środa, 14 września 2016

21. Morze

O wypoczynku nad morzem.




Jesteśmy nad morzem. Mąż służbowo, organizator cyklicznego eventu, jest w pracy tak mniej więcej 36 do max 48 godzin na dobę. Rok temu udało nam się pójść na cały jeden spacer plażą. O godzinie 23. Ostatniego dnia. Hotel leży od plaży jakieś 50 m.
Ja jestem tu czysto rekreacyjnie. Rekreacyjnie czyli całodobowa jednoosobowa opieka nad dzieckiem, która, jak powszechnie wiadomo, jest rozrywką w najczystszej postaci.

Kupiłam świeżo wyciskany sok pomarańczowy na promenadzie. Wnioskując po cenie, były to ostatnie kilka sztuk pomarańczy, jakie w ogóle zostały na świecie. A sady pomarańczowe zeżarła szarańcza. Pan Wyciskacz zabawiał mnie rozmową o dzieciach dwujęzycznych. Był to jedyny dialog z dorosłą osobą, jaki przeprowadziłam przez ostatnie 2 dni. Czemu, ach czemu o dzieciach?

Wyjaśnijmy sobie jedno: nie jestem wielkim fanem polskich plaż latem. Ta miejscowa przeżywa na dodatek inwazję niemieckich emerytów i rencistów. Chociaż nie powiem, żeby robiło mi to dużą różnicę. Jestem sprawiedliwa i tolerancyjna. Nad morzem nie cierpię wszystkich ludzi, bez względu na narodowość, wiek, płeć i religię.
Ludzie to jedno, a do tego wszędzie jest ten cholery piasek. Na kocu piasek, w bucie piasek, we włosach piasek, w staniku piasek, w kanapce piasek. A jak człowiek kupi lody, sok i pizzę, to w portfelu też głównie piasek.

Chrabąszczyk wolny jest od moich uprzedzeń. Radośnie zaczepia wszystkie niemieckie babcie. Gdybyśmy posiedziały tu dłużej, rozumiałaby niemiecki lepiej ode mnie.
No i ten nieszczęsny piasek. Piasek jest fascynujący. Bierze go do ręki, a piasek się wysypuje. Bierze jeszcze raz, a on znowu. I jeszcze raz. I jeszcze jeden. Potem próbuje go zjeść, bo dietę przecież trzeba poszerzać.
Śmiga po plaży niczym rasowy sandworm. A ja w pogoni za nią. Zastanawiam się tylko, kiedy gwizdną nam torbę z wózka.

Patrzę na tę nieskrępowaną radość i jakby trochę bardziej lubię polską plażę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz