wtorek, 31 maja 2016

3. Ząbki

Krótka historia o tym, jak percepcja zależna jest od przyjętych założeń.




Mój Żuczek należy do najpogodniejszych, najweselszych żuczków na świecie, z wyjątkiem tego, że przez kilka ostatnich dni zrobiła się okrutnie marudna. Łóżeczko gryzie, wózek parzy, leżaczek nabity jest niewidzialnymi gwoździami, a mata sensoryczna to już w ogóle samo zło, tak bardzo, że dziewczyna nauczyła się z niej spełzać. Na plecach.

Pierwsze co robię, to rachunek sumienia, co ostatnio jadłam, a tam rzeczy tak potworne, że lepiej nie pisać, na przykład świeże truskawki, sztuk pięć. Tylko że te potworności jadłam już wcześniej i przeszły bez echa. I wtedy właśnie mojemu mężowi się przypomina, że Karaluszkowa babcia, znaczy się moja mama, dopatrzyła się parę dni temu spuchniętych dziąseł i białych plamek, ani chybi zwiastujących pierwsze zębiska.

Czy te dziąsła rzeczywiście są spuchnięte i czy te plamki widać, to jest bardzo dobre pytanie. Na które nie umiem mojej mamie odpowiedzieć. No bo jak mam się przyznać, że nie przyglądałam się tej uśmiechniętej paszczy na tyle, żeby zauważyć różnicę? Od razu zapala się czerwona, migająca lampka: wyrodna matka. Więc na wszelki wypadek kiwam głową, unikając jednoznacznej odpowiedzi.

Ale ziarno niepewności zostało zasiane. Mąż, który do tacierzyństwa podchodzi odpowiedzialnie, od razu robi rozpoznanie terenu. Czyta artykuły online i robi wywiad w rodzinie. Karaluszek jest co prawda jeszcze za młody (ma 3,5 szczęśliwych miesięcy), ale okazuje się, że i z mojej i z mężowej strony występowały przypadki wczesnego ząbkowania, więc klątwa to czy genetyka, wszystko jest możliwe.

Zaczynamy widzieć objawy wszędzie. Mała marudzi, bo jest zmęczona i obolała. Jest zmęczona, bo z bolącymi dziąsłami nie może zasnąć w dzień. Doskonale śpi w nocy, bo już po prostu pada ze zmęczenia. Gryzie zabawki, bo przynosi jej to ulgę. Wypluwa smoczek, bo ją uraża. Puszcza bańki ze śliny i niemiłosiernie ciągnie za Dystrybutory podczas karmienia, wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią: ząbkowanie. Nawet jeśli niektóre z tych znaków przeczą sobie na wzajem.

Przez 3 czy 4 dni wieczorami tracę już kontakt z rzeczywistością, wykończona upałem, słońcem i marudzącym Chrabąszczykiem. I przychodzi dzień czwarty. Albo może piąty. Niebo zasnute chmurami, kapie deszcz, temperatura pikuje ostro w dół. Dziecko drzemie przed południem, w południe i po południu. Między drzemaniem słodko się uśmiecha.

Pewności cały czas nie mamy. Może to tylko upał, może nadciągające ząbkowanie, a może nieszczęsne sześć truskawek, których tak naprawdę było siedem. Czekamy na rozwój sytuacji. Dziąsła na wszelki wypadek oglądam pięć razy dziennie.

2. Szczęście

Twoim największym wrogiem jesteś TY sam.




Jedni mówią, że nasze dziecko podobne jest do tatusia, inni, że do mamusi, a pewien wąski panel samozwańczych specjalistów genetyków dopatruje się podobieństwa do dziadka (chyba z zakoli na głowie). Gdybym miała zabrać głos w tej sprawie, powiedziałabym, że nasze Małe przypomina labradora naszpikowanego kofeiną. Przynajmniej z usposobienia.

Jest hiperaktywna, cieszy się do wszystkiego i wszystkich i próbuje zjeść co tylko znajdzie się w zasięgu jej szczęk. Jedyna wyraźna różnica jest taka, że labrador macha ogonem, a ona wierzga nóżkami.

Widzi mnie, cieszy się, widzi babcię, cieszy się, widzi przypadkiem spotkaną w restauracji obcą kobietę z niespełnionym instynktem macierzyńskim, cieszy się. Widzi kota, cieszy się, widzi karuzelkę, cieszy się.  I tak dalej, kontynuuj według wzoru. Słyszy Jadą, jadą misie, cieszy się, słyszy Czarne jagódki, cieszy się, a uwierzcie mi, fałszuję tak, że sąsiedzi niedługo złożą donos za znęcanie się nad zwierzętami. Dajemy witaminkę, cieszy się, myjemy pyszczek, cieszy się, kremujemy pyszczek, cieszy się. Rozbieramy, cieszy się, ubieramy, generalnie też się cieszy. Ciumkamy - cieszy się tak bardzo, że Dystrybutor wypada jej z buzi. Czasem nic się nie dzieje, więc tak po prostu cieszy się do siebie.

Skąd więc, przy tej dozie zaraźliwego bezzębnego uśmiechu dzień w dzień, bierze się moje balansowanie na skraju szaleństwa?

Może z niewyspania. Nie, żeby Chrabąszczyk nie dawał mi spać. Owszem, obudzi się w środku nocy żeby coś przekąsić, ale nakarmiona i przewinięta przelewa mi się przez ramię, zanim zdążę wsadzić do łóżeczka. W przeciwieństwie do mojego mózgu.

W tym właśnie momencie mój mózg postanawia przejrzeć listę wszystkiego, co zaplanowałam sobie na najbliższy tydzień, a na co już teraz wyraźnie widać, że zabraknie mi czasu. A przecież wiadomo, że bez zaniesienia sukienki do pralni czy umycia okien umrę, umrę śmiercią marną. Gdy pogodzę się już z tą wizją, mój mózg wyciąga mocniejszy arsenał i przeprowadza dokładną analizę mojego rachunku bankowego, na który w dzień staram się nie zaglądać, żeby się nie przerazić, ale w nocy jego stan wyświetla mi się na wewnętrznej stronie powiek. I okazuje się, że jeśli nie zginę od nieumytych okien, to umrę śmiercią głodową. Na sam koniec, gdy i tak nie ma już dla mnie ratunku, mój niezastąpiony mózg przypomni, że na pewno nie schowałam mleka do lodówki albo nie wykremowałam twarzy, i podsunie wizję bakterii namnażających się w tym mleku i skóry, która niczym kora brzozy pergaminowej zaczyna odchodzić całymi płatami z przesuszenia. A potem, niczym wisienka na torcie, zaczyna mnie swędzieć jedna pięta, drugie kolano, nos, łokieć i to miejsce na plecach, gdzie podrapie się tylko człowiek z elastopatią. Swędzenie może być spowodowane kocią sierścią, ale nie musi, więc czym, czym?

Niewyspanie to jedno, a totalny brak merytorycznego przygotowania do macierzyństwa to drugie. Ze dwa tygodnie temu odchodziłam od zmysłów i wyobrażałam sobie najczarniejsze wizje (oczywiście w środku nocy), bo mój Karaluszek nie chciał jeść i miał temperaturę 35,3˚C. Źródłem tych jakże niepokojących objawów okazał się być zepsuty termometr i pierwszy dzień upalnej pogody, który w moim urodzonym zimą dziecku spowodował taki niesmak, że odechciało jej się jeść. Na jeden dzień.

Teraz, o godzinie 11, w świetle dnia bezlitośnie wpadającego przez południowe okna, jasno widzę, że w szaleństwo wpędzam się sama. Ale powiedzcie mi to o 2 w nocy. Uwierzę, a jakże, i zacznę się zastanawiać, co ze mną jest nie tak, na jakim etapie dzieciństwa coś zostało spieprzone i czy dla Karaluszka jest już za późno, czy jest jeszcze dla niej jakaś szansa.

sobota, 28 maja 2016

1. Początek

Czyli dlaczego po raz trzeci zdecydowałam się na prowadzenie bloga.




Nie ma niczego bardziej złowróżbnego niż nadmiar wolnego czasu. Matka Polka, pozbawiona swojego prania, prasowania, gotowania i mycia podłóg, wpada na mrożące krew w żyłach pomysły, np. żeby poczytać blogi parentingowe i lajfstajlowe.

Uściślijmy jedną rzecz. Ze sztandarową Matką Polką mam mniej więcej tyle wspólnego, że przypadkiem mieszkam nad Wisłą i - równie przypadkiem - zostałam niedawno matką. Pozostaje jeszcze pytanie, skąd wzięłam nadmiar wolnego czasu, ale nie odpowiem na nie. Niech pewne tajemnice pozostaną do wyjaśnienia w kolejnych odcinkach.

Przeglądając wyżej wspomniane blogi parentingowo-lajfstajlowe dowiedziałam się, że macierzyństwo i prowadzenie domu to niesamowita przygoda, pasmo niekończących się, fantastycznych doświadczeń. Z którym to twierdzeniem nie mogę się nie zgodzić.

Bo czyż przygodą nie jest przejście z pomieszczenia nr 1 do pomieszczenia nr 2, w jednej ręce trzymając dziecko, w drugiej - dajmy na to - gryzak, tak żeby nie złamać żadnej kończyny sobie, ani tym bardziej dziecku, potykając się o wózek, rower, odkurzacz, walizki, koty, dziecięcy leżaczek, koci drapak albo pięć par butów, które ktoś niedawno nawet ustawiał, ale w magiczny sposób rozniosły się po całym domu. Same.

Każda noc jest przygodą, gdy łóżko rodziców działa jak pokój w hotelu wynajmowany na godziny: kot nr 1 zaczyna wieczorem, żeby nad ranem głośnym miauczeniem oznajmić, że przenosi się na balkon, dziecko wpada na chwilę pociumkać cycka oraz rezerwuje stały pobyt od piątej, mąż nastawia co najmniej trzy budziki, bo jakoś żaden nie ma wystarczającej siły perswazji, a kot nr 2 niby generalnie śpi na fotelu, ale znienacka może akurat potrzebować miłości.

Albo logistyczna operacja dziecięcej kąpieli, gdy w łazience wanienkę i dwie kąpiące osoby układać trzeba niczym klocki tetris.

Albo wymyślanie przez tydzień obiadów nie wymagających używania kuchenki gazowej, bo tak się przypadkiem złożyło, że zapomnieliśmy zapłacić rachunki za gaz.

A tymczasem dziecko nie zyskało jeszcze nawet zbytniej mobilności, poza wybitnym talentem do przekręcania się w poprzek łóżeczka, a na śniadanie obiad i kolację  póki co ciumka mleko, nie skarżąc się na monotonię menu. Ileż jeszcze przygód przed nami!

Tak naprawdę blog narodził się z frustracji, że moje życie gdzieś poszło chyba nie tak, jak miało pójść. Bo mój lajfstajl to głównie odkurzanie ton futra, które produkuje mój dizajnerski kot, a parenting polega u mnie na balansowaniu na cienkiej granicy szaleństwa. A najlepszym lekiem na frustrację jest pisanie.

Spróbujmy, zobaczmy, jak będzie jadło i kiedy padnie. Oczywiście blogowanie, nie dziecko.