czwartek, 3 listopada 2016

33. Kreatywne zabawy

Poradnik przetrwania dla wyrodnych rodziców.




Znacie ten typ. Po macierzyńskim nie wróciła do pracy nie z czystego lenistwa, jak byłoby w moim przypadku, ale dlatego, że dobra swojego dziecka jest skłonna zrobić wszystko, również zrezygnować z oszałamiającej kariery. A ktoś przecież musiał kreatywnie pokierować jego rozwojem intelektualno-emocjonalnym. Bawi się z dzieckiem piaskiem kinetycznym, czyta książeczki o tolerancji polecane przez śmietankę blogerów parentingowych, a w wolnych chwilach sama robi zabawki zgodne z zasadami montessori.

To nie ja.

Szukanie nowych zabawek wygląda u mnie mniej więcej tak, że otwieram kuchenną szufladę, w której mieści się większość naszego kulinarnego ekwipunku (jeszcze raz: mamy małą kuchnię), biore jakiś przedmiot i zadaję sobie 3 pytania:
1) Czy dziecko może to połknąć lub się udławić? (mądrość zaczerpnięta z metek, jakże często lekceważonych!),
2) Czy dziecko może sobie tym wydłubać oko? (mądrość zaczerpnięta z niezapomnianego odcinka Happy Tree Friends z lizakiem),
3) Czy dziecko może się tym skaleczyć? (to już mój własny zdrowy rozsądek).
Rozważam jeszcze dodanie pytania o możliwość wybicia zębów danym przedmiotem, bo jak posiada się tylko cztery, to trzeba je szanować.

Pamiętam czasy, kiedy nie chciałam jej dawać pilota od telewizora, myszki albo kabla USB, bo raz, że to siedlisko bakterii, a dwa, że stwarza niebezpieczny precedens. A potem odkryłam, ile za te przedmioty można kupić czasu. Nawet całe 15 minut świętego spokoju! Żeby nie było, że stoczyłam się już na samo dno wyrodnego macierzyństwa, to chociaż wyjmuję baterie.

Nikt nie może mi też zarzucić, że nie bawię się z dzieckiem. Bawię się, a jakże. Mamy dwie ulubione zabawy. Wybór jednej z nich zależy od tego, czy danego dnia wypiłam kawę, czy nie.

Jeśli odpowiedź brzmi: TAK, bawimy się w Entropię. Zabawa wygląda mniej więcej tak, że ja układam wszystkie zabawki z pieczołowitością kogoś silnie cierpiącego na nerwicę natręctw, a Robaczek jest uosobieniem siły entropii. Czyli bierze i rozwala.

Jeśli odpowiedź brzmi: NIE, bawimy się w Cmentarz. Ja leżę i udaję trupa, a Robaczek to już sobie żywnie robi, co chce, tak żeby pobudzić jej kreatywność. Zabawa jest trudniejsza niż myślicie, bo z jednej strony muszę być czujna na to, co Robaczek własnie próbuje zjeść (wszystko, a najchętniej kocie futro), a z drugiej - za wszelką cenę nie mogę nawiązywać kontaktu wzrokowego. No bo nawiązanie kontaktu wzrokowego to zaproszenie do interakcji, a przecież nie tego oczekujemy od zwłok.

Nigdy nie twierdziłam, że jestem dobrym materiałem na matkę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz