niedziela, 12 czerwca 2016

6. Bankiet

Na którym dochodzę do bardzo niepokojących wniosków.




Gdybym miała zaplanować moją wymarzoną imprezę, to myślę, że ograniczyłabym się do kameralnego grona, osadzonego w komfortowej scenerii, z wyborem moich ulubionych trunków i beletrystycznym motywem przewodnim. Czytaj: ja, mąż i koty, nasze łóżko, herbatki ziołowe i dobre książki. Herbatki ziołowe dla mnie, bo mąż - o dziwo - nie podziela mojego zamiłowania do rumianku i kopru włoskiego.

Nie, żebym kiedykolwiek była duszą towarzystwa, ale ostatnio zdziadziałam już zupełnie, bezwzględnie wykorzystując własne dziecko jako tarczę chroniącą mnie przed potencjalnymi zaproszeniami. Jeszcze parę tygodni i zapomnę, jak się buduje zdania nie używając zdrobnień.

Toteż kiedy nadarzyła się okazja, żeby towarzyszyć najcierpliwszemu z mężów na dwóch oficjalnych imprezach, stwierdziłam, że może lepiej będzie skorzystać i wyjść do ludzi. I dlatego właśnie lecąc do Szczecina tachałam najlepsze z butów. I niewiele więcej, bo po włożeniu do walizki maty interaktywnej i gryzaków dla Chrabąszczyka, nie było już miejsca na moje sukienki (dla Małej wzięłam ich 5).

Nie zdążyliśmy jeszcze wyjechać za bramę, a już zgodnie ustaliliśmy, że nasze dziecko, zostawione pod opieką babci, jest na tyle głodne i niespokojne, że najpóźniej o 22 musimy wracać. Nasze dziecko za nic miało te ustalenia i pół godziny po naszym wyjściu opędzlowało butelkę i poszło spać, ale ćśśś, o tym nikt nie musi wiedzieć, prawda?

Zaczęło się od koncertu. Program rozrywkowy, powiedzieli. Dobra okazja, żeby trochę się odprężyć. Siedzimy i czekamy na to odprężenie, a tam - śpiew operowy. I nie telenowela w stylu Carmen, ale poezja o tym, jakie emocje niosą za sobą znaki przestankowe, przecinek, kropka, wykrzyknik i tak dalej. Nie, żeby robiło mi to dużą różnicę, bo jest po włosku, a z włoskiego kojarzę głównie pizza i gelato. I tak sobie siedzimy i słuchamy i ja się zastanawiam, czy to rzeczywiście już, czy naprawdę siedząc 4 miesiące w domu tak zupełnie oderwałam się od świata zewnętrznego, że nie potrafię docenić dobrej rozrywki. Bo włoska poezja, śpiewana tenorem przy akompaniamencie pełnego dysonansów fortepianu, za cholerę do mnie nie trafia. Dopiero mina męża mnie uspokaja, że nie, świat aż tak bardzo się nie zmienił. Po pierwszym występie cały rząd przed nami wychodzi chyłkiem, śpiesząc się na bankiet.

To nie jest tak, że nie szanuję muzyki operowej. Szanuję bardzo. Szczególnie, jak nie muszę jej słuchać. Mąż opowiadał mi historię, jak jego poprzedni pracodawca zorganizował imprezę firmową dla współpracujących z nimi firm budowlanych. Degustacja win z górnej półki, do tego panie w kubańskich strojach skręcające ręcznie cygara. Miny panów budowlańców niepewne, w końcu jeden zadaje pytanie, które chodzi po głowach wszystkim: "Ale wódka będzie?". Cóż, widać aż tak daleko od budowlańców nie odbiegam.

Dalej jest już lepiej, bo idziemy na kolację. Mąż może przeprowadzić kilka biznesowych rozmów, a ja mogę przytulić się do szwedzkiego stołu. Oto jest raj dla matki karmiącej, myślę sobie, próbując zmieścić na talerzyku trzy kawałki ciasta i sałatkę owocową.

Nie jestem na sto procent pewna, ale wydaje mi się, że w zamierzchłych czasach, jeszcze przed porodem, a może i przed całą ciążą, miałam jakieś zainteresowania, preferencje w zakresie kultury i sztuki, opinie na różne sprawy i generalnie tematy do rozmów. Dzisiaj został mi głównie apetyt.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz