poniedziałek, 22 sierpnia 2016

14. Kaszuby

O tym, jak odchudzałam się i zaniedbywałam obowiązki macierzyńskie na wakacjach.




Pamiętam, że znajomi znajomych sąsiadów moich rodziców wyjeżdżając raz na urlop, zabrali ze sobą nianię do dzieci. Ja urządziłam się jeszcze lepiej. Pojechałam na wakacje z oboma babciami, dziadkiem, jedną ciocio-babcią, prababcią, sekretarką tatusia i - niczym wisienka na torcie - dwuosobową reprezentacją dyrekcji liceum, do którego uczęszczali rodzice Chrabąszczyka. Wakacje all inclusive, opieka nad dzieckiem i tyle herbatek ziołowych, ile dusza zapragnie.

Jak to się stało, że całe to towarzystwo wylądowało w tym samym czasie na kaszubskiej wsi? Wszyscy jak jeden mąż zapragnęli schudnąć, odtruć się i odzyskać formę. Poza mną oczywiście, gdyż ja zapragnęłam jedynie wyspać się i popatrzeć przez okno na coś innego, niż blok na przeciwko. I tak trafiliśmy na wczasy zdrowotne na Kaszubach. Komplet babć, cioć i pracowniczek administracji wcinał na śniadanie obiad i kolację warzywka. Warzywka surowe, warzywka gotowane, warzywka starte, warzywka blendowane i sok z warzywek. Ja - matka karmiąca z nigdy niezaspokojonym apetytem - byłam na specjalnej zbilansowanej diecie dostarczającej pełnej gamy składników makro i mikro. Wszyscy schudli. Ja przytyłam 1 kg.

Oczywiście z tą całodobową opieką przesadzam. Kiedy babcie rozbiegły się po masażach, konchowaniach uszu, hirudoterapiach i nordic walkingach, zostawałyśmy z Karaluszkiem same. Ale moja mama łapała Małą w każdym możliwym momencie, zgodnie z zasadą, że co sobie sama wydrze, to jej. Efekt był taki, że wszyscy myśleli, że moja mama jest mamą Karaluszka. A ja to zapewne siostra albo kuzynka, nie wiadomo tylko do końca czyja. Moja mama, szczęśliwa niczym kot, który upolował ostatnią w domu gumkę do włosów, wyprowadzała wszystkich z błędu. Nie wiem, który komentarz podobał mi się bardziej:
"No tak, dzieci mają dzieci..."
"To pani dziecko!? Co to za matka, która się w ogóle nie zajmuje własnym dzieckiem! Proszę zobaczyć, jaka pani mama jest już zmęczona zajmując się wnuczką, ledwo się trzyma na nogach, no jak tak można..."
(Też byłabym zmęczona, chodząc na wszystkie ćwiczenia w grafiku i spożywając tylko soki warzywne, po 3 szklanki na każdy posiłek). 

Byłam już raz na Kaszubach. Dwa lata temu. Z chwilą, gdy wysiadłam z pociągu, zaczęła się ulewa. I skończyła się następnego dnia, akurat jak wyjeżdżaliśmy, co za niespodzianka.
Myślałam - no to teraz sobie odbiję. Wszystko czego wtedy nie widziałam, bo generalnie widać było tylko hektolitry wody spływające po szybach, zobaczę teraz. Z Chrabąszczykiem w spacerówce.
Chrabąszczyk myślał - ale ta spacerówka jest do dupy. Czas uruchomić syrenę alarmową!
Co zrobić, wrócimy tam jeszcze raz. I przeciągnę ją siłą po wszystkich atrakcjach turystycznych, najdłuższych deskach w Księdze Rekordów Guinessa, odwróconych domach, labiryntach w kukurydzy i stoiskach z regionalną biżuterią prosto z Chin.

Podczas gdy babcie się odtruwały, a ja odpoczywałam, mała Gąsienniczka pracowała 3 razy ciężej niż zwykle. W ciągu dwóch tygodni zaczęła raczkować. Najpierw koślawie, ulegając podmuchom bocznym, a potem coraz pewniej, zadzierając górne łapki jak żołnierz na defiladzie.
Na kaszubskiej kalarepie wyszły jej dwa ząbki. Pokazywałam ten cud wszystkim babciom, które się napatoczyły. W końcu dziecko nie chciało otwierać buzi.
Jednak przede wszystkim nauczyła się bezwzględnej sztuki manipulacji. Dzięki bezcennej pomocy mojej mamy, cioci i teściowej mała Gąsienniczka zrozumiała, że nie, nie trzeba pełzać, nie trzeba leżeć w wózku, ani do upadłego drapać w ściany turystycznego łóżeczka. Wystarczy pomarudzić i niczym wróżka z Kopciuszka pojawi się babcia, utuli, zaśpiewa piosenkę i da marchewkę.

Wracałam do domu wypoczęta i z sercem przepełnionym grozą, co czeka nas dalej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz