sobota, 28 maja 2016

1. Początek

Czyli dlaczego po raz trzeci zdecydowałam się na prowadzenie bloga.




Nie ma niczego bardziej złowróżbnego niż nadmiar wolnego czasu. Matka Polka, pozbawiona swojego prania, prasowania, gotowania i mycia podłóg, wpada na mrożące krew w żyłach pomysły, np. żeby poczytać blogi parentingowe i lajfstajlowe.

Uściślijmy jedną rzecz. Ze sztandarową Matką Polką mam mniej więcej tyle wspólnego, że przypadkiem mieszkam nad Wisłą i - równie przypadkiem - zostałam niedawno matką. Pozostaje jeszcze pytanie, skąd wzięłam nadmiar wolnego czasu, ale nie odpowiem na nie. Niech pewne tajemnice pozostaną do wyjaśnienia w kolejnych odcinkach.

Przeglądając wyżej wspomniane blogi parentingowo-lajfstajlowe dowiedziałam się, że macierzyństwo i prowadzenie domu to niesamowita przygoda, pasmo niekończących się, fantastycznych doświadczeń. Z którym to twierdzeniem nie mogę się nie zgodzić.

Bo czyż przygodą nie jest przejście z pomieszczenia nr 1 do pomieszczenia nr 2, w jednej ręce trzymając dziecko, w drugiej - dajmy na to - gryzak, tak żeby nie złamać żadnej kończyny sobie, ani tym bardziej dziecku, potykając się o wózek, rower, odkurzacz, walizki, koty, dziecięcy leżaczek, koci drapak albo pięć par butów, które ktoś niedawno nawet ustawiał, ale w magiczny sposób rozniosły się po całym domu. Same.

Każda noc jest przygodą, gdy łóżko rodziców działa jak pokój w hotelu wynajmowany na godziny: kot nr 1 zaczyna wieczorem, żeby nad ranem głośnym miauczeniem oznajmić, że przenosi się na balkon, dziecko wpada na chwilę pociumkać cycka oraz rezerwuje stały pobyt od piątej, mąż nastawia co najmniej trzy budziki, bo jakoś żaden nie ma wystarczającej siły perswazji, a kot nr 2 niby generalnie śpi na fotelu, ale znienacka może akurat potrzebować miłości.

Albo logistyczna operacja dziecięcej kąpieli, gdy w łazience wanienkę i dwie kąpiące osoby układać trzeba niczym klocki tetris.

Albo wymyślanie przez tydzień obiadów nie wymagających używania kuchenki gazowej, bo tak się przypadkiem złożyło, że zapomnieliśmy zapłacić rachunki za gaz.

A tymczasem dziecko nie zyskało jeszcze nawet zbytniej mobilności, poza wybitnym talentem do przekręcania się w poprzek łóżeczka, a na śniadanie obiad i kolację  póki co ciumka mleko, nie skarżąc się na monotonię menu. Ileż jeszcze przygód przed nami!

Tak naprawdę blog narodził się z frustracji, że moje życie gdzieś poszło chyba nie tak, jak miało pójść. Bo mój lajfstajl to głównie odkurzanie ton futra, które produkuje mój dizajnerski kot, a parenting polega u mnie na balansowaniu na cienkiej granicy szaleństwa. A najlepszym lekiem na frustrację jest pisanie.

Spróbujmy, zobaczmy, jak będzie jadło i kiedy padnie. Oczywiście blogowanie, nie dziecko.

2 komentarze: