wtorek, 27 września 2016

23. Polish dream

Tym razem wylewam moje frustracje związane z powrotem do Warszawy.




Obudziliśmy się wczoraj oboje z podobnymi objawami: mdłości, dreszcze, lekka gorączka i brak sił żeby wstać z łóżka. Diagnoza była łatwa: reakcja obronna organizmu na zbliżającą się konieczność powrotu do miasta stołecznego.

Jako osoba zawsze chętna by podzielić się radościami swego życia, zadałam mojej mamie pytanie:
- Czemu nas tak pokarało, za jakie grzechy musimy mieszkać w Warszawie?
Moja mama, która z kolei znana jest ze swego talentu do podnoszenia na duchu, odpowiedziała:
- Nam się tu podoba. No ale zobacz, gdzie my mieszkamy, a gdzie wy.
No tak. Czyli musimy tylko 15-20 lat brnąć po pachy w kupie i kto wie, może będzie trochę lepiej.

Oto jest polish dream na miarę naszych możliwości - zagryź zęby i tyraj przez pół życia, zwabiony złudną obietnicą świetlanej przyszłości.
Nie chcemy tak żyć.

Toteż postanowiliśmy przenieść się do rodzinnego miasta mojego męża. Jeśli nie jest to kraina miodem i mlekiem płynąca, to chociaż taka, gdzie ceny za metr są znacząco niższe, poranne korki mimo wszystko krótsze a klimat łagodniejszy. To już i tak +200 do jakości życia.

Pracy nie szukałam już ze dwa lata, ale zawsze była to niezła rozrywka. Weszłam ochoczo na jeden z portali z ofertami pracy i... Zawahałam się. Co ja właściwie mam wpisać w okienko? "Pracownik od wszystkiego i od niczego, posiadający szeroki wachlarz niesprecyzowanych i niepotwierdzonych umiejętności o nieokreślonym profilu" nie zmieściło się. I dałoby wątpliwe wyniki wyszukiwania.

I przyszła mi wtedy na myśl fraza zakazana, fraza, Której Nie wolno Wymawiać. Alter ego szatana. Przekleństwo gorsze niż "obyś żył w ciekawych czasach", "avada kedavra" i "opryszczka narządów płciowych". Coś, czym zajmuję się całe moje zawodowe życie. OBSŁUGA KLIENTA.

Nie, pomyślałam sobie, piekło z mniejszymi korkami i niższą ceną za metr pozostanie piekłem. Trochę chłodniejszym, ale wciąż piekłem. Zaczęłam więc przeglądać wszystkie oferty jak leci.

A tam, no po prostu żyć nie umierać. Agent ubezpieczeniowy. Pracownik banku. Przedstawiciel handlowy. Do tego ostatniego prawo jazdy kat. B jako warunek niezbędny, całe szczęście nie posiadam, bo nie wiem, jakbym sobie poradziła z tak szerokim wyborem ścieżki kariery. Klikam, klikam żeby przejść dalej. Niespodzianka - po kilku stronach koniec. No po prostu koniec, wszystko przejrzane. To jest dla mnie pewna nowość. W mieście stołecznym to zwykle ja rezygnowałam pierwsza, a nie wyszukiwarka.

Nasuwa się na myśl pytanie, czego ja właściwie oczekiwałam? Cholera, nie wiem. Pozostaje tylko zagryźć zęby i tyrać, świetlana przyszłość czeka za 20 lat.

środa, 21 września 2016

22. Bezsenność w Szczecinie

Wylewam moje frustracje związane z niedostatkiem snu.




Ostatnio przyszło mi na myśl - czy jesteśmy absolutnie pewni, że Krzyk Edvarda Muncha to naprawdę krzyk? Czy aby na pewno nie jest to ziewnięcie? Czy w ten pełen ekspresji sposób autor nie chciał przypadkiem oddać obezwładniającej potrzeby snu? Czy psychodeliczne kolory i formy nie są wyrazem jego bolesnego braku? Czy Edvard Munch miał dzieci?

Dawno, dawno temu, gdzieś tak w okolicach maja, były takie czasy, że Chrabąszczyk budził się kilka razy w nocy i domagał mlecznej przekąski. Tęsknię za tymi czasami.

Bo jeśli mały Żuczek budził się wielokrotnie, to znaczy, że chociaż spał w międzyczasie. Dziś potrafi obudzić się raz czy dwa. Na zegarku godzina taka, że w telewizji już chyba tylko pornole i Opowieści z krypty, a tu moja córka rozpoczyna imprezę na całego. Tańce, śpiewy, skakanie po łóżku (tak, można skakać na czworaka!). Mleko leje się strumieniami. Dziecko szaleje dalej.

Zgodnie z prastarą konwencją mój mąż mówi "ząbki", ja mówię "brzuszek". Gdyby wierzyć naszym diagnozom, do dzisiaj Karaluszek miałby już ze trzy garnitury zębów i nietolerancje pokarmowe na wszystkie białka, cukry, tłuszcze i monotlenek diwodoru.

Na argument: a na zdjęciach taka spokojna, odpowiadam: bo Chrabąszczyk marudzi w nocy, kiedy jest ciemno i zdjęć się nie robi. Sprytu dziewczynie nie można odmówić.

Dawno, dawno temu, czyli w maju, mówiłam, że drugie dziecko brałabym tylko pod uwagę, gdyby było nas stać na większe mieszkanie. Pińcet plus raczej mnie nie przekonywało. Dzisiaj mówię: drugie dziecko tylko pod warunkiem, że będzie nas stać na pełnoetatową nianię w komplecie... Albo ze dwie.

środa, 14 września 2016

21. Morze

O wypoczynku nad morzem.




Jesteśmy nad morzem. Mąż służbowo, organizator cyklicznego eventu, jest w pracy tak mniej więcej 36 do max 48 godzin na dobę. Rok temu udało nam się pójść na cały jeden spacer plażą. O godzinie 23. Ostatniego dnia. Hotel leży od plaży jakieś 50 m.
Ja jestem tu czysto rekreacyjnie. Rekreacyjnie czyli całodobowa jednoosobowa opieka nad dzieckiem, która, jak powszechnie wiadomo, jest rozrywką w najczystszej postaci.

Kupiłam świeżo wyciskany sok pomarańczowy na promenadzie. Wnioskując po cenie, były to ostatnie kilka sztuk pomarańczy, jakie w ogóle zostały na świecie. A sady pomarańczowe zeżarła szarańcza. Pan Wyciskacz zabawiał mnie rozmową o dzieciach dwujęzycznych. Był to jedyny dialog z dorosłą osobą, jaki przeprowadziłam przez ostatnie 2 dni. Czemu, ach czemu o dzieciach?

Wyjaśnijmy sobie jedno: nie jestem wielkim fanem polskich plaż latem. Ta miejscowa przeżywa na dodatek inwazję niemieckich emerytów i rencistów. Chociaż nie powiem, żeby robiło mi to dużą różnicę. Jestem sprawiedliwa i tolerancyjna. Nad morzem nie cierpię wszystkich ludzi, bez względu na narodowość, wiek, płeć i religię.
Ludzie to jedno, a do tego wszędzie jest ten cholery piasek. Na kocu piasek, w bucie piasek, we włosach piasek, w staniku piasek, w kanapce piasek. A jak człowiek kupi lody, sok i pizzę, to w portfelu też głównie piasek.

Chrabąszczyk wolny jest od moich uprzedzeń. Radośnie zaczepia wszystkie niemieckie babcie. Gdybyśmy posiedziały tu dłużej, rozumiałaby niemiecki lepiej ode mnie.
No i ten nieszczęsny piasek. Piasek jest fascynujący. Bierze go do ręki, a piasek się wysypuje. Bierze jeszcze raz, a on znowu. I jeszcze raz. I jeszcze jeden. Potem próbuje go zjeść, bo dietę przecież trzeba poszerzać.
Śmiga po plaży niczym rasowy sandworm. A ja w pogoni za nią. Zastanawiam się tylko, kiedy gwizdną nam torbę z wózka.

Patrzę na tę nieskrępowaną radość i jakby trochę bardziej lubię polską plażę.

wtorek, 6 września 2016

20. Ciśnienie

O tym jak turystyka wycisza i uspokaja.




Moja mama ma skłonności do niskiego ciśnienia - 50/80 to u niej taki standard, dzień jak co dzień, oddychamy i mamy się dobrze. Ja częściowo odziedziczyłam tę tendencję po niej. Na szczęście w chwilach kryzysu mój mąż stara się jak może, żeby mi to ciśnienie podnieść.

Wyjeżdżamy nad morze. Mąż służbowo, ja "rekreacyjnie", czyli że całodobowa opieka nad Karaluszkiem tylko w moich rękach. Nadciągające pakowanie wywołuje u mnie przelotne dreszcze już od tygodnia. A do wyjazdu jeszcze kilka dni. Atmosferę podgrzewa fakt, że do naszej polówki się nie zmieścimy, chyba, że nauczymy się zaginać czasoprzestrzeń. Wózek i większość klamotów ma nam zabrać teść.

Spokojne niedzielne popołudnie. Mąż pojechał pozałatwiać parę rzeczy, a konkretnie to wywieźć z domu kilka gratów, bo znów się o wszystko potykamy. Ja wsadziłam małego Żuczka do nosidła i próbuję przygotować obiad. Mały Żuczek wije się bardziej jak gąsiennica niż cokolwiek z rzędu chrząszczy, tak bardzo chce zobaczyć, co robię. A jak zobaczyć, to dotknąć. A jak dotknąć, to posmakować.

Nagle mąż dzwoni, bo właśnie mu się przypomniało, że za półtorej godziny wpadnie teść, żeby zabrać już nasze bagaże, bo do końca tygodnia nie będzie miał już czasu. Ale że mam się absolutnie nie przejmować, bo on sam za godzinę wróci, zajmie się Karaluszkiem, żebym mogła na spokojnie się spakować.

ARGH###! Czy to nie cudowne, zajmie się Karaluszkiem. Żebym mogła się spakować. I Karaluszka. W pół godziny. Prania nie porobione, bo czekam żeby wrzucić wszystko hurtem. Zastępczy wózek przyjedzie dopiero w czwartek. Zastępczych zabawek, ubranek, kocyków, wszelakich akcesoriów do obróbki dziecka nie ma i nie będzie. Moja własna garderoba wymaga długiej i spokojnej kontemplacji połączonej ze sprawdzaniem, w co się jeszcze mieszczę, a w co już nie. Posiłki Żuczkowi trzeba zaplanować i pół kuchni spakować, bo gdzie jak gdzie, ale w Świnoujściu na pewno żywią się tylko wodą morską i piaskiem.

Już, już miałam oświadczyć, że dziękuję, nigdzie nie jadę i obiadu też nie ugotuję, bo ogarnęła mnie czarna rozpacz, ale pod wpływem mojego leciutkiego, subtelnego narzekania zmienił zdanie i umówił z teściem na koniec tygodnia.

Ale mikrozawał był.

sobota, 3 września 2016

19. Nostalgia

19 rzeczy, za którymi tęsknię.




1. Obiad w restauracji, gdy po 30 sekundach nie patrzę na kelnera złym wzrokiem - czemu on się tak grzebie, mam w wózku tykającą bombę zegarową, a schabowego trzeba dobrze przerzuć.

2. To ukojenie o 3 w nocy, które niesie za sobą świadomość, że jeśli nie uda mi się zasnąć, to przecież mogę wziąć jutro enżet.

3. Optymistyczne podejście do podróży - co prawda w tym roku zupełnie nam nie wyszło, ale za to w następnym każdy weekend spędzimy w innym mieście.

4. Rozpuszczenie włosów bez ryzyka oskalpowania.

5. Możliwość załatwienia potrzeb fizjologicznych bez konieczności wcześniejszego zakucia dziecka w kajdany (no dobrze, dobrze, zapięcia w atestowane pasy).

6. Niezwykle wiele wnoszące rozmowy przez pół nocy o pierdołach.

7. Chicken tikka masala i naan z masłem czosnkowym.

8. Przejazd samochodem jako pasażer a nie orkiestra dęta, trupa teatralna i mim na prochach w jednej osobie.

9. Noszenie sukienek w miejscach publicznych bez zastanawiania się, jak tu dyskretnie uwolnić cycka.

10. 24 godziny bez "Row, row, row your boat...". Tak, wiem, z zabawek da się wyjąć baterie. Ale musiałabym to zrobić w pakiecie z lobotomią na własnej głowie, przeprowadzoną łyżeczką do grejpfruta.

11. Pozwalanie sobie na bycie neurotyczną nihilistką od czasu do czasu.

12. Gin z tonikiem i plasterkiem limonki.

13. Wyjazd do rodziców bez wielogodzinnego maratonu pakowania.

14. Luksus obejrzenia kilku odcinków Przyjaciół pod rząd. Prawdę mówiąc, luksus obejrzenia czegokolwiek.

15. Babskie wyjście na całkowicie niewinną herbatę. I jedno ciasteczko. Góra trzy.

16. Noszenie biżuterii składającej się z elementów, które hipotetycznie mogą zostać połknięte.

17. Zaznaczanie, że pójdę na te wszystkie wydarzenia na Facebooku. Bo klawiatura przyjmie wszystko.

18. Anorektyczne torebki, do których mieści się tylko portfel, telefon i grzebień. Bez przynajmniej pięciu zabawek i mobilnej stacji przewijania.

19. Naiwne przeświadczenie, że gdybyśmy my zostali rodzicami, zrobilibyśmy to lepiej.


Ale to wszystko wróci. Może za 10 lat, może za 20, ale wróci. Jak się dobrze postaram, to 6, 7, 14 i 15 staną się czynnością grupową. A za 30 lat może nawet punkt 12.

czwartek, 1 września 2016

18. Dżem z fig

Temat przemiany materii - tak bliski wszystkim matkom.



Nie, ten tekst nie będzie przepisem na dżem z fig. Zdecydowanie nie na taki, który chcielibyście zjeść. Ten tekst będzie o kupkach niemowlaka. Jako że pisanie o kupkach jest stereotypowe dla matek i generalnie źle widziane, postanowiłam zastąpić określenie "kupka" hasłem "dżem malinowy". Ale żeby nikomu nie zepsuć smaku na maliny, padło jednak na figi. Szczególnie, że kolor i konsystencja bardziej odpowiada.

Pierwszym, co przeraziło mnie w związku z dżemem z fig, to że Chrabąszczyk produkował go raz na kilka dni. Na szczęście nasza bezcenna położna środowiskowa przygotowała nas na to, uprzedzając, że martwić należy się dopiero po tygodniu albo dwóch. Moja mama 29 lat temu nie miała takiej bezcennej położnej środowiskowej. Zamiast cieszyć się, że tetra jest wolna od zwalającego z nóg aromatu fig, była przekonana, że mam permanentne zatwardzenie.

Tymczasem jednak nadeszła pora rozszerzania diety Chrabąszczyka. Och, jak ślicznie jadła! Ziemniaczka jadła. I gotowaną marchewkę jadła. I jeszcze raz ziemniaczka. I jeszcze raz marchewkę. A potem ziemniaczka z marchewką. Super, myślałam sobie. Przynajmniej nie ma problemu z jedzeniem.

Problem pojawił się po kilku dniach, kiedy zamiast wyprodukować świetnie znany dżem z fig, zrobiła coś, co można by w przypływie weny twórczej określić jako gęstą pastę. Nie wiadomo z czego. A powstawało w bólach i cierpieniach.

Niniejszym chciałam podziękować wszystkim wspaniałym serwisom internetowym, książkom kucharskim i w ogóle całemu światu, który z dobrego serca radzi, żeby zaczynać rozszerzanie diety od ziemniaka i marchewki. Oraz koncernom żywnościowym, bo gdy upadłam na duchu i chciałam chwycić za gotowe słoiczki, okazało się, że - co za niespodzianka - większość z nich zawiera jako główny składnik albo ziemniaka, albo marchew.

I tak od kilku dni walczymy o przywrócenie fabryki dżemu do jej pełnej sprawności. Całe szczęście, że akurat trafił się sezon na śliwki, cudowne remedium udrażniające. Dzisiaj chyba możemy mówić o postępie, bo od tygodnia po raz pierwszy udało nam się przespać noc.

Problem polega na tym, że tak naprawdę nie wiem, jak powinien wyglądać dżem z fig u dziecka, które dostaje już normalne produkty. Może wcale nie jak dżem z fig. Moja mama nie jest szczególnie pomocna, bo po 29 latach niewiele pamięta. Oczywiście poza tym, że gdy byłam w wieku Chrabąszczyka, dziadek nakarmił mnie już wiejską kiełbasą. Także jeśli zastanawiacie się, czy młode matki czerpią jakąś perwersyjną przyjemność z wałkowania tego tematu, odpowiadam: to nie przyjemność. To próba ustosunkowania się do średniej krajowej w zakresie konsystencji i kolorystyki.