wtorek, 30 sierpnia 2016

17. Konstytucyjne prawa

Jak żyć, gdy dziecko zaczęło raczkować?




Przechodziłam ostatnio obok budowy. Nie brakuje ich u nas, bo przecież zawsze można upchnąć trochę więcej ludzi na jednostkę powierzchni. Jeśli sardynki mogą, to ludzie też. I przy tej budowie dumie stała tabliczka "Pracujemy już [285] dni bez wypadku!". Patrzę na to i myślę sobie - możemy przybić piątkę! My pracujemy już 199 dni bez wypadku. Udało mi się przetrwać 199 dni bez żadnych trwałych obrażeń ciała. Karaluszka i mojego. Oby tak dalej!

A nie jest to wcale takie proste. Ot, chociażby dziś. Ja ratuję jej życie trzymając i nie pozwalając spaść ze schodów, a ona do mnie z wrzaskiem, że co to ma być, że ograniczam jej swobodę obywatelską, że odmawiam jej konstytucyjnych praw. I gdybyśmy byli w Niemczech, ani chybi wziąłby się już za mnie Jugendamt. Na szczęście my w Polsce.

Kiedy zaczną do niej przemawiać rozsądne argumenty?
Nie ciągnij kota za ogon, bo cię podrapie albo nasika ci na poduszkę.
Nie jedz draceny, zupka zrobiona przez mamusię jest bardziej pożywna i na ogół raczej nie występuje po niej zatrucie pokarmowe.
Nie schodź sama z kanapy, ewolucja nie wyposażyła cię w skrzydełka i jak przywalisz głową w podłogę, będzie bolało.
Nie odwracaj się w wannie na brzuszek, bo wodą generalnie ciężej się oddycha niż powietrzem.

Nic dziwnego, że ostatnio jestem tak troszeczkę na skraju nerwowego tornada, synoptycy ostrzegają, Katrina nadciąga nad północno-wschodnią Warszawę. Kiedyś uspokajałam się, wyciszałam i ładowałam akumulatory łażąc z wózkiem po bezdrożach i nieużytkach warszawskich osiedli. Ale teraz trochę ciężko się uspokoić i wyciszyć, gdy z wózka dobiega modulowany wrzask.

Ciężko w ogóle cokolwiek zrobić. Ciężko posprzątać. Ciężko ugotować. Ciężko zrobić pranie i uprasować. Ciężko napisać notkę. Ciężko pobiegać. Ciężko podlać kwiatki i wyczesać kota. Za każdym razem wpadam na ten sam genialny pomysł: zrobię to, gdy mały Żuczek pójdzie spać! A potem mały Żuczek idzie spać, a ja nie mogę się zdecydować, od czego zacząć. Najrozsądniej by było iść spać razem z nią.

Dziecko. Bezbronny cud natury. Dążenie do samounicestwienia, przyobleczone w materię. Syrena alarmowa nastawiona na tryb: random. Ciekawość, która zabiłaby kota.
Jak to się stało, że jako ludzkość przetrwaliśmy te wszystkie lata?

piątek, 26 sierpnia 2016

16. Marchew

O pierwszych razach, na które tak niecierpliwie czeka młoda matka.




Do rozszerzania Chrabąszczykowej diety wcale mi się nie spieszyło. Karmienie piersią jest o tyle korzystne, że nie muszę nic obierać, gotować, trzeć, ugniatać, blendować ani schładzać. A te czynności wydają mi się atrakcyjne tylko pod warunkiem, że ich zwieńczeniem jest trzypiętrowy tort. Gdzie przynajmniej jedna warstwa jest czekoladowa.

Chciałam poczekać z tym jarmarkiem aż wrócimy z wakacji. Ale internet powiedział (a za internetem moja mama): zacznij rozszerzać dietę w szóstym miesiącu. Nie później, bo twoje bydło padnie, twoje uprawy pokryje szarańcza, spadnie na ciebie deszcz żab, fiskus postanowi skontrolować działalność gospodarczą twojego męża i ogólnie czeka cię 7 lat nieszczęścia.

I tak zabraliśmy na wyjazd pakiet słoiczków Gerbera z jabłuszkiem. Wydawałoby się, całkowicie niewinnych. Na pewno smacznych. Apetyt Małej sprawił, że postanowiłam przemianować ją z Karaluszka na Owocówkę Jabłkóweczkę. Zje najwyżej jedną łyżeczkę, napisali w internetach. Pfff. Drugiego dnia zniknęło prawie pół słoiczka.

Z tym większym entuzjazmem po powrocie zabrałam się za misterium tarcia i ugniatania, biorąc na pierwszy ogień marchew. Mała Owocówka już nie mogła się doczekać, wymachując wesoło łapkami.

Jej reakcja na marchewkę troskliwie przygotowaną przez mamusię była bezcenna. Gdy tylko pierwsza łyżeczka dotknęła żądnych wrażeń kubków smakowych, Mała od razu zwymiotowała wszystko, co miała w żołądku. Po raz pierwszy w życiu.

Nie poczułam się szczególnie zmotywowana do dalszych eksperymentów kulinarnych. Wiem, że mój obiad ma się do gwiazdek Michelin jak najtańszy klapek z Aliexpress do szpilki Louboutin, ale żeby aż tak!?

I wtedy mój mąż zapytał internetów: jak rozszerzać? A internety odpowiedziały: najpierw dawaj warzywa. Jak dziecko zaakceptuje warzywa, dopiero wtedy podaj owoce.

Trochę mnie to podłamało. I wprawiło w nastrój nieco podejrzliwy wobec koncernów żywnościowych. Bo wszystkie słoiczki, które można podawać jako pierwsze, tajemniczym sposobem zawierają jabłuszka.

Już zaczynałam rozpaczać, że oto przez jedną błędną decyzję, cały świat warzyw już na zawsze, na wieki wieków amen jest stracony dla mojej córki; od dziś do ostatniego dnia życia będzie jadła już tylko jabłuszka, na zmianę z pączkami i tortami czekoladowymi. Ale następne kilka dni udowodniło, że z takim samym apetytem wcina marchew, ziemniaka i buraka, byle papka była w stadium odpowiednio rozciapkanym.

No, może burakiem trochę bardziej pluje.

15. Poranek

Życie po wakacjach - dramatycznymi wspomnieniami z pierwszego poranka po powrocie dzieli się matka 6-miesięcznego dziecka.





7:20 Odkładam Karaluszka do specjalnie wygospodarowanej i wygrodzonej Bezpiecznej Strefy
7:23 Karaluszek rozpoczyna bunt

Oto stara jak świat prawda, którą co roku odkrywają kolejne pokolenia świeżo upieczonych rodziców: babcie rozpuszczają dzieci. Dzieci raz rozpuszczone, domagają się dalszego rozpuszczania.

7:32 Zastanawiam się, czy to już pora, żebu umyć Karaluszkowe łapki

Sprawa jest jasna - mamy koty. Koty gubią futro. Futro zostaje na dywanie (oraz generalnie na wszystkim, ale na dywanie jakoś więcej). Odkurzając, usuwam tonę futra z podłogi. Czyli o połowę za mało.
Po kilku minutach raczkujący Chrabąszczyk ma łapki obklejone jak wałki z Ikei. Mycie daje mniej więcej taki efekt, że do rąk może się przykleić kolejna porcja.

7:42 Wyjmuję z pudła zabawkę
7:43 Zabawka znudziła się

W pewnym momencie zaczynam się zastanawiać, czy Chrabąszczyk nie cierpi na upośledzenie postrzeganie barw. Jeśli taka jednostka chorobowa nie istnieje, to właśnie ją odkryłam. Będę optować za nazwą Zespół Karaluszka. Jeśli coś jest kolorowe i w bezpiecznych, zaokrąglonych kształtach, ona tego w ogóle nie zauważa. Natomiast przedmioty czarne, to jest to! Piloty, kable, klawiatury, futerały, myszki - rewelacja!

7:48 Karaluszek wspina się na kanapę
7:55 Karaluszek wspina się na pudło z zabawkami
8:02 Karaluszek wspina się na stojak z kwiatkami

Gdy już nauczyła się sprawnie raczkować (w kilka dni), stwierdziła, że powierzchnie horyzontalne są nudne. Trzeba więc zbadać wszystkie inne. Co tam, że mały człowiek co chwila się przewraca, łupiąc głową we wszystko co się napatoczy...

8:13 Karaluszek siedzi sobie cichutko. Znalazł jeden z dwóch kabli na swoim wybiegu.
8:22 Karaluszek znów zamilkł. Znalazł drugi kabel.

W Bezpiecznej Strefie zostały tylko dwa kable. Dwa, których nie udało się przenieść, a jedynie sprytnie zamaskować. Potrzebowała jednego poranka, by znaleźć oba.
Mamy problem z wieszaniem czegokolwiek na ścianach, bo nie wiemy gdzie biegną kable, a Pikające Urządzenie Elektryczne pokazuje, że teoretycznie biegną wszędzie. Może czas wymienić to urządzenie na dziecko.

PS. Tak, Karaluszek skończył już pół roku!

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

14. Kaszuby

O tym, jak odchudzałam się i zaniedbywałam obowiązki macierzyńskie na wakacjach.




Pamiętam, że znajomi znajomych sąsiadów moich rodziców wyjeżdżając raz na urlop, zabrali ze sobą nianię do dzieci. Ja urządziłam się jeszcze lepiej. Pojechałam na wakacje z oboma babciami, dziadkiem, jedną ciocio-babcią, prababcią, sekretarką tatusia i - niczym wisienka na torcie - dwuosobową reprezentacją dyrekcji liceum, do którego uczęszczali rodzice Chrabąszczyka. Wakacje all inclusive, opieka nad dzieckiem i tyle herbatek ziołowych, ile dusza zapragnie.

Jak to się stało, że całe to towarzystwo wylądowało w tym samym czasie na kaszubskiej wsi? Wszyscy jak jeden mąż zapragnęli schudnąć, odtruć się i odzyskać formę. Poza mną oczywiście, gdyż ja zapragnęłam jedynie wyspać się i popatrzeć przez okno na coś innego, niż blok na przeciwko. I tak trafiliśmy na wczasy zdrowotne na Kaszubach. Komplet babć, cioć i pracowniczek administracji wcinał na śniadanie obiad i kolację warzywka. Warzywka surowe, warzywka gotowane, warzywka starte, warzywka blendowane i sok z warzywek. Ja - matka karmiąca z nigdy niezaspokojonym apetytem - byłam na specjalnej zbilansowanej diecie dostarczającej pełnej gamy składników makro i mikro. Wszyscy schudli. Ja przytyłam 1 kg.

Oczywiście z tą całodobową opieką przesadzam. Kiedy babcie rozbiegły się po masażach, konchowaniach uszu, hirudoterapiach i nordic walkingach, zostawałyśmy z Karaluszkiem same. Ale moja mama łapała Małą w każdym możliwym momencie, zgodnie z zasadą, że co sobie sama wydrze, to jej. Efekt był taki, że wszyscy myśleli, że moja mama jest mamą Karaluszka. A ja to zapewne siostra albo kuzynka, nie wiadomo tylko do końca czyja. Moja mama, szczęśliwa niczym kot, który upolował ostatnią w domu gumkę do włosów, wyprowadzała wszystkich z błędu. Nie wiem, który komentarz podobał mi się bardziej:
"No tak, dzieci mają dzieci..."
"To pani dziecko!? Co to za matka, która się w ogóle nie zajmuje własnym dzieckiem! Proszę zobaczyć, jaka pani mama jest już zmęczona zajmując się wnuczką, ledwo się trzyma na nogach, no jak tak można..."
(Też byłabym zmęczona, chodząc na wszystkie ćwiczenia w grafiku i spożywając tylko soki warzywne, po 3 szklanki na każdy posiłek). 

Byłam już raz na Kaszubach. Dwa lata temu. Z chwilą, gdy wysiadłam z pociągu, zaczęła się ulewa. I skończyła się następnego dnia, akurat jak wyjeżdżaliśmy, co za niespodzianka.
Myślałam - no to teraz sobie odbiję. Wszystko czego wtedy nie widziałam, bo generalnie widać było tylko hektolitry wody spływające po szybach, zobaczę teraz. Z Chrabąszczykiem w spacerówce.
Chrabąszczyk myślał - ale ta spacerówka jest do dupy. Czas uruchomić syrenę alarmową!
Co zrobić, wrócimy tam jeszcze raz. I przeciągnę ją siłą po wszystkich atrakcjach turystycznych, najdłuższych deskach w Księdze Rekordów Guinessa, odwróconych domach, labiryntach w kukurydzy i stoiskach z regionalną biżuterią prosto z Chin.

Podczas gdy babcie się odtruwały, a ja odpoczywałam, mała Gąsienniczka pracowała 3 razy ciężej niż zwykle. W ciągu dwóch tygodni zaczęła raczkować. Najpierw koślawie, ulegając podmuchom bocznym, a potem coraz pewniej, zadzierając górne łapki jak żołnierz na defiladzie.
Na kaszubskiej kalarepie wyszły jej dwa ząbki. Pokazywałam ten cud wszystkim babciom, które się napatoczyły. W końcu dziecko nie chciało otwierać buzi.
Jednak przede wszystkim nauczyła się bezwzględnej sztuki manipulacji. Dzięki bezcennej pomocy mojej mamy, cioci i teściowej mała Gąsienniczka zrozumiała, że nie, nie trzeba pełzać, nie trzeba leżeć w wózku, ani do upadłego drapać w ściany turystycznego łóżeczka. Wystarczy pomarudzić i niczym wróżka z Kopciuszka pojawi się babcia, utuli, zaśpiewa piosenkę i da marchewkę.

Wracałam do domu wypoczęta i z sercem przepełnionym grozą, co czeka nas dalej.