niedziela, 26 czerwca 2016

8. Krowa

Jeśli krowa nie zmienia swoich poglądów, to prawdopodobnie dlatego, że cały czas je z jednego pastwiska.




Każdy ma swoją opinię na temat postępowania z dzieckiem. Każda opinia jest jedyną słuszną. Mąż mówi: oparcie wózka jest za nisko. Jedna babcia mówi: oparcie wózka jest za wysoko. Mąż mówi: jest za gorąco na czapeczkę. Druga babcia mówi: koniecznie trzeba założyć czapeczkę. Jedna babcia mówi: dziecko skończyło już 4 miesiące, nic nie trzeba prasować. Druga babcia mówi: wszystko trzeba prasować. Do śmierci.

Jeszcze bardziej przekonane o słuszności swoich opinii bywają matki internetu - wyrocznie forów internetowych, alfy i omegi facebooka. Każda z własnym bagażem doświadczeń, czy ma jedno dziecko, czy czwórkę, gotowa jest z tego bagażu wydobyć cały arsenał niepodważalnych argumentów na poparcie tego, co mówi. Tymczasem ja mam taką teorię, że poglądy tych świętych i błogosławionych, poparte niby to szeregiem badań naukowych, w dużej mierze zależą od tego, jaki na dany temat pogląd ma ich potomstwo, bazując na czystej, nieskrępowanej intuicji.

Na przykład: spanie w łóżku z dzieckiem. Jeśli dzieciarnia bez problemu daje się położyć do własnego łóżeczka, gdzie grzecznie zasypia, po paciorku albo i bez, matki będą twierdziły, że spanie w jednym łóżku z niemowlakiem to zło. Bo przecież można go zgnieść albo udusić (pytam serio: ktoś słyszał o takim przypadku?). Bo to niehigieniczne. Bo dziecko w łóżku rodziców zabija intymność (jak się bardzo chce, to intymność można znaleźć na kanapie, w wannie, na dywanie albo i blacie kuchennym...). A we własnym łóżeczku dziecko lepiej się wysypia i w ogóle jest najszczęśliwsze.

Matki, których dzieci za cholerę nie chcą same zasnąć i drą się w niebogłosy, dopóki nie podetknie im się pod nos piersi, mają inne poglądy. Twierdzą, że wspólny sen jest własnie tym, czego dziecko i cała rodzina najbardziej potrzebuje. To bliskość, której nic nie zastąpi. To poczucie bezpieczeństwa budowane na całe życie. Poranki, które będzie się wspominać na emeryturze. Bla, bla, bla.

Moje zdanie jest takie: wszystko jedno, czy dziecko śpi samo, czy z rodzicami, ważny jest cel, a mianowicie żeby jak największa liczba członków rodziny była w stanie rano podnieść się, znaleźć dwie identyczne skarpetki i nie zasnąć w drodze do łazienki. Chrabąszczyk prędzej czy później zasypia we własnym łóżeczku, Ale że o świcie robi się lekko marudny, to ląduje między nami, gdzie próbuje nawiązać kontakt wzrokowy z zamkniętymi powiekami swojej matki albo organoleptycznie witać się z jej nosem.

Drugi przykład: zabawianie niemowlaka. Matki dzieci wymagających ciągłej uwagi będą z szalonym entuzjazmem opowiadać, jak to mogą fantastycznie kierować rozwojem swoich dzieci przez kolekcję zabawek sensorycznych i szeroki wachlarz kreatywnych zabaw znalezionych na zagranicznych serwisach o parentingu. I żebyście nie myśleli, one się nie skarżą, one lubią bawić się ze swoim dzieckiem 12 godzin na dobę, tylko czasem chciałyby obiad ugotować. Matki, których dzieci bawią się same, zrobią wam wykład na temat tego, jak to dziecko uczy się samodzielności i rozwija wyobraźnię, wymyślając sobie zabawy samodzielnie.

No to jak, zabawiać na siłę, czy nie zabawiać? Podobnie jak wyżej, uważam, że nie ma złotego rozwiązania, które idealnie zaspokajałoby potrzeby wszystkich dzieci. I wszystkich rodziców. Chrabąszczyk to ten drugi przypadek. Zostawiona sama sobie, znajdzie zajęcie, polegające zwykle na gryzieniu czegoś. Udało mi się przeczytać całą Troję Davida Gemmella, sporadycznie bujając nogą leżaczek albo grzechocząc grzechotką. Ja jestem szczęśliwa. Mój Żuczek jest szczęśliwy. I niech tak zostanie.

Posiadanie własnej opinii, bazującej na indywidualnych doświadczeniach, to nic złego. Problem zaczyna się, gdy zaczynamy na tej podstawie oceniać innych. Co sama robię często i gęsto.

Widząc dzieci w wózkach z buziami zatkanymi smoczkami, myślałam sobie - po co te matki to robią? Przecież szalony pęd powietrza, pisk opon i zapach palonych klocków hamulcowych w prowadzonym wózku są takim fantastycznym usypiaczem. Aż mój Chrabąszczyk skończył 3,5 miesiąca i stwierdził, że w wózku spać nie będzie. Ewentualnie w grę wchodzi krótka drzemka, ale gdy oddalimy się od domu na możliwie największą odległość - koniec drzemki, czas na awanturę i wylanie wszystkich żalów 3,5-miesięcznego życia. I tak musiałam posypać głowę popiołem i przeprosić się ze smoczkiem. Tyle że im entuzjastyczniej go wkładam, tym szybciej jest wypluwany. W końcu, żeby jakoś wrócić do domu, muszę zapewniać bogaty program artystyczny, repertuar najlepszych dziecięcych piosenek, z czego połowa słów jest zwykle zastępowana przez "lalalala". I tak z kręgu Matek Dających Smoczki przeszłam do kręgu Infantylnych Matek Wariatek, robiących głupie miny i publicznie śpiewających. Na które jeszcze pół roku temu patrzyłam z politowaniem, zarzekając się, że ja nigdy taka nie będę.

Wniosek jest jeden - dopóki nie przyjdziesz na cudze pastwisko, nie obeżresz się trawy, koniczyny i wszelakiego zielska, nie przeżyjesz kolki i skrętu jelit, nie wdepniesz tam w mrowisko, nie oceniaj, że sąsiadka krowa leży i kwiczy. Może ma powody. Ciesz się, że po twojej stronie płotu świeci słońce i żaby rechoczą Odę do radości.

czwartek, 23 czerwca 2016

7. Determinacja

O tym, jak dla mojej córki nie ma rzeczy niemożliwych, trzeba tylko spróbować trzy tysiące osiemset pięćdziesiąt cztery razy i na pewno się uda.




Karaluszek rozwija się w tempie, które zawstydziłoby fabułę Pieśni Lodu i Ognia George'a R. R. Martina. Czytasz książkę za książką, czekasz, aż smoki przylecą i spalą pół Westeros, ewentualnie mroczne upiory o błękitnych oczach przeskoczą przez mur i wyrżną Lannisterów i Boltonów, a tam nic, tylko kolejna intryga na intrydze. W końcu zaczynasz wątpić, czy autor w ogóle dożyje wydania ostatniego tomu, zastanawiając się nad jego poziomem cukru na czczo i ciśnieniem tętniczym krwi. Tymczasem Chrabąszczyk, z paluszkami prawej stopy w buzi, kombinuje, co by tu nowego zbroić.

Nauczyła się piszczeć. Krzyczy na cały głos, im wyżej, tym lepiej. Jeżą mi się wszystkie włosy na rękach, a jak nie ogolę na czas, to na nogach też. Zastanawiam się, z kim próbuje nawiązać kontakt, bo nietoperzy w naszej okolicy raczej nie widuję. Dźwięk jest tak przeraźliwy, że niedługo pewnie sąsiedzi poinformują odpowiednie służby, a ja będę się musiała tłumaczyć, że tak oto moja córka wyraża swoją nieskrępowaną radość życia, umilając nam wszystkim dzień.

Po starszej o 2 lata kuzynce Karaluszek dostał matę interaktywną. Ot, takie tam kółko z atestowanych materiałów, w psychodelicznie kolorowe rybki, od maty odchodzą tego cztery pałąki, które na środku połączone są urządzeniem, które powinno grać i wibrować, tylko jakoś nigdy nie chciało nam się znaleźć pasujących baterii. Otóż najlepsza zabawa według Chrabąszczyka, to wiercić się tak długo i z takim zapamiętaniem, aż wszystkie cztery pałąki runą na podłogę, a ona sama zawinie się w matę niczym naleśnik. Wtedy jest najszczęśliwsza.

Nauczyła się przewracać z pleców na brzuszek, co byłoby fantastycznym osiągnięciem, gdyby nie próbowała robić tego w niemowlęcym leżaku-foteliku, skonstruowanym z poszanowaniem zasad ergonomii oraz z myślą o leżeniu twarzą do otoczenia, a niekoniecznie wklejoną w oparcie.

Zgodnie z bezcenną wiedzą pozyskaną z serwisów internetowych, dzieci najczęściej zaczynają raczkować między 8 a 12 miesiącem życia. Cieszyłam się, że daje mi to jeszcze trochę czasu na przystosowanie domu, który na poziomie podłogi pełen jest wystających kabli, butów, kocich misek i cholera wie czego jeszcze. Ale nikt nie uprzedził mnie, że bardzo zdeterminowane 4-miesięczne dziecko może zacząć pełzać.

Jeszcze nie załapała, jak używać rączek, całe dziecięce podwozie wlecze się po łóżku/dywanie, bluzeczki ściągają się, obnażając gołą pierś, ale nogi pracują z taką siłą, że powoli, ale sukcesywnie się przemieszcza.

Jaka szkoda, że gdzieś po drodze, przygnieceni ciężarem codzienności, tracimy tę morderczą determinację, ten nieskrępowany entuzjazm, ten pęd, żeby pokonywać własne słabości. Karaluszkowi nikt jeszcze nie powiedział, że istnieją słowa "nie potrafię", "nie dam rady", "to niemożliwe". Dlatego będzie próbować. Aż się uda.

niedziela, 12 czerwca 2016

6. Bankiet

Na którym dochodzę do bardzo niepokojących wniosków.




Gdybym miała zaplanować moją wymarzoną imprezę, to myślę, że ograniczyłabym się do kameralnego grona, osadzonego w komfortowej scenerii, z wyborem moich ulubionych trunków i beletrystycznym motywem przewodnim. Czytaj: ja, mąż i koty, nasze łóżko, herbatki ziołowe i dobre książki. Herbatki ziołowe dla mnie, bo mąż - o dziwo - nie podziela mojego zamiłowania do rumianku i kopru włoskiego.

Nie, żebym kiedykolwiek była duszą towarzystwa, ale ostatnio zdziadziałam już zupełnie, bezwzględnie wykorzystując własne dziecko jako tarczę chroniącą mnie przed potencjalnymi zaproszeniami. Jeszcze parę tygodni i zapomnę, jak się buduje zdania nie używając zdrobnień.

Toteż kiedy nadarzyła się okazja, żeby towarzyszyć najcierpliwszemu z mężów na dwóch oficjalnych imprezach, stwierdziłam, że może lepiej będzie skorzystać i wyjść do ludzi. I dlatego właśnie lecąc do Szczecina tachałam najlepsze z butów. I niewiele więcej, bo po włożeniu do walizki maty interaktywnej i gryzaków dla Chrabąszczyka, nie było już miejsca na moje sukienki (dla Małej wzięłam ich 5).

Nie zdążyliśmy jeszcze wyjechać za bramę, a już zgodnie ustaliliśmy, że nasze dziecko, zostawione pod opieką babci, jest na tyle głodne i niespokojne, że najpóźniej o 22 musimy wracać. Nasze dziecko za nic miało te ustalenia i pół godziny po naszym wyjściu opędzlowało butelkę i poszło spać, ale ćśśś, o tym nikt nie musi wiedzieć, prawda?

Zaczęło się od koncertu. Program rozrywkowy, powiedzieli. Dobra okazja, żeby trochę się odprężyć. Siedzimy i czekamy na to odprężenie, a tam - śpiew operowy. I nie telenowela w stylu Carmen, ale poezja o tym, jakie emocje niosą za sobą znaki przestankowe, przecinek, kropka, wykrzyknik i tak dalej. Nie, żeby robiło mi to dużą różnicę, bo jest po włosku, a z włoskiego kojarzę głównie pizza i gelato. I tak sobie siedzimy i słuchamy i ja się zastanawiam, czy to rzeczywiście już, czy naprawdę siedząc 4 miesiące w domu tak zupełnie oderwałam się od świata zewnętrznego, że nie potrafię docenić dobrej rozrywki. Bo włoska poezja, śpiewana tenorem przy akompaniamencie pełnego dysonansów fortepianu, za cholerę do mnie nie trafia. Dopiero mina męża mnie uspokaja, że nie, świat aż tak bardzo się nie zmienił. Po pierwszym występie cały rząd przed nami wychodzi chyłkiem, śpiesząc się na bankiet.

To nie jest tak, że nie szanuję muzyki operowej. Szanuję bardzo. Szczególnie, jak nie muszę jej słuchać. Mąż opowiadał mi historię, jak jego poprzedni pracodawca zorganizował imprezę firmową dla współpracujących z nimi firm budowlanych. Degustacja win z górnej półki, do tego panie w kubańskich strojach skręcające ręcznie cygara. Miny panów budowlańców niepewne, w końcu jeden zadaje pytanie, które chodzi po głowach wszystkim: "Ale wódka będzie?". Cóż, widać aż tak daleko od budowlańców nie odbiegam.

Dalej jest już lepiej, bo idziemy na kolację. Mąż może przeprowadzić kilka biznesowych rozmów, a ja mogę przytulić się do szwedzkiego stołu. Oto jest raj dla matki karmiącej, myślę sobie, próbując zmieścić na talerzyku trzy kawałki ciasta i sałatkę owocową.

Nie jestem na sto procent pewna, ale wydaje mi się, że w zamierzchłych czasach, jeszcze przed porodem, a może i przed całą ciążą, miałam jakieś zainteresowania, preferencje w zakresie kultury i sztuki, opinie na różne sprawy i generalnie tematy do rozmów. Dzisiaj został mi głównie apetyt.

czwartek, 9 czerwca 2016

5. Podróż

Podczas której dziecko okazuje się dużo spokojniejsze ode mnie.




Kiedy pewnego marcowego dnia mąż zaproponował mi, żebyśmy przeleciały się z Karaluszkiem do Szczecina w czerwcu, pomysł wydawał mi się fantastyczny. Sama idea, że jakimś cudem mam dożyć do czerwca i być wystaczająco zdrowa psychicznie i stabilna emocjonalnie na robienie jakichkolwiek planów, wydawała się bardzo kusząca i niemożliwie piękna. Na tamtym, dość wczesnym etapie macierzyństwa, stosowałam technikę małych kroczków, myśląc sobie: byle przetrwać do wieczora. A wieczorem: byle do rana.

Tymczasem jednak nastał czerwiec, a ja ani nie umarłam, ani nie zwariowałam, ani nawet nie uciekłam do Ameryki Południowej zmieniając imię na Maria Jesus. Bilety czekały. Ale pomysł, który jeszcze niecałe 3 miesiące wcześniej wydawał się taki fantastyczny, nagle stracił na atrakcyjności.

Spać nie mogłam już na tydzień przed wylotem, zastanawiając się, jak przy niedoborze walizek zapakować całą naszą codzienność z Chrabąszczykiem. I jak się na to lotnisko dotelepać, żeby dojazd nie był droższy od samego przelotu, bo tak się szczęśliwie składa, że mieszkamy dokładnie na drugim końcu miasta. Wreszcie - jak sama mam taszczyć wózek, dziecko i wszystkie bagaże, bo mąż dorobił się przepukliny w kręgosłupie i na dobrą sprawę nosić to on mógłby co najwyżej szynszylę, bo nawet mniejszy z naszych kotów jest za dużym obciążeniem.

Kryzys przyszedł na wieczór przed, gdy Chrabąszczyk nie chciał spać, a ja nie mogłam znaleźć jedynych wyjściowych butów, jakie posiadam. Rozkleiłam się zupełnie. Jeśli nie nad niemożnością spakowania się i ogarnięcia mieszkania na wyjazd, to nad przerażającą wizją, że oto te buty, które traktowałam jak insygnia królewskie z czasów świetności państwa monarchistycznego, te buty, które najchętniej trzymałabym w gablotce z kontrolowaną atmosferą, te właśnie buty zostały mi bezczelnie ukradzione, a mnie do końca życia czeka chodzenie na bankiety i wesela w trampkach, bo drugich takich szpilek nie znajdę. Oświadczyłam mężowi, że nie jestem w stanie się spakować, nigdzie nie jadę, nie czuję z jego strony wsparcia i w ogóle jestem ze wszystkim sama, z całym światem muszę walczyć sama (pół godziny wcześniej dostał ode mnie błogosławieństwo na kąpiel relaksacyjną, okraszone "już sobie ze wszystkim poradzę"). Po drodze zrzuciłam jeszcze wieszak i Karaluszek, który jak się okazało nawet spał, właśnie się obudził. Z płaczem.

W końcu udało się ponownie uśpić dziecko i - co nie mniej ważne dla powodzenia całej misji - znaleźć te nieszczęsne buty. A jak się znalazły buty, to nagle okazało się, że walizkę mam już właściwie spakowaną i nawet jest jeszcze miejsce na matę interaktywną i jeszcze jedną grzechotkę.

Znacie to uczucie, kiedy zajmujecie miejsce w samolocie, siadacie wygodnie, wyciągacie gazetkę, a tu na siedzeniu obok rozsiada się nagle rodzina z niemowlęciem? Ja zwykle w tym momencie odtwarzam w myślach całą litanię przeklinającą moją karmę, bo wiadomo, dziecko obok oznacza koncert na miarę Carmen w sali z wyśmienitą akustyką. Zaczynający się wraz z odpaleniem silników i kończący się dopiero po odbiorze bagażu rejestrowanego w porcie docelowym.

Ale nie Karaluszek. Siedziała spokojniej niż ja, bo mi nagle przypomniało się, że tak w ogóle to ja przecież boję się latać i czy ktoś mógłby z łaski swojej zasłonić wszystkie okna. Miauknęła może 3 razy, bo było trochę nudno, ale od czego są grzechotki. W końcu gdy pilot zapowiedział podchodzenie do lądowania, Małe zasnęło rozwalone na moich kolanach niczym na hamaku i twardo przespało resztę podróży, ku uciesze współpasażerów. Z drugiego końca samolotu dochodziły nas krzyki cudzego dziecka. Uśmiechnęliśmy się do siebie z satysfakcją, która połączyć może tylko dwoje jednakowo złośliwych ludzi.

Nie wiem jakim cudem, ale sama będąc niezłą histeryczką, wydałam na świat wyjątkowo wyluzowane dziecko. Może mnie kiedyś tego nauczy.

czwartek, 2 czerwca 2016

4. Wózek

Manifest aspołecznej hipokrytki.




Ostatnio na jednym z blogów lajfstajlowo-niemowlakowych przeczytałam zwierzenie, że jego autorce zdarza się wyjść na spacer bez makijażu.

Mi też się zdarza. Raz, ewentualnie do dwóch razy dziennie. Naprawdę w wyjątkowych przypadkach trzy razy, ale to już maksimum.

To, że owa szczęśliwa kobieta jest lepiej zorganizowana ode mnie, to niewątpliwe. Nawet jakbym chciała, to nie dałabym rady złapać jeszcze w biegu za tusz czy szminkę, z trudem łapię dziecko, smoczek i butelkę z wodą. Ale że chodzę głównie po polach, lasach i nieużytkach rolnych, nie ma to większego znaczenia.

Znalezienie w okolicy tych pól lasów i nieużytków rolnych zajęło mi dwa tygodnie od otwarcia sezonu spacerowego i było szczęściem porównywalnym do solidnej czwórki w totolotka. Bo z natury jestem nieco aspołeczna i jeśli jest coś, czego w spacerowaniu z wózkiem nie lubię, to inne matki z wózkami. A że na naszym osiedlu cena za metr jest chyba najniższa w Warszawie, to jest ich tutaj całe zatrzęsienie.

Wiem, że to trochę hipokryzja z mojej strony, ale wkurzają mnie i nic na to nie poradzę. Święte krowy chodników osiedlowych, madonny warzywniaków i piekarni. Człowiek wyjechał ze swoim wózkiem na prostą, chciałby wrzucić piąty bieg, bo łydki się same nie wysmuklą, a tu wlecze ci się taka na całą szerokość chodnika, w jednej ręce telefon, w drugiej elektroniczny papieros, w trzeciej gazetka z Netto a czwartą ciągnie za sobą starszego Brajanka. A niedajboże trafić na taką w osiedlowym spożywczaku, umrzeć można w kolejce do kasy i zmartwychwstać.

Jeszcze gorsze są babcie z wnuczkami, choć u niektórych matek też ten charakter wychodzi. Patrzą się na ciebie, a oczy ich niczym latarki na przesłuchaniu, a mina jak urzędnika sanepidu na kontroli w zakładach mięsnych. Patrzą i osądzają.

Dziecko nie ma czapeczki.
(Co z tego, że na termometrze jest prawie 30˚C a do dziecka w gondolce nie dociera nawet podmuch tego 30-stopniowego wiatru).

W wózku jest bałagan, kocyk i pieluszka są wymemłane.
(Co ja poradzę, że Karaluszek ma swoją własną koncepcję na wystrój wnętrza wózka i wszelkie moje próby poukładania i wygładzenia traktuje jako zachętę do własnej twórczości).

Dziecko ciumka smoczek.
(Ja ciumkałam smoczek, szczęśliwy tata ciumkał smoczek i jakoś żadne z nas nie wyszło z taką traumą na psychice, żeby potrzebny był psychoanalityk).

Spacer po lesie to kleszcze. Spacer przy ulicy to zanieczyszczenie powietrza i hałas. Zakupy w markecie to zbyt dużo bodźców.
(Nic tylko zamknąć się w domu i nie wychodzić).

Jasne, spora część z tego dzieje się w mojej głowie, ale jestem aspołeczna i nic na to nie poradzę. Grunt, że znalazłam moje nieużytki rolne. Po drodze do nich nie ma ani Rossmanna, ani Biedronki, ani Pepco. Innej matki z wózkiem nie uświadczysz. Wracam stamtąd jakby lepsza, spokojniejsza. I ze smuklejszymi łydkami.