sobota, 31 grudnia 2016

45. Z wstążeczką

Dziś o tym, co pod choinką.




Święta to, jak wiadomo, czas miłości i serdeczności, które wyrażasz drąc się na członków rodziny, żeby szybciej kroili marchewkę i machali odkurzaczem, bo zaraz przyjdzie babcia, stryjek i kuzynka. A jak wiadomo babcia, stryjek i kuzynka to sanepid i Królowa Brytyjska w jednym, trzyosobowym wcieleniu.

Tak, teraz się z tego śmieję, bo tegoroczne świąteczne szaleństwo mamy już za sobą, a do następnego zdążę jeszcze zaleczyć zszargane nerwy. Ale na godzinę przed Wigilią sama nie pogardziłabym kropelkami na uspokojenie.

Wigilia minęła mi na chwaleniu się, jakie mam cudowne, niesamowicie grzeczne i mądre dziecko. Oraz na słuchaniu, jakie to dziecko jest podobne do tatusia. Bezwzględnie do tatusia. Jedno trzeba przyznać. Jeśli za skalę grzeczności przyjmiemy ilość otrzymanych prezentów, to Karaluszek musiał być anielsko dobry w tym roku.

A tym czasem cała ta kolorowa, migająca i pikająca menażeria może się schować, bo ulubioną zabawką mojego dziecka pozostaje Piłka na Glucie, zwana też Piłką z Ftalanami, jako iż jest podejrzanej proweniencji. Kupiona na Marywilskiej za 2 zł, dyndająca na gumie i zbierająca kocie futro niczym odkurzacz, stała się nierozłącznym elementem Karaluszkowej postaci.

Korzystając z okazji, pragnę wyrazić mój sprzeciw w stosunku do praktyki, która z roku na rok staje się coraz bardziej popularna wśród mojej rodziny. A która polega na tym, że zamiast kupić niepotrzebny, oblepiony brokatem duperel i zawinąć go ładnie ze wstążeczką, zabiera się mnie na zakupy i każe wybierać, co mam dostać na gwiazdkę, urodziny czy inną okazję. Zgodnie z teorią, że wtedy dostanę taki prezent, jaki bym chciała.

Tyle że ja bym właśnie chciała niespodziankę. Oklejoną w papier i ze wstążeczką. Może być z brokatem, może być bez. Może być w serduszka, może być w gwiazdki. Mogą to być skarpetki, albo mydło, albo ckliwe romansidło. Wszystko jedno. Pragnę tylko, żeby było ładnie opakowaną niespodzianką. Cholera, nawet tę wstążeczkę odpuszczę. Ale nie element niespodzianki. A jest mi on od lat konsekwentnie odbierany, bo wszyscy wolą mnie zabrać na zakupy. Tak, wiem, to się nazywa problemy pierwszego świata.

PS. Jeśli w przyszłym roku będę grać w świąteczne bingo, to na bank obstawię "Święta, święta i po świętach".

wtorek, 27 grudnia 2016

44. Świąteczna gorączka

Kocham przygotowania do Świąt. Bardziej niż same Święta.




I am driving home for Christmas (...) I take look at the driver next to me/ He's just the same...
Cóż. Tylko, jeśli ma na pokładzie dziecko, które miało spać w nocy, ale o tym nie wie. Tylko, jeśli towarzyszą mu również dwa koty, które zaczynają się drzeć, kiedy dziecko kończy. Tylko, jeśli celowo obniżył temperaturę w samochodzie, żeby nie zasypiać. I teraz stopy przymarzają mu do podeszwy butów. Tylko, jeśli jego żona zaraz go udusi za "oszczędną jazdę", bo nie wytrzyma w tych warunkach ani minuty dłużej.

A jednak, dotarliśmy do miejsca przeznaczenia, czyli domu teściów. A tam, w aurze świątecznych przygotowań, odnalazłam moje przeznaczenie. Dwa razy.

Po raz pierwszy - lepiąc pierogi. W mojej rodzinie proces produkcji pierogów to misterium, gdzie wszystko i wszyscy mają swoje z góry ustalone miejsce. A nad zachowaniem świętych procedur czuwa moja babcia. Ja osiągnęłam już wystarczający poziom wtajemniczenia, żeby przebywać w tym samym pomieszczeniu, co pierogowe sacrum, a nawet (!) wałkować ciasto. Ale nie lepić. Bogowie ogniska domowego, absolutnie nie lepić.

Tymczasem podczas jakże pamiętnej drogi zadzwoniła do nas teściowa informując, że u nich na Wigilii nie będzie pierogów, bo nie ma kto ich zrobić, ale nic nie szkodzi, bo będzie tarta. Prawie to samo, czyż nie? Otóż nie. Dla mnie i dla mojego męża było to jak usłyszeć, że Grinch ukradł Święta. A puste miejsce zaorał i obsadził brukselką. Dlatego postanowiliśmy zrobić pierogi sami. A podczas produkcji, która tradycyjnie zajęła nam większość dnia, mój mąż zaufał mi tak bardzo, że powierzył w moje ręce rolę lepiacza. Pokochałam to.

Po raz drugi znalazłam moje przeznaczenie pakując prezenty. Co nie było aż taką niespodzianką, biorąc pod uwagę, że 3 razy pracowałam jako ochotnicza pomoc świąteczna i zamierzałam zgłaszać się do końca życia. Nawet po wygraniu 15 milionów w totka. Ale potem zaszłam w ciążę i cały plan wziął w łeb.

Moja teściowa wręczyła mi bukiet ozdobnych papierów i wstążek, oraz górę pudeł do zapakowania. Ot taką tam, młodszą siostrę góry lodowej, w którą przyrżnął Titanic. Miałam zapakować ile zdążę. Co w praktyce oznaczało, że kleiłam i cięłam, aż zabłysła pierwsza gwiazdka. A przestałam głównie dlatego dlatego, że przy stole wigilijnym miały lada chwila pojawić się gorące pierogi. Ach, no i skończyły mi się prezenty do pakowania.

Ciężko byłoby podjąć decyzję, czemu poświęcić resztę życia - lepieniu pierogów czy pakowaniu prezentów. Ale tak się składa, że ani z jednego, ani z drugiego rodziny nie utrzymam, więc problem rozwiązuje się sam. Ach, okrucieństwo losu.

środa, 21 grudnia 2016

43. Dobre rady

Zaprzeczanie formą obrony.




Ciocie Dobra Rada. Zawsze przy tobie, gdy ich potrzebujesz. Znają córkę kuzynki sąsiadki z pierwszego, która miała dokładnie ten sam problem. Chętnie poradzą, czy tego chcesz, czy nie. Jeszcze chętniej przycisną twoją twarz prosto w kałużę błota, żebyś aby na pewno lepiej poznał jego smak.

Pamiętam, jak w ciąży poszłyśmy z mamą do miejscowej piekarnii i mama poprosiła o chleb z niskim indeksem IG, lekkim konwersacyjnym tonem dodając, że mam cukrzycę ciążową. Pani sprzedawczyni równie lekko i równie konwersacyjnie odpowiedziała, że leżała z taką jedną młodocianą na porodówce, która miała cukrzycę, o którą nie dbała. Pani sprzedawczyni bardzo obrazowo nakreśliła na swoich nieskromnych kształtach, jak gigantyczne lekarze musieli zrobić nacięcie na brzuchu szczęśliwej położnicy, by wyciągnąć z niej dziecko. Odtąd dotąd, proszę pani. Takie wielkie.

Cóż, poród mam za sobą i obyło się bez numeru rodem z pokazów iluzjonistycznych w stylu: bierzemy piłę i przecinamy panią na pół. Ba, urodziłam tak zwanymi siłami natury*.

Teraz wielkimi krokami nadciąga kolejna trauma, mianowicie powrót do pracy po macierzyńskim. Zgodnie z moją filozofią życiową zaczerpniętą od nieśmiertelnej Scarlett O'Hara "Będę się tym martwić jutro", postanowiłam absolutnie nie myśleć o tym w bieżącym roku kalendarzowym.

Tyle że Ciocie Dobra Rada ściągają do cudzej traumy jak emeryci do promocji cukru w Biedronce. Już dzwonią, już pytają, czy żłobek czy niania. Jeśli żłobek, to dziecko będzie chorować non stop. I będziecie musieli się z pracy zwalniać. No i wiecie, żłobki to zło. Wiecie co się w żłobkach dzieje. No wiecie (nie wiecie?).

A z kolei niania taka droga. No jak niania, to koniecznie z polecenia. Ale przecież nie macie znajomych z dziećmi, to jak ją znajdziecie? No jak? I koniecznie musi być z waszej dzielnicy, żeby w korkach nie stała, pamiętajcie. I żeby prasować dziecięce rzeczy chciała. Itede, itepe.

Nie mówię, że moja strategia opierająca się na założeniu "co się odwlecze, to i uciecze" jest w tym przypadku dobrym rozwiązaniem. Ale czy moglibyśmy ten temat zacząć po Świętach? Czy głosem rozchodzącym się wśród nocnej ciszy ma być moje pełne frustracji ARGH!@#?

Tymczasem w firmie ponoć szykują się gigantyczne zmiany, no rewolucja systemowa, przeformułowanie całego projektu, restrukturyzacja na ostro. Czyli zabawa jak co kwartał. Próbowałam się podpytać, co tam nowego się szykuje, ale koleżanka machnęła ręką. Zanim wrócę, wszystko 3 razy się zmieni. Ridge poślubi pięć razy Taylor a koniec końców i tak wyląduje w łóżku z Brooke.

__________
*Te siły natury sączyły się do mojego krwioobiegu przez kilka godzin pod roboczą nazwą: oksytocyna.

42. Level up!

Po raz kolejny kompletnie zaskakuje mnie fakt, jak szybko rozwija się moje dziecko.




Jakie to miłe, że internetowe gierki tak ochoczo informują człowieka o czynionych postępach. W przeciwieństwie do Matki Natury. Aż by się prosiło, żeby nad dziecięcym łóżeczkiem pojawiał się podświetlony napis: Zdobyłeś następny poziom! Masz już sprawność Młodego Eksploratora Szuflad. Twoja umiejętność Chodzenia jest na poziomie Beginner.

Tymczasem postęp w rozwoju dziecka skrada sie niczym termin składania PITów. Niby z dnia na dzień nic się nie dzieje, ale kiedy tylko na chwilę przestajesz o tym myśleć, biegnie do przodu, by zaskoczyć cię w najmniej spodziewanej chwili, bez kompletu niezbędnych dokumentów i  z wieszającym się serwerem US.

Pewnego dnia chcesz dojeść w spokoju kanapkę z samymi niedzieciowymi składnikami, posmarowaną glutaminianem potasu i posypaną benzoesanem sodu. Dajesz więc dziecku do rączki wafelka orkiszowego. Z nadzieją, że jak zawsze, dziecko odpełznie w swoją stronę, rozprowadzając kawałki po całym dywanie (ku uciesze kotów, którym mąż wydziela racje żywnościowe, więc orkisz zaczyna wyglądać dla nich coraz atrakcyjniej). A tymczasem dziecko wyciąga rączkę z wafelkiem w twoją stronę, altruistycznie chcąc się podzielić.
Później chętnie podzieli się z tobą również plastikową rurką i szczotką do włosów. Tak w ramach deseru. No, głupio ci już, że zatrzymałeś cały glutaminian dla siebie?

A potem przychodzi jeszcze większy szok. Wracacie ze spaceru. Ściągasz z dziecka piętnaście warstw kombinezonów, czapek i bucików, a tej Wij się okrutnie wije. Nagle wyrywa się na wolność i pędzi na czterech łapkach, bo oto wypatrzyła szalenie interesujący patyk na podłodze. Dotąd trzeba było się nakombinować, jak dyskretnie ściągnąć ją z kolan, jednocześnie posyłając namiętne spojrzenia w stronę czajnika i herbatki. A teraz po prostu czujesz, jak metaforyczna pępowina przerywa się wraz z uciekającym dzieckiem.

Odkryłam też, że nie każde plucie obiadem niesie za sobą ten sam przekaz. Czasem chodzi o to, że matka naprawdę nie umie gotować. Ale czasem o to, żeby sobie obejrzeć wyplute risotto dyniowe, podotykać i ziarenko po ziarenku zapakować z powrotem do buzi.
Żegnajcie słoiczki. Gotuję znów.

sobota, 17 grudnia 2016

41. Perfekcja

Jak zwykle, widzę problemy tam, gdzie ich nie ma.




Nadchodzą Święta, a jak wiadomo, Święta jak każda rodzinna impreza to doskonała okazja do oceniania wszelkich aspektów życia współbiesiadników. Ciepłe, rodzinne ewaluacje nigdy nie smakują tak jak przy śledzikach i bigosie.

U mnie w rodzinie to jeszcze pół biedy. Każdy coś tam przeskrobał. Ta nie karmi piersią. Ten ożenił się z kobietą, która nie karmi piersią. Ta karmi piersią za długo. Ten w ogóle nie posiada dzieci, które możnaby karmić piersią.
Mój młody Chrabąszcz z Gromady Ssaków ciumka przepisowo, także gremium rodzinne nie ma się do czego przyczepić.

Ale Święta spędzamy z rodziną mojego męża, a tak się przypadkiem składa, że ich grono oświetla i opromienia swą cudowną osobą Pani Chodząca Perfekcja. Nieskazitelna i doskonała w każdej dziedzinie życia, z kuchnią na czele. Jedno dziecię ma w wieku wczesnoprzedszkolnym, drugie w drodze, jest więc na bieżąco z wszelkimi nowoczesnymi trendami w zakresie wychowania. Jak kretyńskie by nie były. Z żywienia niemowląt mogłaby już właściwie zrobić doktorat, ale nie ma czasu, bo całymi dniami gotuje wartościowe i zbilansowane posiłki dla całej rodziny.

W ogóle to jedna z tych osób, która zawsze nosi uprasowane ubrania, wyprostowane włosy i pełny makijaż, a mieszkanie urządza w stylu scandinavian z konsekwencją większą, niż najbardziej zdeterminowany dizajner zza koła podbiegunowego.

Ocieka perfekcyjnością. A z racji dziecka o całą epokę starszego od naszego Karaluszka, ma podstawy, by uchodzić za alfę i omegę chowu robaczków. Prędzej czy później usłyszę, że cośtam robiła inaczej, a w tym wieku jej dziecię jadło już samo nożem i widelcem komosę ryżową z pak choi i pleśniowym serem. Jak dobra rada nie wyjdzie od niej samej, to od teściowej, która ma najczystsze, najszczersze intencje (bez sarkazmu) i chce tylko pomóc. Przyjacielskim klepnięciem w ramię spychając mnie w przepaść użalania się nad własną beznadziejnością.

I co cię to obchodzi? - pyta mój wewnętrzny głos rozsądku. Pozwól jej pławić się w swojej doskonałości. Koty świadkami, że masz o wiele więcej radości wcinając z mężem muffiny kokosowe o północy, po tym jak położycie spać swoje niesubordynowane dziecko o wiele za późno.

Obchodzi mnie, bo jestem rasową babą. Mam kompleksy, które czule pielęgnuję. Mam poczucie niższości wyhodowane w dzieciństwie i nie dam mu umrzeć. Potrzebuję choć namiastki sajkodrama, by żyć. Gdy nie narzekam, mój dzień jest stracony. I nie mam o czym pisać na moim anty-parentingowym blogu.

Teraz o 2 w bezsenne noce myślę nad ripostą ostrą jak skalpel chirurgiczny. Wiadomo, że o tej porze latają w powietrzu jak nietoperze. Zwykle co prawda po fakcie, a nie przed, ale zawsze warto spróbować. Jak coś wymyślę, to dam znać.

czwartek, 15 grudnia 2016

40. Mąż

Dziś, dla odmiany od Robaczka, będzie o najlepszym z mężów.




Mój mąż jest niesamowicie przystojny. I mam na to papier. Wybrał się ostatnio na USG brzucha i wrócił stamtąd z medycznym opisem, który podsunął mi do przeczytania. Opis nie pozostawia wątpliwości; jego narządy wewnętrzne są nie tylko bez skazy, ale jeszcze na dodatek pięknie rozmieszczone, wszystko jest prawidłowe, niczym pędzlem Stwórcy namalowane, nerki mają idealny kształt i rozmiar itp., itd. Serio, jeśli ktoś się czuje niedowartościowany, powinien pójść na takie badanie. Albo poprawi sobie humor, albo dowie się, że ma prawdziwy problem do martwienia się, a nie jakieś tam głupie kompleksy. Single powinni regularnie robić takie badania i potem wymieniać je na trzeciej czy czwartej randce, żeby stwierdzić, czy aby na pewno grają w tej samej lidze.

Inna sprawa, że gdyby mi powiedział, że na tym zdjęciu USG znajduje się kobieca macica i rozwija się w niej płód, to nawet potrafiłabym pokazać główkę, a jakbym się dobrze przyjrzała, to i nosek, i rączki bym znalazła.

Atrakcyjne nerki i przystojna trzustka to jedno, ale najbardziej ujmuje mnie to, jak o mnie dba. Piecze sam (!) najlepsze na świecie muffinki, które są tak dobre, że nie mogłabym się im oprzeć, nawet gdybym próbowała (nie próbuję). Całe to mieszanie, odważanie i ubijanie po to, żebym miała nieustający powód do biegania. I jednocześnie żeby podczas tego biegania mnie wiatr nie porwał, albo czarna wołga. Jak on o mnie myśli!

Posiada też umiejętność, która czyni z niego fantastycznego ojca. Mianowicie potrafi przenieść śpiącego Karaluszka z punktu A do punktu B, gdzie punkt A to nasze łóżko, a punkt B to łóżeczko Karaluszkowe, nie uruchamiając przy tym syreny alarmowej, jaką jest Karaluszkowa paszcza. Ja stoję w tym czasie w pokoju obok, oddycham głęboko i popijam ziółka na uspokojenie, bo jakby nie patrzeć, wysłałam właśnie męża-sapera na pole minowe. A jak Karaluszek się jednak obudzi, to mój mąż będzie tak długo głaskał po pleckach i śpiewał Kotki dwa, aż nawet dziecko się podda i padnie.

Nie mogłam trafić lepiej, o!

poniedziałek, 12 grudnia 2016

39. Dziadkowie

O tym, jak ważni w życiu małego Robaczka są dziadkowie.



Spędziłyśmy z Robaczkiem tydzień u moich rodziców. Wzięłam ze sobą laptopa z postanowieniem regularnego dodawania wpisów na bloga, skończenia 5 kursów online projektowania stron, a w wolnych chwilach napisania 7-tomowej powieści osadzonej w XIX-wiecznej Ameryce Łacińskiej (Antonio, facaldo!). Tylko nie wzięłam zasilacza.

Szczęśliwy dziadek uzyskał sprawność Ekspresowego Usypiacza Dzieci, zwanego też Zaklinaczem Niemowląt. Miał dwie taktyki. Pierwsza, na Kaszpirowskiego - patrzył głęboko w oczy i liczył adin, dwa, tri... Druga - na Wojtusia. Brał na ręce i kołysał w takt Na Wojtusia z popielnika, aż padło.
Druga metoda zdecydowanie bardziej skuteczna.

Swoją drogą, pół dzieciństwa zastanawiałam się co to jest popielnik. Szczęśliwe dziecko centralnego ogrzewania.

Moja mama zaś awansowała jeszcze wyżej, bo bezdyskusyjnie została okrzyknięta przez Robaczka największą miłością 10-miesięcznego życia. Dosłownie. Okrzyknięta.

Jakkolwiek moja córka bardzo doceniała bufet mleczny, to serce jej, o wyciągniętych rączkach nie wspominając, rwało się do babci. Ogrom uczuć podkreślał radosny pisk. Nie mogę nawet powiedzieć, żebym była z tego powodu szczególnie nieszczęśliwa. Bo jest to dowód na to, w co wszyscy chcemy wierzyć - że karma działa i wraca jak bumerang. Albo jak smsowy łańcuszek "wyślij do 10 przyjaciół albo umrzesz na raka a twoje truchło będą dziobać kruki".

Czemu karma? Bo 20-kilka lat temu, no dobrze, 20-dużo lat temu, ja dokładnie tak samo zachowywałam się w stosunku do siostry mojej mamy. To teraz mam.

Ostatecznie też zostałam Matką Słoiczkową. Ponieważ istnieje ograniczona ilość razy, kiedy mogę znieść plucie gotowanym przeze mnie z miłością i poświęceniem obiadem. Jak paskudny by nie był, obiektywnie patrząc.

Słoiczkami ten mały Skubaniec pluje trochę mniej. A nawet jak już pluje, to żeby sobie obejrzeć, podotykać paluszkami i zapakować z powrotem do paszczy.

Tyle u nas.

sobota, 3 grudnia 2016

38. Śnieg

Oda do radości z powodu pierwszych poważnych opadów śniegu.




Ach śnieg, jak miło, pomyślałam wczoraj wieczorem, kładąc się o wiele za późno spać. Jak miło wyjrzeć przez okno, za którym chociaż raz jest ładnie. Jak miło wpuścić dwa mokre, zmarznięte koty z balkonu. Jak miło umościć się w wygrzanej pościeli.

Dzisiaj było mniej miło. Zaczęła się moja pierwsza zima jako matki, czy też - jako woła pociągowego pchającego wózek. Niestety, podczas zakupu tego dwuśladu nie zapytałam, czy w komplecie są płozy.

O ile przy prywatnych posesjach chodniki są jeszcze jako tako odśnieżone - właściciele pewnie obawiają się pozwów za złamane nogi - o tyle chodniki "niczyje" we Wsi Warszawa to jedna długa ślizgawka. Miasto przeprowadziło pewnie kalkulacje, że te kilka odszkodowań i tak wyniesie mniej, niż zatrudnienie armii odśnieżaczy.

Jeśli chodzi o stan chodników, Zarząd Oczyszczania Miasta jest niczym japoński emeryt kontemplujący płatki kwiatów wiśni, opadające majestatycznie z drzew. Siedzi i obserwuje piękno przemijającego sezonu, wiedząc, że nieuchronnie przyjdzie kolejny. W tym wypadku - wiosna, kiedy cały śnieg z chodników i tak się roztopi.

Do tego muszę się jeszcze po tych chodnikach skradać niczym po polu minowym, nie wiedząc kiedy zostanę ochlapana fontanną brunatnego błota, od pompona na czapce po podeszwy butów. Nie wystarczy już, że przed każdym spacerem muszę przeprowadzić procedurę pakowania wszystkich odnóży małego Wija w różowy (a jak) kombinezon (z kokardkami!). Teraz muszę jeszcze zacząć nakładać na wózek folię ochronną. I wykombinować jakąś folię dla siebie.

Dodajmy do tego jeszcze mały potop dzień w dzień, spływający z wózka i butów. Niemiłosiernie tłukące się koty, którym nagle ktoś zmniejszył powierzchnię życiową i na dodatek zabrał telewizję*. Trasę mojego biegania, która nagle zmieniła się w tór przeszkód - skok nad błotem, poślizg na lodzie, naokoło zaspy i kic prosto w kałużę, która po ciemku do złudzenia wyglądała jak asfalt.

A to dopiero początek grudnia.

Kiedyś naprawdę lubiłam zimę.

__________
*Nie mogą wyjść na balkon i gapić się godzinami na ptaszki w karmniku sąsiadki z parteru.

niedziela, 27 listopada 2016

37. Piórka i futra

Historia o wzruszającej przyjaźni międzygatunkowej.




Ostatnio wydarzył się moment, na który jako matka czekałam od momentu pierwszego pozytywnego wyniku testu ciążowego. Marząc o nim po cichutku za każdym razem, gdy maleńkie Karaluszątko dawało mi w kość.

Nie, nie powiedziała po raz pierwszy świadomie "mama". Nie, nie zrobiła pierwszego kroku bez trzymanki. Nie, nie przyniosła mi kubka herbaty ani nie zaproponowała, żebym się zdrzemnęła, a ona ugotuje obiad. Za to zrobiła coś innego.

Wygrzebała spod fotela kocią zabawkę - patyk z kolorowymi piórkami na końcu. Najpierw, zgodnie z protokołem rozpoznawania nowych obiektów, sprawdziła, czy piórka nie są przypadkiem jadalne. Nie były. W związku z czym zaczęła nimi radośnie wymachiwać i walić po wszystkim naokoło.

Na koty długo nie trzeba było czekać. Raz rudy, dumnie zwany europejskim krótkowłosym, raz szary, zwany sferyczną fabryką futra, rzucały się na patyk z całą zaciętością obudzonego lwa kanapowego. Niby na dystans, niby nieufnie, ale zew kolorowych, podrygujących piórek był jednak nie do przezwyciężenia. Cała esencja kociej natury.

Przez resztę dnia nie spuściły dziecka z oczu, futrzate anioły stróże. Leżały na kanapie niczym dogi niemieckie przed kominkiem. Wpatrzone w pana z kiełbaską w ręku.

Od tamtej pory patyk stał się ulubioną zabawką dziecka, pierwszym za co chwyta po obudzeniu i ostatnim, co wyrywam jej siłą z rąk przed kąpielą. Majta nim radośnie kotom przed nosami, okazjonalnie wsadza również do rodzicowego talerza z dowolną zawartością, jeśli tylko znajdzie się w jej zasięgu. Chciałam umieścić patyk na zdjęciu, ale po kilku dniach wszystkie piórka tajemniczym sposobem skróciły się do ogryzionych kikutów. Co na szczęście nie wpływa na jego funkcjonalność.

Serce moje przepełnia duma. Dla tego momentu warto 5 razy dziennie odkurzać futro i żwirek.

sobota, 19 listopada 2016

36. Koperek

Kryzys wydaje się tymczasowo zażegnany.




Aktualna seria ząbkowania dobiega końca, górne siekacze prawie w komplecie. Widać światełko w tunelu. Moja mama, osoba która każdego zawsze potrafi pocieszyć, uprzejmie donosi, że ponoć najgorsze są trójki.

Karaluszek zrobił się trochę mniej marudny, śmiga sobie wesoło po podłodze i trenuje chwyt pęsetowy, wybierając z dywanu wszystkie okruszki podejrzanej proweniencji. A ja gonię za nią z odkurzaczem. Nie dość szybko. Nigdy nie wystarczająco szybko.

Gryzie wszystko jak młoda, żądna krwi pirania. Meble. Książki. Pilota. Moje uda. Ramiona babci. Ogon kota. Wszelaką zieleninę, jeśli nie zdążymy zabrać na czas. Ostatnio dobrała się do koperku, który wystawał z torby na zakupy. Rudy kot patrzył wzrokiem pełnym żądzy i zazdrości. Ile kontrabandy wyciągałam już z Karaluszkowej paszczy, nie uwierzycie. Ale najbardziej przeraża mnie myśl o tym, czego nie zdążyłam wyciągnąć.

Wraz ze zwycięstwem Karaluszka nad brutalnym rozwojem uzębienia, ja tymczasowo przezwyciężyłam jesienny dołek. Macierzyństwo nie takie dziś potworne a do powrotu do pracy wiele się może jeszcze wydarzyć, szóstka w totolotka, niekorzystna trajektoria lotu asteroidy, dżuma albo wąglik. Jak widać, chwilowo jest lepiej. Wygrałyśmy bitwę, ale nie wojnę. 

Tymczasem idą Święta i każdy z nas musi nieść swój krzyż, jak mówi stare chińskie przysłowie. Postanowiliśmy spędzić te Święta z rodziną męża, co samo w sobie nie jest złe. Ale najpierw trzeba tam dojechać. Z dzieckiem, które nie cierpi wszelkich form zniewolenia. I dwoma kotami. Z których jeden kocha przejazdy samochodem równie mocno, co dziecko. A drugi, dla odmiany, siedzi przez całą drogę tak cicho, że na siódmych bramkach na autostradzie zaczynasz się zastanawiać, czy przypadkiem nie zostawiłaś go w domu.

Przypuszczam, że droga w jedną stronę dostarczy mi tyle wrażeń, że nie zdecyduję się na powrót do momentu osiągnięcia przez Karaluszka wieku 18 lat oraz przeniesienia się moich drogich kotów do Krainy Wiecznego Leżenia Na Kanapie.

czwartek, 17 listopada 2016

35. Jesienne frustracje

Ot, taki tam weltschmerz.




Sezon na dynie i śliwki naturalnie przeszedł w sezon na zimową herbatę z imbirem i lekką, jesienną depresję. Kocham w tej porze roku miękkie, puchate szaliki, feerię barw na cmentarzach i pierwsze, nieśmiałe Last Christmas. I jednocześnie leżę zwinięta w kłębęk i żałuję, że nie jestem bakterią, która mogłaby wytworzyć formę przetrwalnikową i doczekać jakoś do lepszych czasów.

Główny tegoroczny sponsor mojej jesiennej frustracji to powrót do pracy, zbliżający się wielkimi krokami wraz z każdym kolejnym miesiącem ukończonym przez Chrabąszczyka. Przypomnijcie sobie najbardziej męczącą rozmowę telefoniczną z konsultantem, jaką odbyliście. Pomnóżcie przez 8 godzin i 5 dni w tygodniu. Podnieście do potęgi dedlajnów i targetów. Oto, co na mnie czeka.

Na drugim miejscu plasują się trzy siwe włosy, które znalazłam ostatnio na mojej głowie. Całe szczęście, że z 6 żarówek w łazience działa już tylko 1, bo kto wie, ile jeszcze bym ich wypatrzyła. I nie chodzi nawet o paniczny lęk przed koniecznością regularnego ich farbowania. Tylko o przeświadczenie, że razem z tymi włosami starzeje mi się mózg. I że już nie dam rady nauczyć się czegokolwiek na tyle, żeby zmienić tę cholerną pracę.

Niczym błyszcząca wisienka na piętrowym torcie mojej frustracji znajduje się fakt, że Chrabąszczyk weszła w fazę kolejnego ząbkowania i wymaga 200% uwagi non stop, w dzień i w nocy, na jawie i przez sen. Tak, powiem szczerze - doprowadza mnie do szaleństwa.

Drogie bezdzietne koleżanki, wyrodne kobiety, które zanic mają tykanie zegara biologicznego i perfidnie stosują antykoncepcję, plując w twarz ZUSowi. Nie słuchajcie dobrych rad ciotek, szwagierek, kuzynek męża. To wcale nie jest tak, że jednego dnia nie chcesz mieć dzieci, a następnego rodzisz jedno i nagle dzyń dzyń, do twoich drzwi dzwoni instynkt macierzyński. A przynajmniej niekoniecznie.

Może się okazać, że każda minuta zabawy z dzieckiem od świtu do późnych godzin nocnych będzie was doprowadzać do szaleństwa. Że pierwszy odruch, jaki będziecie mieć, słysząc dziecięcy płacz, to będzie - uciec. Może się okazać, że zwyczajnie, będziecie chciały od życia czegoś innego, niż być matką. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że na frustracji matki najwięcej straci dziecko, bo jak doskonale nie starałaby się wypełnić swoich obowiązków, nie zatrze do końca wrażenia, że tym właśnie są - obowiązkami.

wtorek, 8 listopada 2016

34. Pytanka

Wyruszam na kolejną bezcelową krucjatę.




"Każdego dzioneczka jeżdżę z moją mamunią na spacerek w moim wózeczku, ubrana w kombinezonik i różowiusią czapeczkę z pomponikami. W warzywniaczku kupujemy pyszniutkie jabłuszeczka, chodzimy też do urzędziku pocztusiowego odbierać paczuszki z Chińskiej Republiczki Ludeczkowej, albo ponaglonka i wezwanka do zapłatusi, gdy rodzice zwlekają z rachuneczkami".

Zawsze się zastanawiałam, dlaczego mówiąc do dzieci, dorośli wszystko zdrabniają? OK, łyżka do karmienia jest mała, niech więc zostanie łyżeczką. Bucik, kocyk - w tym ewentualnie jeszcze widzę sens. No i wiadomo, nie będę nazywać dziecka Larwą, Karaluchem czy Robakiem, bo to już brzmi, jakby było istotą cokolwiek w domu niepożądaną (a tak nie jest!).

Ale dlaczego WSZYSTKO? Dlaczego 100-letni dąb to drzewko? Dlaczego dobrze wykarmiony Maine Coon to kotek? Dlaczego burzowy cumulonimbus to chmurka? Dlaczego Airbus A380 to samolocik? Dlaczego mleczko, jeśli jest w formie płynnej, a nie pianki z czekoladą naokoło?

To, że mój instynkt macierzyński posiada pewne poważne dysfunkcje, ustaliłam już jakiś czas temu. Rozumiem, że nie wszyscy rodzice dostają białej gorączki, jak widzą więcej niż jedno zdrobnienie w zdaniu. Ale jaki jest w tym sens, ja pytam?

Czy wzbogacanie naszego już i tak skomplikowanego języka w cały wachlarz nowych końcówek ma w jakiś pokrętny sposób ułatwić naukę mówienia? Czy ma sprawić, że szary brudny świat, na który siłą została ściągnięta ta nowa istota, ma się wydać przyjaźniejszy? A może chodzi o to, żeby wszystko się rymowało, a nasze życie wierszem było pisane? Robaczek-kozaczek, karaluszek-kwiatuszek, larweczka-pałeczka.

Skłamałabym mówiąc, że jestem bez winy. Udzieliła mi się ta mania zdrabniania. Ale walczę i walczyć będę. Za 18 lat maluszek Karaluszek powie mi, jak bardzo ma przez to skrzywioną psychikę.

PS Myślę, że zgodzicie się ze mną, że lepiej dać dziecku do picia zwykłą wodę niż najlepszą nawet wódeczkę.

czwartek, 3 listopada 2016

33. Kreatywne zabawy

Poradnik przetrwania dla wyrodnych rodziców.




Znacie ten typ. Po macierzyńskim nie wróciła do pracy nie z czystego lenistwa, jak byłoby w moim przypadku, ale dlatego, że dobra swojego dziecka jest skłonna zrobić wszystko, również zrezygnować z oszałamiającej kariery. A ktoś przecież musiał kreatywnie pokierować jego rozwojem intelektualno-emocjonalnym. Bawi się z dzieckiem piaskiem kinetycznym, czyta książeczki o tolerancji polecane przez śmietankę blogerów parentingowych, a w wolnych chwilach sama robi zabawki zgodne z zasadami montessori.

To nie ja.

Szukanie nowych zabawek wygląda u mnie mniej więcej tak, że otwieram kuchenną szufladę, w której mieści się większość naszego kulinarnego ekwipunku (jeszcze raz: mamy małą kuchnię), biore jakiś przedmiot i zadaję sobie 3 pytania:
1) Czy dziecko może to połknąć lub się udławić? (mądrość zaczerpnięta z metek, jakże często lekceważonych!),
2) Czy dziecko może sobie tym wydłubać oko? (mądrość zaczerpnięta z niezapomnianego odcinka Happy Tree Friends z lizakiem),
3) Czy dziecko może się tym skaleczyć? (to już mój własny zdrowy rozsądek).
Rozważam jeszcze dodanie pytania o możliwość wybicia zębów danym przedmiotem, bo jak posiada się tylko cztery, to trzeba je szanować.

Pamiętam czasy, kiedy nie chciałam jej dawać pilota od telewizora, myszki albo kabla USB, bo raz, że to siedlisko bakterii, a dwa, że stwarza niebezpieczny precedens. A potem odkryłam, ile za te przedmioty można kupić czasu. Nawet całe 15 minut świętego spokoju! Żeby nie było, że stoczyłam się już na samo dno wyrodnego macierzyństwa, to chociaż wyjmuję baterie.

Nikt nie może mi też zarzucić, że nie bawię się z dzieckiem. Bawię się, a jakże. Mamy dwie ulubione zabawy. Wybór jednej z nich zależy od tego, czy danego dnia wypiłam kawę, czy nie.

Jeśli odpowiedź brzmi: TAK, bawimy się w Entropię. Zabawa wygląda mniej więcej tak, że ja układam wszystkie zabawki z pieczołowitością kogoś silnie cierpiącego na nerwicę natręctw, a Robaczek jest uosobieniem siły entropii. Czyli bierze i rozwala.

Jeśli odpowiedź brzmi: NIE, bawimy się w Cmentarz. Ja leżę i udaję trupa, a Robaczek to już sobie żywnie robi, co chce, tak żeby pobudzić jej kreatywność. Zabawa jest trudniejsza niż myślicie, bo z jednej strony muszę być czujna na to, co Robaczek własnie próbuje zjeść (wszystko, a najchętniej kocie futro), a z drugiej - za wszelką cenę nie mogę nawiązywać kontaktu wzrokowego. No bo nawiązanie kontaktu wzrokowego to zaproszenie do interakcji, a przecież nie tego oczekujemy od zwłok.

Nigdy nie twierdziłam, że jestem dobrym materiałem na matkę.

32. Życzenie

O przewrotności losu i domowych sposobach na obrażenia ciała.




Los, przeznaczenie czy jak tego nie nazwać, to jest taki stary, zgryźliwy tetryk, który siedzi w szafie albo pod łóżkiem, słucha co mówisz a nawet co myślisz i zastanawia się, jak odwrócić kota ogonem.

Ostatnio postanowiliśmy rozmrozić zamrażarkę, bo nastała tam już mała epoka lodowcowa, niektórych strategicznych szuflad nie da się otworzyć, a jeśli się otworzy, to już na pewno się nie zamknie. Ale słabo mi szło to rozmrażanie. Zamiast sukcesywnie zużywać zapasy, wystarczające na ewentualność wojny atomowej (lub długiego weekendu listopadowego, bo to przecież to samo), raczej dorzucałam nowe rzeczy.

I co? I problem się oczywiście sam rozwiązał. Paskudnie oparzyłam się parą znad czajnika. Mąż troskliwie przywiązywał mi do ręki coraz to nowe zapasy z dna zamrażarki: a to chleb pszenno-żytni, a to koktajl jarmużowy, a to pakiet otrębusków. Zanim wyczerpaliśmy całe zapasy, oparzenie przestało boleć, ale krok w dobrą stronę został poczyniony.

Ale to jeszcze nic. Najlepiej urządziłam się na okoliczność ciąży. Zawsze mówiłam, że jakbym przypadkiem zaszła w ciążę, to nie chciałabym rozrosnąć się w płetwala błękitnego, tylko tak zgrabnie, ze smakiem zaokrąglić brzuszek. I żeby po porodzie od razu wyglądać dobrze, a co!

Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem, pomyślał stary zgryźliwy tetryk siedzący w szafie zwany losem. Jako że przez pierwsze pół roku utrzymywanie zgrabnej sylwetki szło mi raczej słabo, nie z moją dyskretną tendencją do chowania czekolady we wszystkich zakamarkach domu, postanowił mi pomóc. I zesłał mi cukrzycę ciążową.

I oto ja, kobieta, która w życiu nie spędziła całego jednego dnia na diecie, bo zwykle rezygnowała gdzieś w okolicy drugiego śniadania, musiałam wytrzymać prawie 3 miesiące wydzielając sobie plasterki chleba żytniego. Kupowałam niekrojony, bo sama piłowałam go dużo cieniej. Jabłka mogłam zjeść na raz pół, bo potem skakał mi już cukier. Cholerna marchewka była owocem zakazanym. Spędziliśmy z mężem ten czas radośnie grillując cukinię, bakłażana i pieczarki.

Życzenie się spełniło. Tydzień po porodzie ważyłam dokładnie tyle, ile przed zajściem w ciążę. I wyglądałam lepiej, bo urosły mi cycki, ach błogosławieństwo laktacji.

Na szczęście cukrzyca ciążowa opornie, bo opornie, ale się cofnęła. I jak łatwo przewidzieć, od tamtej pory nadrabiam zaległości. Ale teraz na wszelki wypadek trzy razy się zastanowię, zanim wypowiem życzenie.

niedziela, 30 października 2016

31. Bez konserwantów

O tym, ile warty jest trud matki pragnącej zdrowo żywić swoje dziecko.




Temat karmienia dziecka pożywieniem pozacyckowym zawsze był dla mnie stresujący. Jak karmić, żeby jadło, nie padło i nie wygarnęło wszystkich pretensji za 18 lat?

Na dość wczesnym etapie dołączyłam nawet do stosownej grupy na facebooku, choć intuicja podpowiadała mi, że to raczej karkołomny krok. Ale tak jak mój kot nie może powstrzymać się od podskubywania draceny, chociaż wie, że dostanie za to po grzbiecie, tak ja nie mogłam powstrzymać się od kliknięcia w tę grupę. To nieubłagana siła autodestrukcji, która zaślepia zdrowy rozsądek.

A tam, na grupie już czekały matki mililitrowe, zatroskane, z wagą w ręku niczym Temida, wymieniające się informacjami ile i o której godzinie ich dziecko zjadło jarzynowe purée. Na zdjęciach widniały całe rzędy słoiczków z pieczołowicie wypisanymi metkami takimi jak "soczewica z nutką pomidora" czy "batat z południowych stoków zapieczony z pęczkiem świeżych ziół", bo matka wyjeżdża na urlop, a przecież kupnymi słoiczkami karmić dziecka nie będzie, nie po to dziecko urodziła, żeby je zaniedbywać. Na zadane pytanie, jak to robią, że z 6-miesięcznym dzieckiem codziennie same pieką chleb, odpowiadają, że bardzo prosto, po prostu wstają przed dzieckiem, pieką i jeszcze podłogę i okna zdążą umyć.

Troszkę, troszeczkę się załamałam, bo u nas na oknach gruba warstwa kurzu, chleb 3 dni wcześniej kupiony w spożywczaku osiedlowym ani chybi z polepszaczami i spulchniaczami, a na wyjazd przygotowane fast foody, czytaj słoiczki kupne. W ogóle to gotowanie za bardzo mi nie szło. A jak już coś ugotowałam, to się doczytałam, że jednak lepiej jechać na słoiczkach, bo w sklepowych warzywach i owocach pestycydów więcej niż miąższu. I jak nie są zebrane własnoręcznie złotym sierpem w blasku księżyca z ogrodu na obszarze Natura 2000, to lepiej dziecku nie dawać.

Wyłączyłam powiadomienia z grupy. Życie od razu stało się lepsze. Gotuję papki warzywno-mięsne, a Chrabąszczyk wcina aż miło. Poszłam nawet krok dalej i co rano gotuję owsiankę albo jaglankę z owocami, której potem sama zjadam 90%. Ciekawe tylko kiedy zacznie do Karaluszka docierać, że ja do tych moich 90% dorzucam sobie jeszcze szczodrze rodzynki i syrop klonowy.

A szał na bio-eko? Mogę sobie kupować kurczaka zagrodowego, przywozić jajka i ziemniaki od prababci i buszować po sklepach ze zdrową żywnością. A potem Chrabąszczyk podejdzie do stołu i swoimi czterema zębiskami obgryzie kawał okleiny z brzegu.

30. Zdrada

Zaniedbywanie podstawowych obowiązków małżeńskich w obliczu opieki nad dzieckiem prowadzi do zdrady.




Jak każdy statystyczny zjadacz chleba, mamy z mężem drobną słabość do seriali. W dawnych dobrych czasach, w jesienne weekendy, rozkładaliśmy kanapę przed telewizorem, mościliśmy poduszkami i połykaliśmy całe sezony, obłożeni kotami z każdej strony. Listopadowa sielanka.

Przy czym cały serialowy świat dzieli się na trzy grupy:
1. Moje seriale - niezbędny wątek obyczajowy z przynajmniej trzema śmiertelnymi intrygami i wyciskającym łzy romansem godnym Milagros albo Luz Marii; trupy mile widziane.
2. Jego seriale - coś musi latać, na przykład smoki albo statki kosmiczne, albo chociaż regularnie wybijane zęby, ku chwale serialowych dentystów implantologów; trupy mile widziane.
3. Wspólne seriale - takie, które mają elementy atrakcyjne dla obu stron. W efekcie motywem przewodnim są głównie trupy, bo gdyby przedstawić nasze upodobania w formie kolorowego grafu, to obszar na którym zazębia się moje różowe kółko w serduszka i jego niebieskie w latające obiekty, zawiera głównie krew, kości i flaki. Ach, witaj, świecie CSI i Criminal Minds.

Wczoraj, po trzech godzinach usypiania dziecka wyszłam do drugiego pokoju po kubek herbaty na ukojenie nerwów. A tam - mój mąż zdradza mnie z jednym z nielicznych seriali z grupy różowych w serduszka, który jest przez niego tolerowany. Cóż to był za cios. Prosto w to miejsce, gdzie aorta łączy się z lewą komorą. Mówi się, że kobieta zawsze wie, gdy jest zdradzana, ale dla mnie to był zupełny szok.

Z drugiej strony, czy mogę mieć do niego pretensje, skoro od 5 miesięcy zaniedbuję moje serialowe obowiązki? Od kiedy Robaczek nauczył się wypełzać za parasol, którym sprytnie zasłaniałam ekran, nie obejrzałam żadnego filmu dłuższego niż 90 sekund. A i te oglądam z wyłączonym głosem.

W formie dzisiejszej ilustracji fragment obrazu Zabójstwo Cezara, namalowanego przez Vincenzo Camuccini. Wydawał się pasować do okoliczności.

piątek, 21 października 2016

29. Dialogi

Przedstawiam pierwszą poważną formę komunikacji z moją córką.




Moja córka nauczyła się komunikować ze światem poprzez "bebebebebe!", "uauauauaua!" i "dadadadada!". Dla niewprawnego ucha może nie brzmi to zbyt imponująco, ale wyczulony, wyspecjalizowany zmysł matki doskonale wie, jak interpretować najdelikatniejsze drgnienia strun głosowych. Oto krótkie rozmówki niemowlęce w dialogach.

- Oddaj mi proszę łyżkę, bo muszę pomieszać zupę.
- Dadadadadada! - Co oznacza mniej więcej: Przenigdy tego nie uczynię, po moim Karaluszkowym trupie, będę bronić jej niczym wolności.

- Zakładamy kombinezon i idziemy na spacer - Czytaj: zakupy.
- Dadadadadada! - OK, ale góra jeden sklep plus ewentualnie warzywniak, potem zaczynam drzeć się w niebogłosy, tak żebyś miała świadomość.

- Może poczytamy książkę o rybce w kąpieli? - Wcale nie muszę czytać, znam na pamięć.
- Dadadadadada! - Czemu nie, zawsze chętnie skuszę się na odrobinę dobrej literatury.

- Zobacz, kotek! - Kot, zdradzony o świcie.
- Dadadadadada! - Oto odkryłam właśnie sens życia i wszelkiego istnienia, ukojenie trosk i pociechę w chwilach zwątpienia.

- Czas na wieczorną kaszkę.
- Dadadadadada! - Szybciej kobieto, konam z głodu, mam za sobą dzień intensywnej pracy, a ty się grzebiesz jak drogowcy z odśnieżaniem!

Poranek. Otwieram jedno oko.
- DADADADADADADADA! - Wstawaj, mamy nowy dzień, życie jest piękne!

środa, 19 października 2016

28. Marsz

Jeśli moja córka będzie miała zaburzenia odżywiania, to nie ma co ukrywać, to moja wina.




Zaczęło się od tego, że cokolwiek znudziły mi się dzieciowe piosenki. Ile razy można słuchać tej samej historii o pani, która połknęła najpierw muchę, potem pająka, następnie ptaszka i całą resztę menażerii z koniem włącznie i zachodzi poważne ryzyko, że od tego umrze? Toteż ściągnęłam popularną aplikację radiową i włączyłam muzykę klasyczną. Żeby mózg Robaczka się rozwijał, a mój... No, mojemu to już niewiele pomoże. Grunt, żeby nie szkodzić.

Następnie przygotowałam Robaczkowi śniadanie w postaci jogurtu naturalnego z musem truskawkowym i amarantusem ekspandowanym (a jakże). Śniadanie - niczym popisówka na facebookowy fanpage - właśnie dochodziło do odpowiedniej temperatury w kąpieli wodnej. Bo oficjalna wersja jest taka, że mikrofalówka to zło, a nieoficjalna, że zwyczajnie nam się nie zmieści w kuchni. Robaczek siedział w swoim krzesełku i machał odnóżami, zdradzając lekkie oznaki niecierpliwości.

I wtedy zaczął się marsz żałobny. Szybko się skończy, pomyślałam i zaczęłam karmić dziecko.

Nie skończył się szybko. Trwał przez dobre 3/4 śniadania.

Po chwili zastanowienia doszłam jednak do wniosku że może to i tak lepiej, niż żeby z jedzeniem kojarzył jej się Mendelson...

poniedziałek, 17 października 2016

27. Odkurzacz

Czasem przydarza się taki dzień, kiedy człowiek chciałby wyrazić swoją frustrację w sposób głośny, zwerbalizowany i niekoniecznie cenzuralny.




Ot, na przykład, sięgam na górną półkę w kuchni po amarantus ekspandowany. Zastanawiacie się może, co to jest amarantus ekspandowany. To taki jadalny styropian, który sprawia, że twój poranny jogurt jest w zgodzie z najnowszymi trendami i nie musi się wstydzić przed modnymi fit śniadaniami twoich modnych fit znajomych. No więc sięgam po ten amarantus i strącam moją bardzo niemodną kaszkę, bo ekspresową i produkowaną przez globalny koncern. I ta kaszka śmieje mi się w twarz, że próbowałam zrobić dziecku zdrowy posiłek, śmieje się i pokrywa śnieżną warstwą pół kuchni (bo to bardzo mała kuchnia). Chwytam za odkurzacz i próbuję odkurzyć, ale nic z tego, bo podłoga była mokra bo ścieraniu czegoś, co wysypałam 2 minuty wcześniej. Ekspresowa kaszka zdążyła już się przyrządzić.

Zanim zdążę chwycić za mopa, odkrywam, że w heroicznym błyskawicznym chwycie za odkurzacz popełniłam jeden błąd. Mianowicie wyciągnęłam za dużo kabla, który wytaplał się w świeżo natłuszczonej patelni żeliwnej i ciągnie się teraz po tym kawałku podłogi, który nie jest w kaszce. Patelnia żeliwna leży na podłodze, bo mamy tak małą kuchnię, że chwilowo nie mieściła się nigdzie indziej. A służy do przygotowywania steków, które śmiałyby się z mojego amarantusa głośniej niż ekspresowa kaszka.

Skoro już odkurzam, siejąc drugą ręką zniszczenie, to postanawiam przejechać jeszcze dywan. Od wczorajszego wieczora z moich kotów spadło tyle futra, że muszę sprawdzić, czy coś na biednych stworzeniach jeszcze zostało. Odkurzam sobie to futro i nagle hrrrmpfff! Wciągnęłam dziecięcą puchatą różową skarpetkę frotte ze stoperami, nówka sztuka, świeżo kupiona przez babcię. Także gdy już umyję podłogę z kaszki i tłuszczowych bohomazów, chwytam za szczypce kuchenne i grzebię nimi w worku odkurzacza. Bo przecież niesparowana skarpetka to horror.

A potem rozmawiam z moim mężem, który ma trochę jakby podobnie, tylko że przydarzył mu się nie jeden dzień, ale przynajmniej dobry rok. I nie w kuchni, tylko w życiu zawodowym. Totalny burdel. Łańcuch zbiegów okoliczności, które doprowadzają człowieka na skraj szaleństwa, a potem sprawdzają co będzie, jak pacną go delikatnie opuszkiem palca w kierunku przepaści. I tak sobie myślę, że dobrze mi z moimi małymi problemami.

niedziela, 16 października 2016

26. Osiem miesięcy

Chwila refleksji z okazji osiągnięcia przez moją córkę stadium bytu o niezależnej woli i inicjatywie.




Moja córka skończyła niedawno 8 miesięcy. Brzmi to w moich uszach mniej więcej równie realnie co "moja córka poszła do pierwszej klasy". "Moja córka jest fizykiem kwantowym". "Moja córka wyjechała na wakacje z chłopakiem". No niemożliwe, po prostu.

W marcu tego roku pchałam przed sobą gondolę tak opatuloną kocami i kombinezonami, że nie wiadomo, czy w środku było prawdziwe dziecko, czy na przykład gekon tygrysi. I myślałam sobie, jak by to było, gdybym przetrwała do osiągnięcia przez moją córkę statecznego wieku sześciu miesięcy. Na co nie dawałam sobie zbyt dużych szans. Ale pomarzyć zawsze można. Za tę magiczną granicę pół roku w ogóle myślami nie wybiegałam.

Tymczasem mamy za sobą kolki, nocne karmienia, szczepienia, ząbkowanie, podróżowanie różnymi środkami transportu, naukę raczkowania i rozszerzanie diety. Gdyby wierzyć nielicznym spośrod naszych znajomych, którzy też są szczęśliwymi rodzicami, każdy z tych elementów powinien był nas zabić. A co nie zabije, wiadomo, wykończy w inny sposób. A jednak. Żyjemy. I dajemy radę.

A nasz Chrabąszczyk ze stadium larwalnego przeszedł metamorfozę w istotę przejawiającą własną wolę i inicjatywę oraz pełen wachlarz najróżniejszych emocji. Z ciekawością świata na pierwszym miejscu. No i do tego ten uśmiech z dołeczkami.

Ale powiem szczerze, gdy tak sobie patrzę na bliższe i dalsze znajome, entuzjastycznie przyłączające się na facebooku do grup "mamy mamom wilkiem" albo "ciąża w pytaniach i nie popartych niczym odpowiedziach", to mam ochotę życzyć im powodzenia. I nie tego powodzenia naszpikowanymi emotikonami, och-i-ach jakie to cudowne, maluszki dzieciuszki tupot małych stópek. O nie.

Powodzenia, którego życzysz studentom socjologii stawiającym pierwsze kroki na rynku pracy. Powodzenia jak konsultantowi w call center na umowę zlecenie przy otrzymywaniu kredytu bez wkładu własnego na 20-metrową kawalerkę. Powodzenia jak dziewczynie która wierzy, że o 3 w nocy przy barze klubu znajdzie księcia z bajki. Powodzenia jak polskim emigrantom bez znajomości języka, w dobie kryzysu, ksenofobii i brexitu. Powodzenia jak młodemu przedsiębiorcy zakładającemu pierwszą firmę, bo przecież zanim będzie musiał płacić pełny ZUS, to otworzy piętnaście filii i podbije rynek europejski.

Ale było warto. Co by się nie działo - a wcale nie było tak ciężko - jeden uśmiech z zębami wyszczerzonymi niczym kasownik, jedno zaczepne spojrzenie, jeden okrzyk "dadadadadada!", jedno wdrapanie się na kolana sprawia, że warto wstawać co rano. Nawet o 5.

piątek, 7 października 2016

25. Fobie

Dzisiaj będzie o fobiach. Bo fobie są niesamowicie zabawne. Przynajmniej moje.




Gdy byłam dzieckiem, bałam się trzech rzeczy:
1. Wsiadania i wysiadania z pociągu,
2. Tego, że włamywacz wpełznie niczym Spiderman po gładkiej ścianie bloku z wielkiej płyty prosto do okna mojego pokoju,
3. Spłuczek w toaletach.

Pochodzenie punktu pierwszego i drugiego jest dla mnie raczej jasne. Moja kochana rodzinka opowiadała w mojej obecności rozkoszne historie rodem z Super Expressu, bo przecież jak dziecko się bawi, to na pewno nie słucha. Wystarczyło wspomnieć, że panią wciągnęło pod koła pociągu na peronie, a u sąsiada wujka było włamanie i voilà.

Prawdziwą zagadkę stanowi dla mnie punkt trzeci. Szczególnie, że przez pewien znaczący okres mojego dzieciństwa stanowił dla mnie naprawdę duże wyzwanie kilka razy dziennie. Myślę, że to miało coś wspólnego z obsesyjnym oszczędzaniem wody przez moich ekologicznych do bólu rodziców, ale nie jestem pewna.

Nie mniej zabawna jest fobia, która utrudnia mi życie teraz, wiecznie obecna niczym brzęczący komar o trzeciej nad ranem w sypialni. Boję się - uwaga, uwaga - wiszących szafek w naszym aneksie kuchennym.

Oczyma wyobraźni widzę, jak kołki puszczają, milimetr po milimetrze. Jak wszystko zastyga na ułamek sekundy. A potem jak cała konstrukcja wali mi się na łeb, przy ogłuszającym brzęku talerzy. Jak spod gruzowiska wystaje moja jedna noga, ubrana w jadowicie błękitno-różowego japonka (japonkę?).

Odkryłam za to, że stosunek do wiszącej szafki kuchennej jest fantastycznym miernikiem mojego nastroju. Występują dwie fazy na mojej sinusoidzie babskich humorów:
1. Kiedy modlę się do bóstw zacisza kuchennego, by utrzymały jeszcze kwadrans tę nieszczęsną szafkę, żeby spadła, jak już skończę gotować pomidorową i będę z dzieckiem w drugim pokoju.
2. Kiedy zwracam się bezpośrednio do szafki: no dawaj, spadaj, już, teraz, pogrzeb mnie na zawsze pod stosem potłuczonych talerzy. Czekałam na czołówkę ziemi z meteorem, ale naczynia kuchenne też mogą być.

Wniosek na dziś: zastanówcie się, o czym rozmawiacie przy dzieciach. I dorosłych z dużą wyobraźnią.

czwartek, 6 października 2016

24. Wyobraźnia

O niezawodnych technikach radzenia sobie ze stresem i depresją.




Wróciliśmy do miasta stołecznego. Część drogi, bardzo małą część, Karaluszek przespał. Część sponsorowały dwie fantastyczne zabawki - interaktywny motylek od cioci Kasi i raczej bierna szczotka do włosów. Reszta drogi minęła na ostentacyjnej manifestacji niezadowolenia Karaluszka. Powiedzmy, no umówmy się, że chodzi o wrodzony instynkt niechęci do Warszawy. Można by argumentować, że darłaby się tak samo w każdym innym kierunku, ale mam swoją tezę i nie zawaham się jej użyć.

Jeszcze w Szczecinie ze trzy razy śniło mi się, że ja i mój mąż znów jesteśmy w liceum, co byłam w stanie na 100% stwierdzić po oszałamiającej długości jego włosów oraz braku obrączek na palcach serdecznych. Jako że w głębi ducha wszyscy jesteśmy psychoanalitykami tylko bez dyplomu, przeprowadziłam dogłębną analizę moich trzech snów i doszłam do jasnego wniosku. Podświadomie wracam do tych kilku lat w Szczecinie, bo tu byłam naprawdę cholernie szczęśliwa. W przeciwieństwie do Warszawy. Można by zapytać, czy to nie tęsknota za czasem beztroski, braku odpowiedzialności oraz naiwnej, niezachwianej wiary, że dojdę w życiu do rzeczy wielkich. Ale mam swoją tezę. I nie zawaham się jej użyć.

Znowu marudzę, co? Znowu to samo: mieszkanie za małe, powrót do pracy przerażający, brak pieniędzy na cokolwiek i niedobór czasu dla siebie? Nic nie szkodzi. W najbliższym czasie marudzić nie będę. Bo znalazłam sposób, jak przechytrzyć samą siebie i nauczyć się patrzeć na świat w lepszych kolorach.

Wyobraziłam sobie, co by było, gdybym już teraz zaszła w następną ciążę. Wyobraziłam sobie z najdrobniejszymi szczegółami. Wymyśliłam wszystkie możliwe problemy.

Powrót cukrzycy ciążowej. Glukometr i insulina. Koniec karmienia piersią. Poród na oksytocynie. Wycie z bólu na całe skrzydło szpitala. Blaski i cienie połogu z rocznym dzieckiem na pokładzie. Jak nosić na raz dwójkę. Gdzie zmieścić drugie łóżeczko. Jak wcisnąć oba do jednego wózka. Skąd wytrzasnąć ciuszki, bo te po Karaluszku są wypożyczone. Kiedy spać. Kiedy jeść. Kolki: powtórka z rozrywki. Ząbkowanie w duecie. Starsze dziecko zaraża młodsze. Starsze dziecko karmi młodsze "witaminkami". Starsze dziecko bawi się z młodszym w naukę latania. Jaki kredyt zaciągnąć na ginekologa, badania i kolejny pakiet szczepień. Jak wrócić na pełen etat i ogarnąć dwójkę dzieci po godzinach.

A potem przypomniałam sobie, że hej, przecież mamy tylko jedno dziecko, które już raczkuje, siada, wcina kaszki aż się uszy trzęsą i doskonali pozawerbalne sposoby komunikacji. I życie tylko z jednym w sumie przestało mnie przerażać.

Na zdjęciu: postrzeganie świata w lepszych kolorach.

wtorek, 27 września 2016

23. Polish dream

Tym razem wylewam moje frustracje związane z powrotem do Warszawy.




Obudziliśmy się wczoraj oboje z podobnymi objawami: mdłości, dreszcze, lekka gorączka i brak sił żeby wstać z łóżka. Diagnoza była łatwa: reakcja obronna organizmu na zbliżającą się konieczność powrotu do miasta stołecznego.

Jako osoba zawsze chętna by podzielić się radościami swego życia, zadałam mojej mamie pytanie:
- Czemu nas tak pokarało, za jakie grzechy musimy mieszkać w Warszawie?
Moja mama, która z kolei znana jest ze swego talentu do podnoszenia na duchu, odpowiedziała:
- Nam się tu podoba. No ale zobacz, gdzie my mieszkamy, a gdzie wy.
No tak. Czyli musimy tylko 15-20 lat brnąć po pachy w kupie i kto wie, może będzie trochę lepiej.

Oto jest polish dream na miarę naszych możliwości - zagryź zęby i tyraj przez pół życia, zwabiony złudną obietnicą świetlanej przyszłości.
Nie chcemy tak żyć.

Toteż postanowiliśmy przenieść się do rodzinnego miasta mojego męża. Jeśli nie jest to kraina miodem i mlekiem płynąca, to chociaż taka, gdzie ceny za metr są znacząco niższe, poranne korki mimo wszystko krótsze a klimat łagodniejszy. To już i tak +200 do jakości życia.

Pracy nie szukałam już ze dwa lata, ale zawsze była to niezła rozrywka. Weszłam ochoczo na jeden z portali z ofertami pracy i... Zawahałam się. Co ja właściwie mam wpisać w okienko? "Pracownik od wszystkiego i od niczego, posiadający szeroki wachlarz niesprecyzowanych i niepotwierdzonych umiejętności o nieokreślonym profilu" nie zmieściło się. I dałoby wątpliwe wyniki wyszukiwania.

I przyszła mi wtedy na myśl fraza zakazana, fraza, Której Nie wolno Wymawiać. Alter ego szatana. Przekleństwo gorsze niż "obyś żył w ciekawych czasach", "avada kedavra" i "opryszczka narządów płciowych". Coś, czym zajmuję się całe moje zawodowe życie. OBSŁUGA KLIENTA.

Nie, pomyślałam sobie, piekło z mniejszymi korkami i niższą ceną za metr pozostanie piekłem. Trochę chłodniejszym, ale wciąż piekłem. Zaczęłam więc przeglądać wszystkie oferty jak leci.

A tam, no po prostu żyć nie umierać. Agent ubezpieczeniowy. Pracownik banku. Przedstawiciel handlowy. Do tego ostatniego prawo jazdy kat. B jako warunek niezbędny, całe szczęście nie posiadam, bo nie wiem, jakbym sobie poradziła z tak szerokim wyborem ścieżki kariery. Klikam, klikam żeby przejść dalej. Niespodzianka - po kilku stronach koniec. No po prostu koniec, wszystko przejrzane. To jest dla mnie pewna nowość. W mieście stołecznym to zwykle ja rezygnowałam pierwsza, a nie wyszukiwarka.

Nasuwa się na myśl pytanie, czego ja właściwie oczekiwałam? Cholera, nie wiem. Pozostaje tylko zagryźć zęby i tyrać, świetlana przyszłość czeka za 20 lat.

środa, 21 września 2016

22. Bezsenność w Szczecinie

Wylewam moje frustracje związane z niedostatkiem snu.




Ostatnio przyszło mi na myśl - czy jesteśmy absolutnie pewni, że Krzyk Edvarda Muncha to naprawdę krzyk? Czy aby na pewno nie jest to ziewnięcie? Czy w ten pełen ekspresji sposób autor nie chciał przypadkiem oddać obezwładniającej potrzeby snu? Czy psychodeliczne kolory i formy nie są wyrazem jego bolesnego braku? Czy Edvard Munch miał dzieci?

Dawno, dawno temu, gdzieś tak w okolicach maja, były takie czasy, że Chrabąszczyk budził się kilka razy w nocy i domagał mlecznej przekąski. Tęsknię za tymi czasami.

Bo jeśli mały Żuczek budził się wielokrotnie, to znaczy, że chociaż spał w międzyczasie. Dziś potrafi obudzić się raz czy dwa. Na zegarku godzina taka, że w telewizji już chyba tylko pornole i Opowieści z krypty, a tu moja córka rozpoczyna imprezę na całego. Tańce, śpiewy, skakanie po łóżku (tak, można skakać na czworaka!). Mleko leje się strumieniami. Dziecko szaleje dalej.

Zgodnie z prastarą konwencją mój mąż mówi "ząbki", ja mówię "brzuszek". Gdyby wierzyć naszym diagnozom, do dzisiaj Karaluszek miałby już ze trzy garnitury zębów i nietolerancje pokarmowe na wszystkie białka, cukry, tłuszcze i monotlenek diwodoru.

Na argument: a na zdjęciach taka spokojna, odpowiadam: bo Chrabąszczyk marudzi w nocy, kiedy jest ciemno i zdjęć się nie robi. Sprytu dziewczynie nie można odmówić.

Dawno, dawno temu, czyli w maju, mówiłam, że drugie dziecko brałabym tylko pod uwagę, gdyby było nas stać na większe mieszkanie. Pińcet plus raczej mnie nie przekonywało. Dzisiaj mówię: drugie dziecko tylko pod warunkiem, że będzie nas stać na pełnoetatową nianię w komplecie... Albo ze dwie.

środa, 14 września 2016

21. Morze

O wypoczynku nad morzem.




Jesteśmy nad morzem. Mąż służbowo, organizator cyklicznego eventu, jest w pracy tak mniej więcej 36 do max 48 godzin na dobę. Rok temu udało nam się pójść na cały jeden spacer plażą. O godzinie 23. Ostatniego dnia. Hotel leży od plaży jakieś 50 m.
Ja jestem tu czysto rekreacyjnie. Rekreacyjnie czyli całodobowa jednoosobowa opieka nad dzieckiem, która, jak powszechnie wiadomo, jest rozrywką w najczystszej postaci.

Kupiłam świeżo wyciskany sok pomarańczowy na promenadzie. Wnioskując po cenie, były to ostatnie kilka sztuk pomarańczy, jakie w ogóle zostały na świecie. A sady pomarańczowe zeżarła szarańcza. Pan Wyciskacz zabawiał mnie rozmową o dzieciach dwujęzycznych. Był to jedyny dialog z dorosłą osobą, jaki przeprowadziłam przez ostatnie 2 dni. Czemu, ach czemu o dzieciach?

Wyjaśnijmy sobie jedno: nie jestem wielkim fanem polskich plaż latem. Ta miejscowa przeżywa na dodatek inwazję niemieckich emerytów i rencistów. Chociaż nie powiem, żeby robiło mi to dużą różnicę. Jestem sprawiedliwa i tolerancyjna. Nad morzem nie cierpię wszystkich ludzi, bez względu na narodowość, wiek, płeć i religię.
Ludzie to jedno, a do tego wszędzie jest ten cholery piasek. Na kocu piasek, w bucie piasek, we włosach piasek, w staniku piasek, w kanapce piasek. A jak człowiek kupi lody, sok i pizzę, to w portfelu też głównie piasek.

Chrabąszczyk wolny jest od moich uprzedzeń. Radośnie zaczepia wszystkie niemieckie babcie. Gdybyśmy posiedziały tu dłużej, rozumiałaby niemiecki lepiej ode mnie.
No i ten nieszczęsny piasek. Piasek jest fascynujący. Bierze go do ręki, a piasek się wysypuje. Bierze jeszcze raz, a on znowu. I jeszcze raz. I jeszcze jeden. Potem próbuje go zjeść, bo dietę przecież trzeba poszerzać.
Śmiga po plaży niczym rasowy sandworm. A ja w pogoni za nią. Zastanawiam się tylko, kiedy gwizdną nam torbę z wózka.

Patrzę na tę nieskrępowaną radość i jakby trochę bardziej lubię polską plażę.

wtorek, 6 września 2016

20. Ciśnienie

O tym jak turystyka wycisza i uspokaja.




Moja mama ma skłonności do niskiego ciśnienia - 50/80 to u niej taki standard, dzień jak co dzień, oddychamy i mamy się dobrze. Ja częściowo odziedziczyłam tę tendencję po niej. Na szczęście w chwilach kryzysu mój mąż stara się jak może, żeby mi to ciśnienie podnieść.

Wyjeżdżamy nad morze. Mąż służbowo, ja "rekreacyjnie", czyli że całodobowa opieka nad Karaluszkiem tylko w moich rękach. Nadciągające pakowanie wywołuje u mnie przelotne dreszcze już od tygodnia. A do wyjazdu jeszcze kilka dni. Atmosferę podgrzewa fakt, że do naszej polówki się nie zmieścimy, chyba, że nauczymy się zaginać czasoprzestrzeń. Wózek i większość klamotów ma nam zabrać teść.

Spokojne niedzielne popołudnie. Mąż pojechał pozałatwiać parę rzeczy, a konkretnie to wywieźć z domu kilka gratów, bo znów się o wszystko potykamy. Ja wsadziłam małego Żuczka do nosidła i próbuję przygotować obiad. Mały Żuczek wije się bardziej jak gąsiennica niż cokolwiek z rzędu chrząszczy, tak bardzo chce zobaczyć, co robię. A jak zobaczyć, to dotknąć. A jak dotknąć, to posmakować.

Nagle mąż dzwoni, bo właśnie mu się przypomniało, że za półtorej godziny wpadnie teść, żeby zabrać już nasze bagaże, bo do końca tygodnia nie będzie miał już czasu. Ale że mam się absolutnie nie przejmować, bo on sam za godzinę wróci, zajmie się Karaluszkiem, żebym mogła na spokojnie się spakować.

ARGH###! Czy to nie cudowne, zajmie się Karaluszkiem. Żebym mogła się spakować. I Karaluszka. W pół godziny. Prania nie porobione, bo czekam żeby wrzucić wszystko hurtem. Zastępczy wózek przyjedzie dopiero w czwartek. Zastępczych zabawek, ubranek, kocyków, wszelakich akcesoriów do obróbki dziecka nie ma i nie będzie. Moja własna garderoba wymaga długiej i spokojnej kontemplacji połączonej ze sprawdzaniem, w co się jeszcze mieszczę, a w co już nie. Posiłki Żuczkowi trzeba zaplanować i pół kuchni spakować, bo gdzie jak gdzie, ale w Świnoujściu na pewno żywią się tylko wodą morską i piaskiem.

Już, już miałam oświadczyć, że dziękuję, nigdzie nie jadę i obiadu też nie ugotuję, bo ogarnęła mnie czarna rozpacz, ale pod wpływem mojego leciutkiego, subtelnego narzekania zmienił zdanie i umówił z teściem na koniec tygodnia.

Ale mikrozawał był.

sobota, 3 września 2016

19. Nostalgia

19 rzeczy, za którymi tęsknię.




1. Obiad w restauracji, gdy po 30 sekundach nie patrzę na kelnera złym wzrokiem - czemu on się tak grzebie, mam w wózku tykającą bombę zegarową, a schabowego trzeba dobrze przerzuć.

2. To ukojenie o 3 w nocy, które niesie za sobą świadomość, że jeśli nie uda mi się zasnąć, to przecież mogę wziąć jutro enżet.

3. Optymistyczne podejście do podróży - co prawda w tym roku zupełnie nam nie wyszło, ale za to w następnym każdy weekend spędzimy w innym mieście.

4. Rozpuszczenie włosów bez ryzyka oskalpowania.

5. Możliwość załatwienia potrzeb fizjologicznych bez konieczności wcześniejszego zakucia dziecka w kajdany (no dobrze, dobrze, zapięcia w atestowane pasy).

6. Niezwykle wiele wnoszące rozmowy przez pół nocy o pierdołach.

7. Chicken tikka masala i naan z masłem czosnkowym.

8. Przejazd samochodem jako pasażer a nie orkiestra dęta, trupa teatralna i mim na prochach w jednej osobie.

9. Noszenie sukienek w miejscach publicznych bez zastanawiania się, jak tu dyskretnie uwolnić cycka.

10. 24 godziny bez "Row, row, row your boat...". Tak, wiem, z zabawek da się wyjąć baterie. Ale musiałabym to zrobić w pakiecie z lobotomią na własnej głowie, przeprowadzoną łyżeczką do grejpfruta.

11. Pozwalanie sobie na bycie neurotyczną nihilistką od czasu do czasu.

12. Gin z tonikiem i plasterkiem limonki.

13. Wyjazd do rodziców bez wielogodzinnego maratonu pakowania.

14. Luksus obejrzenia kilku odcinków Przyjaciół pod rząd. Prawdę mówiąc, luksus obejrzenia czegokolwiek.

15. Babskie wyjście na całkowicie niewinną herbatę. I jedno ciasteczko. Góra trzy.

16. Noszenie biżuterii składającej się z elementów, które hipotetycznie mogą zostać połknięte.

17. Zaznaczanie, że pójdę na te wszystkie wydarzenia na Facebooku. Bo klawiatura przyjmie wszystko.

18. Anorektyczne torebki, do których mieści się tylko portfel, telefon i grzebień. Bez przynajmniej pięciu zabawek i mobilnej stacji przewijania.

19. Naiwne przeświadczenie, że gdybyśmy my zostali rodzicami, zrobilibyśmy to lepiej.


Ale to wszystko wróci. Może za 10 lat, może za 20, ale wróci. Jak się dobrze postaram, to 6, 7, 14 i 15 staną się czynnością grupową. A za 30 lat może nawet punkt 12.

czwartek, 1 września 2016

18. Dżem z fig

Temat przemiany materii - tak bliski wszystkim matkom.



Nie, ten tekst nie będzie przepisem na dżem z fig. Zdecydowanie nie na taki, który chcielibyście zjeść. Ten tekst będzie o kupkach niemowlaka. Jako że pisanie o kupkach jest stereotypowe dla matek i generalnie źle widziane, postanowiłam zastąpić określenie "kupka" hasłem "dżem malinowy". Ale żeby nikomu nie zepsuć smaku na maliny, padło jednak na figi. Szczególnie, że kolor i konsystencja bardziej odpowiada.

Pierwszym, co przeraziło mnie w związku z dżemem z fig, to że Chrabąszczyk produkował go raz na kilka dni. Na szczęście nasza bezcenna położna środowiskowa przygotowała nas na to, uprzedzając, że martwić należy się dopiero po tygodniu albo dwóch. Moja mama 29 lat temu nie miała takiej bezcennej położnej środowiskowej. Zamiast cieszyć się, że tetra jest wolna od zwalającego z nóg aromatu fig, była przekonana, że mam permanentne zatwardzenie.

Tymczasem jednak nadeszła pora rozszerzania diety Chrabąszczyka. Och, jak ślicznie jadła! Ziemniaczka jadła. I gotowaną marchewkę jadła. I jeszcze raz ziemniaczka. I jeszcze raz marchewkę. A potem ziemniaczka z marchewką. Super, myślałam sobie. Przynajmniej nie ma problemu z jedzeniem.

Problem pojawił się po kilku dniach, kiedy zamiast wyprodukować świetnie znany dżem z fig, zrobiła coś, co można by w przypływie weny twórczej określić jako gęstą pastę. Nie wiadomo z czego. A powstawało w bólach i cierpieniach.

Niniejszym chciałam podziękować wszystkim wspaniałym serwisom internetowym, książkom kucharskim i w ogóle całemu światu, który z dobrego serca radzi, żeby zaczynać rozszerzanie diety od ziemniaka i marchewki. Oraz koncernom żywnościowym, bo gdy upadłam na duchu i chciałam chwycić za gotowe słoiczki, okazało się, że - co za niespodzianka - większość z nich zawiera jako główny składnik albo ziemniaka, albo marchew.

I tak od kilku dni walczymy o przywrócenie fabryki dżemu do jej pełnej sprawności. Całe szczęście, że akurat trafił się sezon na śliwki, cudowne remedium udrażniające. Dzisiaj chyba możemy mówić o postępie, bo od tygodnia po raz pierwszy udało nam się przespać noc.

Problem polega na tym, że tak naprawdę nie wiem, jak powinien wyglądać dżem z fig u dziecka, które dostaje już normalne produkty. Może wcale nie jak dżem z fig. Moja mama nie jest szczególnie pomocna, bo po 29 latach niewiele pamięta. Oczywiście poza tym, że gdy byłam w wieku Chrabąszczyka, dziadek nakarmił mnie już wiejską kiełbasą. Także jeśli zastanawiacie się, czy młode matki czerpią jakąś perwersyjną przyjemność z wałkowania tego tematu, odpowiadam: to nie przyjemność. To próba ustosunkowania się do średniej krajowej w zakresie konsystencji i kolorystyki.

wtorek, 30 sierpnia 2016

17. Konstytucyjne prawa

Jak żyć, gdy dziecko zaczęło raczkować?




Przechodziłam ostatnio obok budowy. Nie brakuje ich u nas, bo przecież zawsze można upchnąć trochę więcej ludzi na jednostkę powierzchni. Jeśli sardynki mogą, to ludzie też. I przy tej budowie dumie stała tabliczka "Pracujemy już [285] dni bez wypadku!". Patrzę na to i myślę sobie - możemy przybić piątkę! My pracujemy już 199 dni bez wypadku. Udało mi się przetrwać 199 dni bez żadnych trwałych obrażeń ciała. Karaluszka i mojego. Oby tak dalej!

A nie jest to wcale takie proste. Ot, chociażby dziś. Ja ratuję jej życie trzymając i nie pozwalając spaść ze schodów, a ona do mnie z wrzaskiem, że co to ma być, że ograniczam jej swobodę obywatelską, że odmawiam jej konstytucyjnych praw. I gdybyśmy byli w Niemczech, ani chybi wziąłby się już za mnie Jugendamt. Na szczęście my w Polsce.

Kiedy zaczną do niej przemawiać rozsądne argumenty?
Nie ciągnij kota za ogon, bo cię podrapie albo nasika ci na poduszkę.
Nie jedz draceny, zupka zrobiona przez mamusię jest bardziej pożywna i na ogół raczej nie występuje po niej zatrucie pokarmowe.
Nie schodź sama z kanapy, ewolucja nie wyposażyła cię w skrzydełka i jak przywalisz głową w podłogę, będzie bolało.
Nie odwracaj się w wannie na brzuszek, bo wodą generalnie ciężej się oddycha niż powietrzem.

Nic dziwnego, że ostatnio jestem tak troszeczkę na skraju nerwowego tornada, synoptycy ostrzegają, Katrina nadciąga nad północno-wschodnią Warszawę. Kiedyś uspokajałam się, wyciszałam i ładowałam akumulatory łażąc z wózkiem po bezdrożach i nieużytkach warszawskich osiedli. Ale teraz trochę ciężko się uspokoić i wyciszyć, gdy z wózka dobiega modulowany wrzask.

Ciężko w ogóle cokolwiek zrobić. Ciężko posprzątać. Ciężko ugotować. Ciężko zrobić pranie i uprasować. Ciężko napisać notkę. Ciężko pobiegać. Ciężko podlać kwiatki i wyczesać kota. Za każdym razem wpadam na ten sam genialny pomysł: zrobię to, gdy mały Żuczek pójdzie spać! A potem mały Żuczek idzie spać, a ja nie mogę się zdecydować, od czego zacząć. Najrozsądniej by było iść spać razem z nią.

Dziecko. Bezbronny cud natury. Dążenie do samounicestwienia, przyobleczone w materię. Syrena alarmowa nastawiona na tryb: random. Ciekawość, która zabiłaby kota.
Jak to się stało, że jako ludzkość przetrwaliśmy te wszystkie lata?

piątek, 26 sierpnia 2016

16. Marchew

O pierwszych razach, na które tak niecierpliwie czeka młoda matka.




Do rozszerzania Chrabąszczykowej diety wcale mi się nie spieszyło. Karmienie piersią jest o tyle korzystne, że nie muszę nic obierać, gotować, trzeć, ugniatać, blendować ani schładzać. A te czynności wydają mi się atrakcyjne tylko pod warunkiem, że ich zwieńczeniem jest trzypiętrowy tort. Gdzie przynajmniej jedna warstwa jest czekoladowa.

Chciałam poczekać z tym jarmarkiem aż wrócimy z wakacji. Ale internet powiedział (a za internetem moja mama): zacznij rozszerzać dietę w szóstym miesiącu. Nie później, bo twoje bydło padnie, twoje uprawy pokryje szarańcza, spadnie na ciebie deszcz żab, fiskus postanowi skontrolować działalność gospodarczą twojego męża i ogólnie czeka cię 7 lat nieszczęścia.

I tak zabraliśmy na wyjazd pakiet słoiczków Gerbera z jabłuszkiem. Wydawałoby się, całkowicie niewinnych. Na pewno smacznych. Apetyt Małej sprawił, że postanowiłam przemianować ją z Karaluszka na Owocówkę Jabłkóweczkę. Zje najwyżej jedną łyżeczkę, napisali w internetach. Pfff. Drugiego dnia zniknęło prawie pół słoiczka.

Z tym większym entuzjazmem po powrocie zabrałam się za misterium tarcia i ugniatania, biorąc na pierwszy ogień marchew. Mała Owocówka już nie mogła się doczekać, wymachując wesoło łapkami.

Jej reakcja na marchewkę troskliwie przygotowaną przez mamusię była bezcenna. Gdy tylko pierwsza łyżeczka dotknęła żądnych wrażeń kubków smakowych, Mała od razu zwymiotowała wszystko, co miała w żołądku. Po raz pierwszy w życiu.

Nie poczułam się szczególnie zmotywowana do dalszych eksperymentów kulinarnych. Wiem, że mój obiad ma się do gwiazdek Michelin jak najtańszy klapek z Aliexpress do szpilki Louboutin, ale żeby aż tak!?

I wtedy mój mąż zapytał internetów: jak rozszerzać? A internety odpowiedziały: najpierw dawaj warzywa. Jak dziecko zaakceptuje warzywa, dopiero wtedy podaj owoce.

Trochę mnie to podłamało. I wprawiło w nastrój nieco podejrzliwy wobec koncernów żywnościowych. Bo wszystkie słoiczki, które można podawać jako pierwsze, tajemniczym sposobem zawierają jabłuszka.

Już zaczynałam rozpaczać, że oto przez jedną błędną decyzję, cały świat warzyw już na zawsze, na wieki wieków amen jest stracony dla mojej córki; od dziś do ostatniego dnia życia będzie jadła już tylko jabłuszka, na zmianę z pączkami i tortami czekoladowymi. Ale następne kilka dni udowodniło, że z takim samym apetytem wcina marchew, ziemniaka i buraka, byle papka była w stadium odpowiednio rozciapkanym.

No, może burakiem trochę bardziej pluje.