czwartek, 3 listopada 2016

32. Życzenie

O przewrotności losu i domowych sposobach na obrażenia ciała.




Los, przeznaczenie czy jak tego nie nazwać, to jest taki stary, zgryźliwy tetryk, który siedzi w szafie albo pod łóżkiem, słucha co mówisz a nawet co myślisz i zastanawia się, jak odwrócić kota ogonem.

Ostatnio postanowiliśmy rozmrozić zamrażarkę, bo nastała tam już mała epoka lodowcowa, niektórych strategicznych szuflad nie da się otworzyć, a jeśli się otworzy, to już na pewno się nie zamknie. Ale słabo mi szło to rozmrażanie. Zamiast sukcesywnie zużywać zapasy, wystarczające na ewentualność wojny atomowej (lub długiego weekendu listopadowego, bo to przecież to samo), raczej dorzucałam nowe rzeczy.

I co? I problem się oczywiście sam rozwiązał. Paskudnie oparzyłam się parą znad czajnika. Mąż troskliwie przywiązywał mi do ręki coraz to nowe zapasy z dna zamrażarki: a to chleb pszenno-żytni, a to koktajl jarmużowy, a to pakiet otrębusków. Zanim wyczerpaliśmy całe zapasy, oparzenie przestało boleć, ale krok w dobrą stronę został poczyniony.

Ale to jeszcze nic. Najlepiej urządziłam się na okoliczność ciąży. Zawsze mówiłam, że jakbym przypadkiem zaszła w ciążę, to nie chciałabym rozrosnąć się w płetwala błękitnego, tylko tak zgrabnie, ze smakiem zaokrąglić brzuszek. I żeby po porodzie od razu wyglądać dobrze, a co!

Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem, pomyślał stary zgryźliwy tetryk siedzący w szafie zwany losem. Jako że przez pierwsze pół roku utrzymywanie zgrabnej sylwetki szło mi raczej słabo, nie z moją dyskretną tendencją do chowania czekolady we wszystkich zakamarkach domu, postanowił mi pomóc. I zesłał mi cukrzycę ciążową.

I oto ja, kobieta, która w życiu nie spędziła całego jednego dnia na diecie, bo zwykle rezygnowała gdzieś w okolicy drugiego śniadania, musiałam wytrzymać prawie 3 miesiące wydzielając sobie plasterki chleba żytniego. Kupowałam niekrojony, bo sama piłowałam go dużo cieniej. Jabłka mogłam zjeść na raz pół, bo potem skakał mi już cukier. Cholerna marchewka była owocem zakazanym. Spędziliśmy z mężem ten czas radośnie grillując cukinię, bakłażana i pieczarki.

Życzenie się spełniło. Tydzień po porodzie ważyłam dokładnie tyle, ile przed zajściem w ciążę. I wyglądałam lepiej, bo urosły mi cycki, ach błogosławieństwo laktacji.

Na szczęście cukrzyca ciążowa opornie, bo opornie, ale się cofnęła. I jak łatwo przewidzieć, od tamtej pory nadrabiam zaległości. Ale teraz na wszelki wypadek trzy razy się zastanowię, zanim wypowiem życzenie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz