ale zawsze warto spróbować. Jak coś wymyślę, to dam znać.

czwartek, 15 grudnia 2016

40. Mąż

Dziś, dla odmiany od Robaczka, będzie o najlepszym z mężów.




Mój mąż jest niesamowicie przystojny. I mam na to papier. Wybrał się ostatnio na USG brzucha i wrócił stamtąd z medycznym opisem, który podsunął mi do przeczytania. Opis nie pozostawia wątpliwości; jego narządy wewnętrzne są nie tylko bez skazy, ale jeszcze na dodatek pięknie rozmieszczone, wszystko jest prawidłowe, niczym pędzlem Stwórcy namalowane, nerki mają idealny kształt i rozmiar itp., itd. Serio, jeśli ktoś się czuje niedowartościowany, powinien pójść na takie badanie. Albo poprawi sobie humor, albo dowie się, że ma prawdziwy problem do martwienia się, a nie jakieś tam głupie kompleksy. Single powinni regularnie robić takie badania i potem wymieniać je na trzeciej czy czwartej randce, żeby stwierdzić, czy aby na pewno grają w tej samej lidze.

Inna sprawa, że gdyby mi powiedział, że na tym zdjęciu USG znajduje się kobieca macica i rozwija się w niej płód, to nawet potrafiłabym pokazać główkę, a jakbym się dobrze przyjrzała, to i nosek, i rączki bym znalazła.

Atrakcyjne nerki i przystojna trzustka to jedno, ale najbardziej ujmuje mnie to, jak o mnie dba. Piecze sam (!) najlepsze na świecie muffinki, które są tak dobre, że nie mogłabym się im oprzeć, nawet gdybym próbowała (nie próbuję). Całe to mieszanie, odważanie i ubijanie po to, żebym miała nieustający powód do biegania. I jednocześnie żeby podczas tego biegania mnie wiatr nie porwał, albo czarna wołga. Jak on o mnie myśli!

Posiada też umiejętność, która czyni z niego fantastycznego ojca. Mianowicie potrafi przenieść śpiącego Karaluszka z punktu A do punktu B, gdzie punkt A to nasze łóżko, a punkt B to łóżeczko Karaluszkowe, nie uruchamiając przy tym syreny alarmowej, jaką jest Karaluszkowa paszcza. Ja stoję w tym czasie w pokoju obok, oddycham głęboko i popijam ziółka na uspokojenie, bo jakby nie patrzeć, wysłałam właśnie męża-sapera na pole minowe. A jak Karaluszek się jednak obudzi, to mój mąż będzie tak długo głaskał po pleckach i śpiewał Kotki dwa, aż nawet dziecko się podda i padnie.

Nie mogłam trafić lepiej, o!

poniedziałek, 12 grudnia 2016

39. Dziadkowie

O tym, jak ważni w życiu małego Robaczka są dziadkowie.



Spędziłyśmy z Robaczkiem tydzień u moich rodziców. Wzięłam ze sobą laptopa z postanowieniem regularnego dodawania wpisów na bloga, skończenia 5 kursów online projektowania stron, a w wolnych chwilach napisania 7-tomowej powieści osadzonej w XIX-wiecznej Ameryce Łacińskiej (Antonio, facaldo!). Tylko nie wzięłam zasilacza.

Szczęśliwy dziadek uzyskał sprawność Ekspresowego Usypiacza Dzieci, zwanego też Zaklinaczem Niemowląt. Miał dwie taktyki. Pierwsza, na Kaszpirowskiego - patrzył głęboko w oczy i liczył adin, dwa, tri... Druga - na Wojtusia. Brał na ręce i kołysał w takt Na Wojtusia z popielnika, aż padło.
Druga metoda zdecydowanie bardziej skuteczna.

Swoją drogą, pół dzieciństwa zastanawiałam się co to jest popielnik. Szczęśliwe dziecko centralnego ogrzewania.

Moja mama zaś awansowała jeszcze wyżej, bo bezdyskusyjnie została okrzyknięta przez Robaczka największą miłością 10-miesięcznego życia. Dosłownie. Okrzyknięta.

Jakkolwiek moja córka bardzo doceniała bufet mleczny, to serce jej, o wyciągniętych rączkach nie wspominając, rwało się do babci. Ogrom uczuć podkreślał radosny pisk. Nie mogę nawet powiedzieć, żebym była z tego powodu szczególnie nieszczęśliwa. Bo jest to dowód na to, w co wszyscy chcemy wierzyć - że karma działa i wraca jak bumerang. Albo jak smsowy łańcuszek "wyślij do 10 przyjaciół albo umrzesz na raka a twoje truchło będą dziobać kruki".

Czemu karma? Bo 20-kilka lat temu, no dobrze, 20-dużo lat temu, ja dokładnie tak samo zachowywałam się w stosunku do siostry mojej mamy. To teraz mam.

Ostatecznie też zostałam Matką Słoiczkową. Ponieważ istnieje ograniczona ilość razy, kiedy mogę znieść plucie gotowanym przeze mnie z miłością i poświęceniem obiadem. Jak paskudny by nie był, obiektywnie patrząc.

Słoiczkami ten mały Skubaniec pluje trochę mniej. A nawet jak już pluje, to żeby sobie obejrzeć, podotykać paluszkami i zapakować z powrotem do paszczy.

Tyle u nas.

sobota, 3 grudnia 2016

38. Śnieg

Oda do radości z powodu pierwszych poważnych opadów śniegu.




Ach śnieg, jak miło, pomyślałam wczoraj wieczorem, kładąc się o wiele za późno spać. Jak miło wyjrzeć przez okno, za którym chociaż raz jest ładnie. Jak miło wpuścić dwa mokre, zmarznięte koty z balkonu. Jak miło umościć się w wygrzanej pościeli.

Dzisiaj było mniej miło. Zaczęła się moja pierwsza zima jako matki, czy też - jako woła pociągowego pchającego wózek. Niestety, podczas zakupu tego dwuśladu nie zapytałam, czy w komplecie są płozy.

O ile przy prywatnych posesjach chodniki są jeszcze jako tako odśnieżone - właściciele pewnie obawiają się pozwów za złamane nogi - o tyle chodniki "niczyje" we Wsi Warszawa to jedna długa ślizgawka. Miasto przeprowadziło pewnie kalkulacje, że te kilka odszkodowań i tak wyniesie mniej, niż zatrudnienie armii odśnieżaczy.

Jeśli chodzi o stan chodników, Zarząd Oczyszczania Miasta jest niczym japoński emeryt kontemplujący płatki kwiatów wiśni, opadające majestatycznie z drzew. Siedzi i obserwuje piękno przemijającego sezonu, wiedząc, że nieuchronnie przyjdzie kolejny. W tym wypadku - wiosna, kiedy cały śnieg z chodników i tak się roztopi.

Do tego muszę się jeszcze po tych chodnikach skradać niczym po polu minowym, nie wiedząc kiedy zostanę ochlapana fontanną brunatnego błota, od pompona na czapce po podeszwy butów. Nie wystarczy już, że przed każdym spacerem muszę przeprowadzić procedurę pakowania wszystkich odnóży małego Wija w różowy (a jak) kombinezon (z kokardkami!). Teraz muszę jeszcze zacząć nakładać na wózek folię ochronną. I wykombinować jakąś folię dla siebie.

Dodajmy do tego jeszcze mały potop dzień w dzień, spływający z wózka i butów. Niemiłosiernie tłukące się koty, którym nagle ktoś zmniejszył powierzchnię życiową i na dodatek zabrał telewizję*. Trasę mojego biegania, która nagle zmieniła się w tór przeszkód - skok nad błotem, poślizg na lodzie, naokoło zaspy i kic prosto w kałużę, która po ciemku do złudzenia wyglądała jak asfalt.

A to dopiero początek grudnia.

Kiedyś naprawdę lubiłam zimę.

__________
*Nie mogą wyjść na balkon i gapić się godzinami na ptaszki w karmniku sąsiadki z parteru.