poniedziałek, 17 października 2016

27. Odkurzacz

Czasem przydarza się taki dzień, kiedy człowiek chciałby wyrazić swoją frustrację w sposób głośny, zwerbalizowany i niekoniecznie cenzuralny.




Ot, na przykład, sięgam na górną półkę w kuchni po amarantus ekspandowany. Zastanawiacie się może, co to jest amarantus ekspandowany. To taki jadalny styropian, który sprawia, że twój poranny jogurt jest w zgodzie z najnowszymi trendami i nie musi się wstydzić przed modnymi fit śniadaniami twoich modnych fit znajomych. No więc sięgam po ten amarantus i strącam moją bardzo niemodną kaszkę, bo ekspresową i produkowaną przez globalny koncern. I ta kaszka śmieje mi się w twarz, że próbowałam zrobić dziecku zdrowy posiłek, śmieje się i pokrywa śnieżną warstwą pół kuchni (bo to bardzo mała kuchnia). Chwytam za odkurzacz i próbuję odkurzyć, ale nic z tego, bo podłoga była mokra bo ścieraniu czegoś, co wysypałam 2 minuty wcześniej. Ekspresowa kaszka zdążyła już się przyrządzić.

Zanim zdążę chwycić za mopa, odkrywam, że w heroicznym błyskawicznym chwycie za odkurzacz popełniłam jeden błąd. Mianowicie wyciągnęłam za dużo kabla, który wytaplał się w świeżo natłuszczonej patelni żeliwnej i ciągnie się teraz po tym kawałku podłogi, który nie jest w kaszce. Patelnia żeliwna leży na podłodze, bo mamy tak małą kuchnię, że chwilowo nie mieściła się nigdzie indziej. A służy do przygotowywania steków, które śmiałyby się z mojego amarantusa głośniej niż ekspresowa kaszka.

Skoro już odkurzam, siejąc drugą ręką zniszczenie, to postanawiam przejechać jeszcze dywan. Od wczorajszego wieczora z moich kotów spadło tyle futra, że muszę sprawdzić, czy coś na biednych stworzeniach jeszcze zostało. Odkurzam sobie to futro i nagle hrrrmpfff! Wciągnęłam dziecięcą puchatą różową skarpetkę frotte ze stoperami, nówka sztuka, świeżo kupiona przez babcię. Także gdy już umyję podłogę z kaszki i tłuszczowych bohomazów, chwytam za szczypce kuchenne i grzebię nimi w worku odkurzacza. Bo przecież niesparowana skarpetka to horror.

A potem rozmawiam z moim mężem, który ma trochę jakby podobnie, tylko że przydarzył mu się nie jeden dzień, ale przynajmniej dobry rok. I nie w kuchni, tylko w życiu zawodowym. Totalny burdel. Łańcuch zbiegów okoliczności, które doprowadzają człowieka na skraj szaleństwa, a potem sprawdzają co będzie, jak pacną go delikatnie opuszkiem palca w kierunku przepaści. I tak sobie myślę, że dobrze mi z moimi małymi problemami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz