czwartek, 9 czerwca 2016

5. Podróż

Podczas której dziecko okazuje się dużo spokojniejsze ode mnie.




Kiedy pewnego marcowego dnia mąż zaproponował mi, żebyśmy przeleciały się z Karaluszkiem do Szczecina w czerwcu, pomysł wydawał mi się fantastyczny. Sama idea, że jakimś cudem mam dożyć do czerwca i być wystaczająco zdrowa psychicznie i stabilna emocjonalnie na robienie jakichkolwiek planów, wydawała się bardzo kusząca i niemożliwie piękna. Na tamtym, dość wczesnym etapie macierzyństwa, stosowałam technikę małych kroczków, myśląc sobie: byle przetrwać do wieczora. A wieczorem: byle do rana.

Tymczasem jednak nastał czerwiec, a ja ani nie umarłam, ani nie zwariowałam, ani nawet nie uciekłam do Ameryki Południowej zmieniając imię na Maria Jesus. Bilety czekały. Ale pomysł, który jeszcze niecałe 3 miesiące wcześniej wydawał się taki fantastyczny, nagle stracił na atrakcyjności.

Spać nie mogłam już na tydzień przed wylotem, zastanawiając się, jak przy niedoborze walizek zapakować całą naszą codzienność z Chrabąszczykiem. I jak się na to lotnisko dotelepać, żeby dojazd nie był droższy od samego przelotu, bo tak się szczęśliwie składa, że mieszkamy dokładnie na drugim końcu miasta. Wreszcie - jak sama mam taszczyć wózek, dziecko i wszystkie bagaże, bo mąż dorobił się przepukliny w kręgosłupie i na dobrą sprawę nosić to on mógłby co najwyżej szynszylę, bo nawet mniejszy z naszych kotów jest za dużym obciążeniem.

Kryzys przyszedł na wieczór przed, gdy Chrabąszczyk nie chciał spać, a ja nie mogłam znaleźć jedynych wyjściowych butów, jakie posiadam. Rozkleiłam się zupełnie. Jeśli nie nad niemożnością spakowania się i ogarnięcia mieszkania na wyjazd, to nad przerażającą wizją, że oto te buty, które traktowałam jak insygnia królewskie z czasów świetności państwa monarchistycznego, te buty, które najchętniej trzymałabym w gablotce z kontrolowaną atmosferą, te właśnie buty zostały mi bezczelnie ukradzione, a mnie do końca życia czeka chodzenie na bankiety i wesela w trampkach, bo drugich takich szpilek nie znajdę. Oświadczyłam mężowi, że nie jestem w stanie się spakować, nigdzie nie jadę, nie czuję z jego strony wsparcia i w ogóle jestem ze wszystkim sama, z całym światem muszę walczyć sama (pół godziny wcześniej dostał ode mnie błogosławieństwo na kąpiel relaksacyjną, okraszone "już sobie ze wszystkim poradzę"). Po drodze zrzuciłam jeszcze wieszak i Karaluszek, który jak się okazało nawet spał, właśnie się obudził. Z płaczem.

W końcu udało się ponownie uśpić dziecko i - co nie mniej ważne dla powodzenia całej misji - znaleźć te nieszczęsne buty. A jak się znalazły buty, to nagle okazało się, że walizkę mam już właściwie spakowaną i nawet jest jeszcze miejsce na matę interaktywną i jeszcze jedną grzechotkę.

Znacie to uczucie, kiedy zajmujecie miejsce w samolocie, siadacie wygodnie, wyciągacie gazetkę, a tu na siedzeniu obok rozsiada się nagle rodzina z niemowlęciem? Ja zwykle w tym momencie odtwarzam w myślach całą litanię przeklinającą moją karmę, bo wiadomo, dziecko obok oznacza koncert na miarę Carmen w sali z wyśmienitą akustyką. Zaczynający się wraz z odpaleniem silników i kończący się dopiero po odbiorze bagażu rejestrowanego w porcie docelowym.

Ale nie Karaluszek. Siedziała spokojniej niż ja, bo mi nagle przypomniało się, że tak w ogóle to ja przecież boję się latać i czy ktoś mógłby z łaski swojej zasłonić wszystkie okna. Miauknęła może 3 razy, bo było trochę nudno, ale od czego są grzechotki. W końcu gdy pilot zapowiedział podchodzenie do lądowania, Małe zasnęło rozwalone na moich kolanach niczym na hamaku i twardo przespało resztę podróży, ku uciesze współpasażerów. Z drugiego końca samolotu dochodziły nas krzyki cudzego dziecka. Uśmiechnęliśmy się do siebie z satysfakcją, która połączyć może tylko dwoje jednakowo złośliwych ludzi.

Nie wiem jakim cudem, ale sama będąc niezłą histeryczką, wydałam na świat wyjątkowo wyluzowane dziecko. Może mnie kiedyś tego nauczy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz