wtorek, 6 września 2016

20. Ciśnienie

O tym jak turystyka wycisza i uspokaja.




Moja mama ma skłonności do niskiego ciśnienia - 50/80 to u niej taki standard, dzień jak co dzień, oddychamy i mamy się dobrze. Ja częściowo odziedziczyłam tę tendencję po niej. Na szczęście w chwilach kryzysu mój mąż stara się jak może, żeby mi to ciśnienie podnieść.

Wyjeżdżamy nad morze. Mąż służbowo, ja "rekreacyjnie", czyli że całodobowa opieka nad Karaluszkiem tylko w moich rękach. Nadciągające pakowanie wywołuje u mnie przelotne dreszcze już od tygodnia. A do wyjazdu jeszcze kilka dni. Atmosferę podgrzewa fakt, że do naszej polówki się nie zmieścimy, chyba, że nauczymy się zaginać czasoprzestrzeń. Wózek i większość klamotów ma nam zabrać teść.

Spokojne niedzielne popołudnie. Mąż pojechał pozałatwiać parę rzeczy, a konkretnie to wywieźć z domu kilka gratów, bo znów się o wszystko potykamy. Ja wsadziłam małego Żuczka do nosidła i próbuję przygotować obiad. Mały Żuczek wije się bardziej jak gąsiennica niż cokolwiek z rzędu chrząszczy, tak bardzo chce zobaczyć, co robię. A jak zobaczyć, to dotknąć. A jak dotknąć, to posmakować.

Nagle mąż dzwoni, bo właśnie mu się przypomniało, że za półtorej godziny wpadnie teść, żeby zabrać już nasze bagaże, bo do końca tygodnia nie będzie miał już czasu. Ale że mam się absolutnie nie przejmować, bo on sam za godzinę wróci, zajmie się Karaluszkiem, żebym mogła na spokojnie się spakować.

ARGH###! Czy to nie cudowne, zajmie się Karaluszkiem. Żebym mogła się spakować. I Karaluszka. W pół godziny. Prania nie porobione, bo czekam żeby wrzucić wszystko hurtem. Zastępczy wózek przyjedzie dopiero w czwartek. Zastępczych zabawek, ubranek, kocyków, wszelakich akcesoriów do obróbki dziecka nie ma i nie będzie. Moja własna garderoba wymaga długiej i spokojnej kontemplacji połączonej ze sprawdzaniem, w co się jeszcze mieszczę, a w co już nie. Posiłki Żuczkowi trzeba zaplanować i pół kuchni spakować, bo gdzie jak gdzie, ale w Świnoujściu na pewno żywią się tylko wodą morską i piaskiem.

Już, już miałam oświadczyć, że dziękuję, nigdzie nie jadę i obiadu też nie ugotuję, bo ogarnęła mnie czarna rozpacz, ale pod wpływem mojego leciutkiego, subtelnego narzekania zmienił zdanie i umówił z teściem na koniec tygodnia.

Ale mikrozawał był.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz