niedziela, 30 października 2016

31. Bez konserwantów

O tym, ile warty jest trud matki pragnącej zdrowo żywić swoje dziecko.




Temat karmienia dziecka pożywieniem pozacyckowym zawsze był dla mnie stresujący. Jak karmić, żeby jadło, nie padło i nie wygarnęło wszystkich pretensji za 18 lat?

Na dość wczesnym etapie dołączyłam nawet do stosownej grupy na facebooku, choć intuicja podpowiadała mi, że to raczej karkołomny krok. Ale tak jak mój kot nie może powstrzymać się od podskubywania draceny, chociaż wie, że dostanie za to po grzbiecie, tak ja nie mogłam powstrzymać się od kliknięcia w tę grupę. To nieubłagana siła autodestrukcji, która zaślepia zdrowy rozsądek.

A tam, na grupie już czekały matki mililitrowe, zatroskane, z wagą w ręku niczym Temida, wymieniające się informacjami ile i o której godzinie ich dziecko zjadło jarzynowe purée. Na zdjęciach widniały całe rzędy słoiczków z pieczołowicie wypisanymi metkami takimi jak "soczewica z nutką pomidora" czy "batat z południowych stoków zapieczony z pęczkiem świeżych ziół", bo matka wyjeżdża na urlop, a przecież kupnymi słoiczkami karmić dziecka nie będzie, nie po to dziecko urodziła, żeby je zaniedbywać. Na zadane pytanie, jak to robią, że z 6-miesięcznym dzieckiem codziennie same pieką chleb, odpowiadają, że bardzo prosto, po prostu wstają przed dzieckiem, pieką i jeszcze podłogę i okna zdążą umyć.

Troszkę, troszeczkę się załamałam, bo u nas na oknach gruba warstwa kurzu, chleb 3 dni wcześniej kupiony w spożywczaku osiedlowym ani chybi z polepszaczami i spulchniaczami, a na wyjazd przygotowane fast foody, czytaj słoiczki kupne. W ogóle to gotowanie za bardzo mi nie szło. A jak już coś ugotowałam, to się doczytałam, że jednak lepiej jechać na słoiczkach, bo w sklepowych warzywach i owocach pestycydów więcej niż miąższu. I jak nie są zebrane własnoręcznie złotym sierpem w blasku księżyca z ogrodu na obszarze Natura 2000, to lepiej dziecku nie dawać.

Wyłączyłam powiadomienia z grupy. Życie od razu stało się lepsze. Gotuję papki warzywno-mięsne, a Chrabąszczyk wcina aż miło. Poszłam nawet krok dalej i co rano gotuję owsiankę albo jaglankę z owocami, której potem sama zjadam 90%. Ciekawe tylko kiedy zacznie do Karaluszka docierać, że ja do tych moich 90% dorzucam sobie jeszcze szczodrze rodzynki i syrop klonowy.

A szał na bio-eko? Mogę sobie kupować kurczaka zagrodowego, przywozić jajka i ziemniaki od prababci i buszować po sklepach ze zdrową żywnością. A potem Chrabąszczyk podejdzie do stołu i swoimi czterema zębiskami obgryzie kawał okleiny z brzegu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz