wtorek, 8 listopada 2016

34. Pytanka

Wyruszam na kolejną bezcelową krucjatę.




"Każdego dzioneczka jeżdżę z moją mamunią na spacerek w moim wózeczku, ubrana w kombinezonik i różowiusią czapeczkę z pomponikami. W warzywniaczku kupujemy pyszniutkie jabłuszeczka, chodzimy też do urzędziku pocztusiowego odbierać paczuszki z Chińskiej Republiczki Ludeczkowej, albo ponaglonka i wezwanka do zapłatusi, gdy rodzice zwlekają z rachuneczkami".

Zawsze się zastanawiałam, dlaczego mówiąc do dzieci, dorośli wszystko zdrabniają? OK, łyżka do karmienia jest mała, niech więc zostanie łyżeczką. Bucik, kocyk - w tym ewentualnie jeszcze widzę sens. No i wiadomo, nie będę nazywać dziecka Larwą, Karaluchem czy Robakiem, bo to już brzmi, jakby było istotą cokolwiek w domu niepożądaną (a tak nie jest!).

Ale dlaczego WSZYSTKO? Dlaczego 100-letni dąb to drzewko? Dlaczego dobrze wykarmiony Maine Coon to kotek? Dlaczego burzowy cumulonimbus to chmurka? Dlaczego Airbus A380 to samolocik? Dlaczego mleczko, jeśli jest w formie płynnej, a nie pianki z czekoladą naokoło?

To, że mój instynkt macierzyński posiada pewne poważne dysfunkcje, ustaliłam już jakiś czas temu. Rozumiem, że nie wszyscy rodzice dostają białej gorączki, jak widzą więcej niż jedno zdrobnienie w zdaniu. Ale jaki jest w tym sens, ja pytam?

Czy wzbogacanie naszego już i tak skomplikowanego języka w cały wachlarz nowych końcówek ma w jakiś pokrętny sposób ułatwić naukę mówienia? Czy ma sprawić, że szary brudny świat, na który siłą została ściągnięta ta nowa istota, ma się wydać przyjaźniejszy? A może chodzi o to, żeby wszystko się rymowało, a nasze życie wierszem było pisane? Robaczek-kozaczek, karaluszek-kwiatuszek, larweczka-pałeczka.

Skłamałabym mówiąc, że jestem bez winy. Udzieliła mi się ta mania zdrabniania. Ale walczę i walczyć będę. Za 18 lat maluszek Karaluszek powie mi, jak bardzo ma przez to skrzywioną psychikę.

PS Myślę, że zgodzicie się ze mną, że lepiej dać dziecku do picia zwykłą wodę niż najlepszą nawet wódeczkę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz